Wyszukaj

30 stycznia 2014

Recenzja: Testament - Dark Roots Of Earth

Witajcie! W tej recenzji powiem parę słów na temat albumu "Dark Roots Of Earth" thrashowej grupy Testament. Został wydany w lipcu 2012 roku przez wytwórnię płytową Nuclear Blast. Nagrania dotarły do 12. miejsca listy Billboard 200 w Stanach Zjednoczonych sprzedając się w przeciągu tygodnia od dnia premiery w nakładzie 20 000 egzemplarzy. Jest to dziesiąty album studyjny zespołu Testament. Na płycie znajduje się dziewięć utworów podstawowych oraz pięć bonusowych. Czy ten album wart jest odsłuchania, czy też jest to słaba, bezwartościowa płyta? Przekonamy się zaraz.

Na okładce widzimy obiekt przypominający na pierwszy rzut oka zniekształconą roślinę, jakby drzewo. Jednak okazuje się, że to co z niego wyrasta nie jest gałęziami, tylko skrzydłami żmijami. W centrum znajduje się twarz jakiejś pozaziemskiej istoty. Całe to "drzewo" (czy jak można to nazwać) oplecione jest u podstaw czarnymi korzeniami. Przed nim stoją ludzie, którzy wydają się być zdani na łaskę tego potwora. Okładka dosyć mroczna. Pasuje do tytułu - w końcu to są "mroczne korzenie Ziemi".


Album do przesłuchania za darmo na chomikuj.pl, gdyż nie udało mi się znaleźć filmiku.


1. Rise Up
Płytę otwiera dosyć prosty utwór. Przez cały czas słyszymy elementy, które kojarzą się ze Slayerem, głównie ich szybszymi nagraniami. Utwór jak już wspominałem, nie jest skomplikowany - podobnie jak otwierający płytę "Metallica" Metalliki "Enter Sandman". Jednak jeśli o brzmienie chodzi, "Rise Up" nie ma nic wspólnego z wyżej wymienionym kawałkiem. Przed pierwszą zwrotką utwór jest dosyć powolny, brzmienie gitar ma dosyć niespokojny charakter, a potem utwór przyspiesza i nabiera więcej "slayerowych" cech. Mimo to, utwór prezentuje się dosyć nijako... do czasu, aż usłyszymy refren! Jest to element, który najbardziej się udał w tym utworze. Przez cały refren powtarzają się dwa wersy "when I say: rise up / you say: war!" lub "Rise up! / War!". Jednak zostało to świetnie zaśpiewane, a brzmienie instrumentów również jest bardzo dobre. Dobry początek płyty, dobry utwór, jednak... coś tu nie pasuje. Brzmi jakby Testament pisząc go bezczelnie zrzynał ze Slayera. Tekst nawołuje ludzi uciskanych przez tyranów do walki, powstania.

Ocena: 7/10

2. Native Blood
Podobnie jak w poprzednim utworze czujemy klimat Slayera. Jednak ten jest o wiele wolniejszy od "Rise Up". Od początku już niezbyt jestem przekonany do tego utworu, śpiew wokalisty kojarzy się bardziej z przesłodzonymi rockowymi pioseneczkami niż z thrash metalem. Utwór jest strasznie nijaki, kiedy tego słuchałem pierwsze parę razy, nie miałem pojęcia, gdzie tu jest refren, a gdzie zwrotka i gdy się skończył, zdziwiłem się, że tak szybko. Trudno jest się wsłuchać. Zdecydowanie piosenka jest jedną ze słabszych na płycie. Tekst jest wiadomością człowieka do wrogiego świata - "nie poddam się, to wy się mnie bójcie, wybiję się!". Podobnie jak w poprzednim numerze.

Ocena: 6/10

3. Dark Roots Of Earth
Tym razem mamy o wiele wolniejszy utwór, a zarazem lepszy. Już od początku słyszymy dosyć melodyjny, klimatyczny riff, który dodaje piosence mrocznego nastroju i trzyma nas w napięciu. Piosenka spodobała mi się już od pierwszego odsłuchania. Refren bardzo się wyróżnia, został świetnie zaśpiewany. Ten jakże żywy głos dodaje piosence energii. W drugiej połowie utworu, instrumenty przyspieszają i słyszymy dosyć długie, dobre solo. Riff przypomina lżejsze piosenki z płyty "Load" Metalliki, głównie "2X4" i "Bleeding Me" oraz "Welcome Home (Sanitarium) z albumu "Master Of Puppets". No niestety, znów są tu elementy, które już słyszałem gdzieś wcześniej. Albo to jakiś wielki zbieg okoliczności albo Testament zrzyna z innych, znanych zespołów. Już trzecia piosenka, w której większość elementów wydaje mi się dziwnie znajoma. Utwór dosyć dobry mimo to. Tekst zadaje pytanie "co zdarzyło się w przeszłości o czym my nie wiemy?". Sugeruje, że źródła historyczne mogą nie mówić wszystkiego oraz prawda może być ukrywana przez ludzi. Dosyć ciekawa perspektywa.

Ocena: 6,75/10

4. True American Hate
Czy tutaj też usłyszymy coś, co wskazuje na to, że Testament bezczelnie zrzyna z innych? Oczywiście, że tak... Z początku słyszymy niezbyt szybki riff przypominający nam Trivium. Po około trzydziestu sekundach piosenka przyspiesza i gitara zaczyna brzmieć IDENTYCZNIE jak ta w utworze "Enemy Ghost" zespołu Soulfly. No cóż, trudno. Przynajmniej dobrze to wszystko brzmi i fajnie jest sobie tego posłuchać. Zniechęca mnie natomiast wstęp przed refrenem, jest strasznie nijaki, a wokal w tym miejscu pasuje bardziej do marnych rockowych pioseneczek. A refren "właściwy" czyli wykrzyczany trzy razy wers "True American Hate!" budową przypomina piosenkę "For Those About To Rot" grupy Soulfly. Ciekawostka: "Enemy Ghost" i "For Those About To Rot" znajdują się na tym samym albumie... oj, coś tu śmierdzi plagiatem... Tekst, jak sam tytuł wskazuje, krytykuje wrogie nastawienie USA wobec państw wschodnich, krytykuje ich zachłanność, egoizm i nienawiść. Jest dobry. Utwór, mimo iż jak poprzednie, wydaje się być skopiowany z innych zespołów, dobrze brzmi i często lubię go sobie posłuchać.

Ocena: 7,75/10 

5. A Day In The Death
Utwór rozpoczyna ciężki, mroczny riff. Piosenka rozkręca się i... nareszcie nie słyszę niczego co przypomina brzmienie innych zespołów. Uznałbym go nawet za dobry kawałek, gdyby nie ten okropny wokal, który wcale, a wcale nie pasuje do tekstu oraz nastroju piosenki. Jest to takie wycie kojarzące się z tymi żałosnymi rockowymi piosenkami, które sprawiają, że mam odruchy wymiotne. Kolejna wada piosenki: zbyt mało zwrotów akcji, nudzi po dłuższym czasie. Tekst opowiada o chaosie panującym na świecie, śmierci niewinnych ludzi.

Ocena: 6,75/10 

6. Cold Embrace
No, chyba najlepszy numer na tej płycie! Jest to ballada metalowa, coś podobnego do tych od Metalliki. Klimatyczny wstęp, dobry wokal, miejscami dosyć chaotyczne brzmienie perkusji, jak można je nazwać. Piosenka uspokaja. Zapewne fani mocniejszych brzmień skrytykują ten numer, jednak ja mimo to, iż lubię takie zespoły jak Obituary, Slayer czy Sepultura, potrafię też przekonać się do lżejszych brzmień. Przez większą część piosenki panuje dosyć smutny nastrój. Mimo to, że piosenka na ogół dobra, jednak ma pewne wady... Zgadnijcie? Oczywiście, że tak. Brzmi jakby była w dużej części skopiowana z "Fade To Black" Metalliki. Rozumiem, że można się inspirować jakimś zespołem, ale aby prawie cała płyta brzmiała jak zerżnięta z innych grup?! Nie podoba mi się też pewien fragment w połowie piosenki - wokalista śpiewa wersy w stylu "the sun will never shine", gitara oraz ton jego głosu tworzą klimat, w którym wyczuwamy nadzieję, a to w ogóle nie pasuje do znaczenia takich wyrażeń jak to, które przytoczyłem wyżej. Po tym piosenka przyspiesza, słyszymy dobre solo, które odrobinę jest podobne do tego z piosenki Soulfly "Fuck Reality" (nie, tym razem nie jest to zerżnięte, ponieważ "Fuck Reality" zostało wydane w 2013, rok później). Dobra piosenka, jednak niestety jest tu parę niepasujących elementów oraz zbyt duże podobieństwo do "Fade To Black" Metalliki, co sprawia wrażenie, że jest to plagiat. Mimo to, tej piosenki z tej płyty słucham najczęściej, dobry, tajemniczy klimat. Tekst opowiada o kimś, komu życie się pokomplikowało, nie wie co robić i chce po prostu odejść.

Ocena: 8/10

7. Man Kills Mankind
Piosenka od początku zalatuje utworem "Mouth For War" Pantery. A miałem nadzieję, że będzie w końcu coś innego niż powielanie pomysłów innych. Zwrotki brzmią dosyć nijako i nudzą. Za to mocną stroną tej piosenki jest refren, zaśpiewany ożywionym, energicznym głosem. Utwór dosyć prosty, nieskomplikowany. Mimo dobrego refrenu, średnio przepadam za całą piosenką. Po paru odsłuchaniach utwór zaczyna zwyczajnie nudzić. Tekst krytykuje ludzi za to, że doprowadzają Ziemię do zgonu i cały rodzaj ludzki razem z nią.

Ocena: 7/10 

8. Throne Of Thorns
No, nareszcie coś lepszego! Piosenkę ocenię podobnie jak "Cold Embrace", z tym, że "Throne Of Thorns" nie jest balladą. Utwór zaczyna się spokojnie, tajemniczo. Pod koniec pierwszej minuty się rozkręca, przyspiesza. I wreszcie - nie słyszę elementów, które brzmią jak skopiowane. Rytmiczne zwrotki, piosenka zaczyna się podobać. Następnie jest dosyć prosty, aczkolwiek dobrze zaśpiewany refren. A żeby było ciekawiej, zaraz po nim słyszymy parę wersów wypowiedzianych takim "mrocznym" głosem. Dodaje to piosence energii i takiego "ognia". Jeden z lepszych utworów na tej płycie. Można tego słuchać dłuższy czas. Dobre solo. Tekst zdaje się opowiadać o pewnym bezlitosnym tyranie, niedbającym o dobro poddanych, "władającym ciemnością". Jednak niektóre wyrażenia, z jakimi się tam stykamy, są tak przesadzone, że tekst sprawia wrażenie jakby był inspirowany powieściami fantasy, w których występują tacy właśnie mroczni władcy. Choćby "Władca Pierścieni" J. R. R. Tolkiena. Od nas zależy jak zinterpretujemy ten tekst. Mnie, jako komuś, kto przeczytał wszystkie części "Władcy Pierścieni" oraz innych książek Tolkiena związanych z tą powieścią (jedne z moich ulubionych książek dzieciństwa), tak właśnie ten tekst się kojarzy :)

Ocena: 8/10 

9. Last Stand For Independence
Ostatni utwór z wersji podstawowej. Zaczyna się dosyć szybko, niczym "She Was Asking For It" Cannibal Corpse (no dobra, może przesadziłem, trochę wolniej niż to, ale jest podobnie). Jednak na tym podobieństwa się kończą, piosenka zmienia klimat. Następnie słychać elementy zerżnięte z piosenki "Fire" Soulfly. W piosence kompletnie nie czuję, gdzie jest zwrotka, a gdzie refren. Trudno się w to wsłuchać. Utwór szybko nudzi. MARNE. Jeden z gorszych na płycie. Tekst jest odezwą do ludzi uciskanych przez tyranów, wzywa ich do walki. Zastanawiające jest to, czy Testament nie potrafi dobrze zagrać, gdy robi coś samodzielnie? Jak dotąd wszystkie dobre utwory brzmiały jak plagiaty. Chociaż nie... jest przecież dobre "Throne Of Thorns"...

Ocena: 6/10 

Utworów bonusowych nie będę omawiał, gdyż są to covery, a stwierdziłem, że nie ma sensu omawiać tutaj kawałków innych zespołów. Znajdą się one w recenzjach, gdy jeden z nas będzie opisywał album, z którego pochodzą. Zatem najlepiej jak przejdę do podsumowania i oceny.

"Dark Roots Of Earth" jest dobrym albumem, jednak... większość piosenek brzmi jakby Testament bezczelnie zrzynał z innych zespołów. To wpłynie na ocenę ostateczną. Jednak mimo to, że utwory sprawiają wrażenie plagiatów, lubię sobie czasem posłuchać niektórych z nich. Teksty również są monotematyczne - naliczyłem trzy, które mówią prawie o tym samym: "Rise Up", "Native Blood" i "Last Stand For Independence".
Najlepsze piosenki na płycie to: "Rise Up", "Dark Roots Of Earth", "True American Hate", "Cold Embrace" i "Throne Of Thorns".

Okładka: 8/10
Kompozycje: 6.5/10
Teksty: 7/10

Ocena: 4,5/10 (ocena obniżona - album wydaje się być w 90% plagiatem)

26 stycznia 2014

Konfrontacja: Biohazard - Uncivilization vs (Nowa) Sepultura - Nation


Witam w kolejnej konfrontacji. Nadal patrząc na te najstarsze wpisy widzę coś, co zostało stworzone w mało profesjonalny sposób. Dzisiaj dobrze wiem, że postęp jakiś tam jest, aczkolwiek nadal trzeba ćwiczyć swoje umiejętności pisania. W dzisiejszym remake'u na nowo skonfrontuję ze sobą dwa, dosyć podobne do siebie zespoły przez jakiś czas ze sobą współpracujące. Zobaczę, która kapela przetrwała w moim mniemaniu presję czasu. Przed wami: Biohazard - Uncivilization vs (Nowa) Sepultura - Nation.

Biohazard - Uncivilization


Uncivilization jest szóstym albumem studyjnym nowojorskiej grupy rapcore'owej Biohazard. Został wydany 11 września 2001 roku nakładem Sanctuary Records. Chłopaki z Brooklyn'u zaczynają powoli raczyć fanów solidną dawką eksperymentów. Po raz pierwszy w historii tej kapeli pojawiają się elementy hiphopowe na rzecz rapcore. Z tego powodu wielu fanów było niezadowolonych nowym brzmieniem Biohazardu, brakowało tego, z czego Evan i spółka byli znani. Pomimo tego album niektórym się spodobał i sprzedał się w USA w ilości ponad 114 tysięcy kopii. 

Stworzono dwie grafiki do albumu Uncivilization. Pierwsza okładka tryska prostotą, pomimo tego ma swój ciekawy styl. Grafika jest dość typowa dla tej kapeli: na pomarańczowym tle został wklejony uszczuplony (w porównaniu do poprzednich dzieł tej grupy) znak zagrożenia biologicznego. Wygląda to trochę jak flaga, ewentualnie znak który informuje o tym, że dana strefa została skażona. Grafika wydaje się informować o tym, że Uncivilization może być albumem koncepcyjnym na temat zaniedbania planety Ziemi przez człowieka. Druga z kolei grafika (widoczna poniżej) nie prezentuje się już tak dobrze. Wprawdzie wypada nieco oryginalniej niż pierwsza wersja okładki, aczkolwiek jest ona po prostu brzydka, w szczególności w porównaniu do poprzednich dzieł. Na okładce przedstawione są dzieci stojące na zniszczonej ziemi. Trzymają one różne flagi, w tym kilka ze znakiem zagrożenia biologicznego. Spostrzegawczy zorientowaliby się, że niektóre postacie na okładce się powtarzają; poza tym, wszystkie sprawiają wrażenie wklejonych przy użyciu kleju biurowego. 


Wybrane oceny z różnych serwisów:

8/10 - metalorecenzje.blogspot.com (początkowa wersja)
8/10 - rolowy.wordpress.com
7/10 - sputnikmusic.com
7/10 - metalreviews.com


Lista utworów:

1. Sellout
2. Uncivilization
3. Wide Awake
4. Get Away
5. Unified
6. Gone
7. Letter Go
8. Last Man Standing
9. H.F.F.K.
10. Domination
11. Trap
12. Plastic
13. Cross The Line
14. A.T.F.
15. Life Of My Own
16. Sex And Violence

Z albumem Uncivilization wiąże się w moim przypadku wiele wspomnień. Obok Hatebreed, Biohazard  jest pierwszą kapelą grającą hardcore jaką usłyszałem (pierwszym albumem był właśnie ten krążek). W moim mniemaniu, Uncivilization jest ponadczasowe, trochę jak dla niektórych Urban Discipline. Jest to bardzo dobrze skomponowany album, w moim mniemaniu prezentuje się lepiej niż niektóre poprzednie wydawnictwa tej kapeli. Płytę cechuje świetny, nowojorski klimat, nowoczesność, oraz ciężar. Krążek jest dużo bardziej brutalny w porównaniu do najbardziej przypominającego go New World Disorder; bas jest zdecydowanie lepiej słyszany, gitary zostały zestrojone na niższe tony... moim zdaniem to powinno zrekompensować fanom obecność elementów hip hopu (o ile ktoś uważa to za wadę). Album nie zestarzał się zbytnio przez te 14 lat od wydania, w porównaniu do 4 lata młodszego Means To An End, Uncivilization prezentuje się bardzo świeżo, niczym ciepła bułka kupiona 5 minut temu w piekarni. Przyjemnie się tego słuchało od początku do końca. Album może do siebie przyciągnąć fanów wielu innych grup muzycznych, Biohazard do studia zaprosiło wielu gości (w niektórych utworach udzielali się panowie z Nowej Sepultury, zwłaszcza Derrick Green). Utwór Sellout nie wróży jeszcze tego, co za chwilę nastąpi. Jest to średniej jakości numer który na rozgrzewkę w zupełności wystarczy. Po chwili Biohazard prezentuje swoje najlepsze utwory: świetny tytułowiec Uncivilization, jego kontynuacja Wide Awake, oraz równie dobre Get Away. Od piątki zaczyna się powoli dostrzegać elementy hiphopowe na albumie: w głośnikach leci energiczne i skoczne Unified mające niby być "hardcore'owym hymnem". Do utworu zaproszono Rogera Mireta z Agnostic Front. Dalej do akcji wkraczają panowie z Nowej Sepultury: Andreas Kisser i Igor Cavalera pomogli chłopakom z Biohazardu w stworzeniu utworu Gone. Po chwili następuje jego instrumentalna kontynuacja o świetnym, post apokaliptycznym klimacie: Letter Go. Po raz pierwszy od numeru piątego, Biohazard prezentuje w swojej muzyce elementy hiphopowe w utworze Last Man Standing. W tym przypadku jest zdecydowanie mniej hardcore'u, oraz typowego dla tej kapeli rapcore. Chłopaki wracają do hardcore'owego przypierdu w postaci H.F.F.K.. W utworze udzielił się znany i lubiany wokalista Pantery, Phil Anselmo. Pod dziesiątką kryje się kolejny, porządny utwór o post apokaliptycznej atmosferze, Domination. Udzielili się tutaj Jamey Jasta z Hatebreed, oraz Corey Taylor ze Slipknota. Dalsze w kolejności jest Trap. Tutaj na gitarze zagrał Andreas Kisser. W utworze dwunastym zaśpiewał wokalista Type O Negative, Peter Steele. Słyszymy energiczny, hardcore'owy numer Plastic. Peter Steele miał większy udział w następnym utworze, Cross The Line; oprócz śpiewania, pomógł Billy'emu w napisaniu numeru. Następnie słyszymy ciekawy kawałek o gęstej atmosferze, A.T.F.. Dwa ostatnie numery bardzo się wyróżniają w porównaniu do poprzednich kawałków: Life Of My Own jest średnim coverem grupy Cro-Mags, Sex And Violence jest z kolei utworem oryginalnie wykonanym przez Carnivore, crossoverową kapelę, której liderem był w latach 80-tych Peter Steele.

Standardowo trudno jest mi postawić jakiś zarzut w przypadku tekstów kapeli z Brooklyn'u. Jak zawsze, panowie ostrzegają fanów przed złośliwością innych ludzi. Politycy zawsze będą okłamywać, a przyjaciele mogą odejść w każdej chwili. Na albumie jest również mowa o wyniszczaniu planety przez ludzkość poprzez regularne zanieczyszczanie jej. Biohazard standardowo w tej kwestii ma coś do powiedzenia i przyznam, że dobrze im to wychodzi. Inspiracja kluczem do sukcesu! W utworze Sellout Evan i Billy krytykują osoby, które porzucają wszystko co dla nich było ważne tylko po to, aby móc się sprzedać. W Uncivilization chłopaki z Biohazardu namawiają do walki z rządem w razie, gdy ich operacje zagrożą życiu ludzkości. Wide Awake opowiada historię człowieka niezadowolonego z życia. Ponieważ rzeczywistość jest dla niego bardzo przytłaczająca, zastanawia się nad tym, czy ma wziąć sprawy w swoje ręce w sposób brutalny, czy może lepiej dać sobie spokój i popełnić samobójstwo. Get Away pod względem tematycznym trochę przypomina poprzedni utwór: jest to kawałek o osobie niezadowolonej z życia. Próbuje ona szukać sposobu na to, aby przestać cierpieć. Unified jest (jak już mówiłem) hardcore'owym hymnem. Grupa stworzyła ten utwór dla wszystkich fanów tego gatunku muzycznego. W Gone wypowiada się człowiek usatysfakcjonowany rozstaniem z fałszywym przyjacielem, który nie był mu do niczego potrzebny. Last Man Standing jest czymś w rodzaju pojedynku na teksty pomiędzy Evanem, Billym i Senem Dogiem. W H.F.F.K. panowie z Biohazardu starają się przekazać ludziom, że telewizja w celach dydaktycznych dla dzieci się nie sprawdza. Grupa uważa, że z tego powodu dzieci nie nauczą się niczego wartościowego, co skończy się najprawdopodobniej brakiem szacunku do innych ludzi. Utwór Domination jest o kraju, który wszczął powstanie, aby móc walczyć z korupcyjną władzą. W Trap wypowiada się mężczyzna prowadzący wendetę przeciwko osobie pracującej dla rządu. Niczego nieświadomy cel zabrał mężczyźnie coś, o co warto się starać. Plastic jest utworem skierowanym do ludzi starających się kreować na sympatycznych w rzeczywistości sprawiając wrażenie sztucznych. Cross The Line jest skierowane do człowieka, który na początku złożył ważną przysięgę przyjacielowi, a następnie ją złamał. Utwór Life Of My Own jest "poradnikiem" jak przeżyć życie w sposób godny i dobry dla człowieka. Sex And Violence jest o życiu członka gangu, którego egzystencja opiera się na ulicznych bójkach i uprawianiu seksu z dziwkami.

Podsumowując, Uncivilization jest ciekawym albumem mimo upływu długiego czasu. Panowie pomimo przemiany nie wyszli z formy, udowodnili oni, że potrafią grać z sensem i inspiracją. Jak już mówiłem, Uncivilization w porównaniu do wcześniejszych wydawnictw tej grupy, jest bardzo eksperymentalnym krążkiem. Oprócz tego, że na albumie można dostrzec elementy hip hopu, Uncivilization jest cięższe niż wszystkie poprzednie dzieła. Ma w sobie coś, co sprawia że słucha się tego z przyjemnością, nawet pomimo ilości utworów. Do tekstów Biohazardu standardowo nie miałem pomysłów co mógłbym zarzucić; im się chyba nigdy nie skończy inspiracja i dobór słów. W porównaniu do Means To An End, album brzmi bardzo nowocześnie jak na współczesne czasy, w moim mniemaniu tej grupie za mocno się oberwało od fanów tej kapeli.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobre teksty
- Ciężar
- Nowoczesność
- Eksperymenty z hip hopem i metalem
- Nowojorski i post apokaliptyczny klimat
- Goście występujący na albumie

Wady:
- Ilość utworów

Okładka: 7/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 8,5/10

Ogólna ocena: 8,5/10


(Nowa) Sepultura - Nation



Nation jest drugim albumem studyjnym brazylijskiej grupy hardcore'owej Nowej Sepultury. Został wydany 20 marca 2001 roku nakładem Roadrunner Records. Andreas Kisser i spółka pomimo wydania niezbyt dobrze przyjętego przez dotychczasowych fanów Sepultury albumu Against nie poddaje się i wydaje drugi album. Tym razem producentem zostaje Steve Evetts. W porównaniu do poprzedniego krążka, Nation sprzedał się w ilości 80 tysięcy egzemplarzy w USA, osiąga również wiele innych "zwycięstw" na świecie. Jednym z najbardziej imponujących jest pokrycie się złotem płyty na terenie Brazylii. Steve Evetts na tyle spodobał się chłopakom, że postanowili go zatrudnić do pracy przy ich kolejnym krążku, Roorback. Album otrzymywał dość pozytywne opinie, był to pierwszy album Nowej Sepultury który osiągnął sukces. W przeciwieństwie do fanów hardcore'u, osobom lubującym się w metalu album nie przypadł do gustu.

Przy pomocy okładki, panowie z Nowej Sepultury odwołują się do tematyki politycznej albumu. Grafika przypomina trochę plakat propagandowy. Widzimy na niej wzniesione w górę pięści oraz wysoki budynek. Grafika podkręca klimat, od razu wiadomo będzie, że większość utworów będzie na temat walki prostego człowieka z korupcyjną władzą.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 0/10 - Napalm_Satan
- 0/10 - OzzyApu
- 5/10 - Necroticism89
- 4/10 - Vor

 

Lista utworów:

1. Sepulnation
2. Revolt
3. Border Wars
4. One Man Army
5. Vox Populi
6. The Ways Of Faith
7. Uma Cura
8. Who Must Die?
9. Saga
10. Tribe To A Nation
11. Politricks
12. Human Cause
13. Reject
14. Water
15. Valtio
16. Bela Lugosi's Dead
17. Annihilation
18. Rise Above

Cóż... w przeciwieństwie do tego co mówią recenzenci na Metal Archives nie uważam Nation za album beznadziejny. Ponieważ dla mnie Nowa Sepultura i ta stara nie są tymi samymi grupami, jestem jakoś w stanie ten krążek przełknąć. Poniekąd mam do niego pewien sentyment, mianowicie jest to pierwsza płyta tej grupy z jaką się zapoznałem (mowa oczywiście o Nowej Sepulturze). Nation przypomina trochę Roots od strony brzmieniowej; z tą różnicą, że na drugim krążku tej kapeli jest dużo więcej hardcore'owego brzmienia. Nu metalu z ostatniej płyty Cavalery z Sepulturą tutaj nie dostaniemy. Podobnie jak wcześniej omówione Uncivilization, Nation jest ciężkim dziełem, ma swój specyficzny, brazylijski klimat. Różnica polega na tym, że Nation nie jest tak wciągające, nawet pomimo tego, że muzyka bardziej buja niż to było w przypadku dzieła Biohazard. Słychać, że panowie starali się zaimponować nowym fanom, tym starszym próbowali zaznaczyć, że "Sepultury z Maxem Cavalerą nie dostaniecie, o nie.". Pytanie, co mam do powiedzenia o Derricku? Jego wokal nigdy mi się nie podobał, standardowo jego ryk przypomina mi bardziej okrzyk godowy goryla. Do Nowej Sepultury będącej do roku 2006 kapelą hardcore'ową wpasował się jednak całkiem nieźle. Numerem jeden jest najlepszy z płyty, energiczny numer w hardcore'owym stylu, Sepulnation. Później dostajemy Revolt, mające w sobie parę cech utworu Biotech Is Godzilla z Chaos A.D. Sepultury (w tym totalną rozpierduchę). Obok Sepulnation, jednym z lepszych numerów jest Border Wars, które jest mniej energiczne niż dwa poprzednie numery. Kawałek nadrabia to specyficzną atmosferą, która zdecydowanie wciąga w słuchanie albumu. Dalsze w kolejności jest One Man Army; podobnie jak na Border Wars, Nowa Sepultura raczy nas ciekawym klimatem. Podobnie jest na Vox Populi, z tą różnicą, że tutaj główny riff jest po prostu irytujący. Dalsze w kolejności jest przyjemne w słuchaniu The Ways Of Faith. Dużą robotę odwalają tutaj instrumenty etniczne, oraz ciekawy riff zagrany przez Andreasa Kissera. Pod numerem dziewiątym dostajemy soczysty numer niczym kurczak ("kura, kura!") o nazwie Uma Cura. Kolejnym lepszym numerem na płycie jest żywiołowy, skoczny kawałek w hardcore'owym stylu Who Must Die?. Od numeru dziewiątego, Nation nieco się psuje; słyszymy irytujący numer o nazwie Saga (wkurza tutaj przede wszystkim prosty riff w stylu Roorback). Pod dychą słyszymy totalny chaos w wykonaniu Nowej Sepultury: w głośnikach słyszymy takie nie wiadomo co, utwór który nazywa się Tribe To A Nation. Nieco lepiej jest, gdy słyszymy Politricks; numer wykonany wspólnie z Jello Biafrą z Dead Kennedys (nawiasem mówiąc, głos tego faceta kojarzy mi się z Titusem z Acid Drinkers). Dwunastka została wykonana wraz z Jamey'im Jastą z Hatebreed. Utwór nazywa się Human Cause. Przyznam, że Jamey wypadł o wiele lepiej niż Derrick, zdecydowanie bardziej wolałbym usłyszeć tego gościa w dłuższym numerze. Jednym z ostatnich lepszych numerów na płycie jest Reject. Wprawdzie jest to trochę chaotyczny kawałek, aczkolwiek da się go jeszcze znieść. Jednym z ostatnich kawałków na płycie jest ponura, aczkolwiek bardzo ciekawa ballada Water. Na koniec dostajemy utwór instrumentalny Valtio, do wykonania którego została zaproszona Apocalyptica. Ostatnie numery (Bela Lugosi's Dead, Annihilation i Rise Above) są bonusami; są to ostatnie, bezsensowne minuty albumu.

Teksty niezbyt przypadły mi do gustu. Większość z nich stworzyli Igor Cavalera, Andreas Kisser i Derrick Green. Czasem gdy czytam teksty niektórych kapel, mam wrażenie, że zadanie nie jest wcale trudne. Najważniejszą rzeczą jest mianowicie inspiracja, dalsza część polega wyłącznie na doborze słów i inwencji twórczej. Teksty napisane przez Nową Sepulturę nie są wcale złe. Przeszkadza mi tutaj monotematyczność spowodowana konceptem. Co gorsza, utworów jest aż 18, z czego większość jest na temat polityki. Sepulnation jest o sile jaką daje muzyka w walce z codziennymi rozterkami. Każdy następny utwór aż do Uma Cura jest na temat walki człowieka z polityką, oraz jej ograniczeniami. W Uma Cura grupa krytykuje postęp technologiczny. Naukowcy zamiast wymyślać różnego rodzaju lekarstwa na ludzkie dolegliwości, myśli na temat nowinek technologicznych będących jedynie gadżetami. Who Must Die? jest krytyką stosowania prymitywnych kar śmierci (np. ukamieniowania). Od Saga aż do końca wersji oryginalnej albumu będziemy dostawać kolejne numery na temat walki człowieka z polityką. Utwór Bela Lugosi's Dead jest o śmierci aktora Bela Lugosi, który zasłużył się rolą hrabiego Draculi. Utwór Annihilation jest o świecie czekającym na apokalipsę. Ostatni numer (Rise Above) to kolejny kawałek na temat walki człowieka o swoje prawa w skorumpowanym świecie.

Pomimo tego że Sepultura w nowym składzie nie prezentuje się tak dobrze jak kiedyś, to jednak muszę zaryzykować stwierdzenie, że grupa zagrała całkiem nieźle. Nation jest drugim Roots postawionym na hardcore; album został całkiem nieźle skomponowany, muzyka w większości była całkiem ciekawa. To co niezbyt mi się tutaj spodobało, to nadwyżka utworów; nie każdy nadaje się do słuchania. Co do wokalu, nigdy nie byłem fanem Derricka Greena. Przyznam jednak, że głos tego gościa bardzo pasuje do ówczesnego gatunku muzycznego granego przez tą kapelę; Derrick Green miał również przebłyski  warte docenienia (Sepulnation, Border Wars, One Man Army, Vox Populi, Who Must Die?, Water). Teksty zostały dobrze napisane, widoczna jest w nich ogromna inspiracja. Niestety, koncept powoduje, że Nation jest monotematyczne. Polecam ten krążek osobom lubiącym ciężkie, hardcore'owe granie w stylu lat 90-tych.

Zalety:
- Przyzwoite kompozycje
- Bardzo dobrze napisane teksty
- Ciężar
- Próba przekazania ważnej wiadomości
- Okładka pasująca do konceptu
- Klimat
- Solidna dawka hardcore'u
- Wokal Derricka dopasowany do hardcore'u

Wady:
- Ilość utworów
- Nadwyżka tekstów o polityce spowodowanych konceptem
- Kiepskie bonusy
- Niektóre utwory na płycie

Okładka: 7,5/10
Teksty: 7/10
Kompozycje: 7/10

Ogólna ocena: 7/10

Z dużą przewagą wygrywa album: Uncivilization. Pomimo tego, że ta konfrontacja była "walką" dwóch albumów na których dominowały teksty o polityce, przekaz Biohazardu lepiej we mnie trafił. Co do kompozycji, kapela z Brooklyn'u poświęciła na nie znacznie więcej czasu. Z kolei okładkę lepiej dobrali panowie z Nowej Sepultury.

21 stycznia 2014

Recenzja: Ektomorf - Ektomorf


Siema! O tej grupie wspominaliśmy wiele razy na naszym blogu, jednak nie mieliśmy okazji zrecenzować ani jednego jej albumu. Do tej pory. Przed Wami: Ektomorf - Ektomorf.

Album Ektomorf został wydany w 1998 roku nakładem wytwórni Oberon Company. Jest to druga płyta grupy. W porównaniu do poprzedniego krążka płyta charakteryzowała się między innymi wyraźniejszym brzmieniem, prawie całkowitą rezygnacją z elementów thrash metalowych (zastąpiono je groove metalem), oraz dojrzałością. Pomimo tego poprzednia płyta Hangok sprzedawała się lepiej.

Nie potrafię dokładnie opisać tej okładki. Patrząc na późniejsze okładki mogę stwierdzić iż grupa Ektomorf ma naprawdę słabego artystę od tych okładek. Być może się mylę, ale to mi wygląda na zdjęcie lampki woskowej. Domyśliłem się patrząc na kolory, oraz delikatne, kuliste kształty. Właściwie to sam nie wiem co ma wspólnego lampka woskowa z nazwą "Ektomorf" która oznacza szczupłą budowę ciała. Okładka wygląda naprawdę ubogo. Odrobinę kojarzy mi się z Load Metalliki. Na tą okładkę jednak nie patrzy się z taką przyjemnością jak na pierwowzór. Już lepszą fuszerę odwalił ten kto rysował okładkę do albumu Savages grupy Soulfly. Mam nadzieję że nie zawiodę się chociaż na utworach.

Album do przesłuchania

Na płycie znajduje się 12 piosenek:

1. "Nem Engedem"
Start albumu, a czuję się jakby to był środek. Piosenka nie pasuje jako numer jeden. Tak czy siak, wita nas całkiem niezły, przebojowy riff, lekko chaotyczna perkusja i kompletnie niezrozumiały węgierski język. Pomimo tego że nic nie rozumiem całkiem nieźle się bawię. Piosenka aż do 1:06 ma ten sam układ. Mianowicie refren, zwrotka, refren... i zwolnienie. Pomimo tego piosenka jest warta posłuchania. Kojarzy się trochę z nowszymi albumami Ektomorfa takimi jak Kalyi Jag oraz Destroy. Piosenka jest krytyką człowieka zapatrzonego w siebie. Tytuł "Nem Engedem" oznacza "Nie pozwolę na to", albo jak kto woli "I won't let".

Ocena: 9/10

2. "Ver"
Tak jest, dziwny tytuł. Piosenka wita nas dobrym riffem, fajnie zgraną perkusją. Zdziwiła mnie trochę zwrotka, gdyż jest w takim nu metalowym stylu. Definitywnie Ektomorf już nie gra nu metalu, ostatnio tego typu rzeczy słyszałem na albumie I Scream Up To The Sky" z 2002 roku. Pomimo tego piosenki dobrze się słucha. Piosenka ogólnie jest na prostej zasadzie. Krótki początek, szybko rozpoczyna się zwrotka, refren, zwrotka, chwila przerwy, gitara rytmiczna, zwrotka, refren, krzyki i koniec... Riff przez większość piosenki ma podobną budowę. Tekstu piosenki nie znalazłem w internecie. "Ver" oznacza "Uderzać", lub jak kto woli "Strike".

Ocena: 8/10

3. "393"
Również dziwny tytuł. Pomimo tego piosenka od początku wprowadza napięcie niezłym riffem, i szybką perkusją. Od 0:33 piosenka zwalnia. Pojawia się trochę dziwnie brzmiący wokal. Piosenka zaczyna brzmieć nijako. Jednak da się jakoś słuchać. Do 1:32 piosenka ma to samo tempo, i tą samą budowę. Potem zaczyna przyśpieszać. Pojawia się wokal, wreszcie bardziej zróżnicowany. I naprawdę nie wiem o czym Zoltan śpiewa. Do końca piosenka zachowuje taki trochę nudnawy klimat. Piosenka najprawdopodobniej o kimś kto stracił wszystko. Wszystkie dobra odebrano mu siłą. Osobą która ukradła bohaterowi wszystko najprawdopodobniej była jego żona, która od niego odeszła od razu po ślubie.

Ocena: 7,5/10

4. "Orok Vesztesek" 
Od razu słychać że to będzie coś przebojowego. Od razu po włączeniu piosenki zaczęło mnie nosić na boki. Riff wydaje się być prymitywny, jednak pasuje do reszty. Niedługo potem zaczyna się wokal, również pasujący do reszty. Po chwili przyśpieszenie, zmiana tempa i refren. Piosenka jest czymś zupełnie innym od poprzednich - ma więcej finezji, przyjemnie się jej słucha. Na niej najprawdopodobniej był wzorowany album "What Doesn't Kill Me" wydany w 2009 roku, ale o tym opowiem kiedy indziej. Piosenka jest o zabójstwie niewinnego dziecka. Utwór można tłumaczyć jako "Wieczni przegrani" lub "Eternal Losers".

Ocena: 8,5/10

5. "Magamert"
Piosenka zaczyna się spokojnym riffem, dosyć nierównym. Potem pojawia się jeszcze stopa, i "rondel". Piosenka dosyć długo się rozkręca. Po 1:05 pojawia się w końcu wokal. Tekst wygląda na dosyć złożony. W piosence riff zmienia się jedynie w czasie refrenu. Przez resztę piosenki zostaje taki sam. Tak więc riff zdecydowanie leży. Za to niezła wydaje mi się praca perkusji, oraz dobry wokal. Piosenka jest o człowieku zamkniętym w więzieniu. Pragnie się stamtąd wydostać dla kogoś bliskiego. Dobrze wie że będą czekały na niego pułapki. Piosenkę można tłumaczyć: "Dla Ciebie" lub "For You"

Ocena: 7,5/10

6. "100% Gyulolet"
Piosenka zaczyna się dziwnym riffem. Tak jak w poprzedniej piosence, praca perkusji nie zawodzi. Szybko również podoba się wokal trochę w stylu Slipknota z ich pierwszego studyjnego albumu. Po drugim refrenie piosenka zdecydowanie się rozkręca. Zniknął ten słaby riff, i pojawiła się kompozycja znacznie bardziej dojrzalsza. Po słowach "megol / de megis erot ad / ha nekem igy jo / ha nekem ez kell" pojawia się zwrotka która brzmi coś jak "you're just a piece of shit / cause are you take a rot". Po tym piosenka nabiera tempa, i zaczyna się jeszcze bardziej rozkręcać. I w tym momencie słyszę właśnie właściwego Ektomorfa sprzed 10 lat (duże podobieństwo do Soulfly). I tak jak w przypadku tej grupy, całą piosenkę wieńczy długa końcówka. Dosyć klimatyczna. Piosenka wydaje się być kontynuacją "Orok Vesztesek", najprawdopodobniej jest ona do ludzi którzy kiedykolwiek zamordowali niewinną osobę. Piosenkę można tłumaczyć jako "100% nienawiści" lub "100% of hate".

Ocena: 8,5/10

7. "Fereg"
Słychać że to będzie coś szybszego. Przypomina mi trochę "Beneath The Remains" z Sepultury. Jest to najprawdopodobniej najszybszy utwór Ektomorfa jaki słyszałem, wolniejsze są nawet na Instinct tej samej grupy. Tak czy siak brzmi groźnie, ciekawie zagrane. Chociaż jak na thrash metal jest to odrobinę za słabe. Przez cały czas piosence towarzyszy całkiem niezły riff w stylu Sepultury, i szybka perkusja. Trudno opisać tą ścieżkę - typowa thrash metalowa napierdalanina. Piosenka jest osądem na kimś, kto wiecznie oszukiwał innych. Piosenkę można przetłumaczyć "Robak" lub "Worm".

Ocena: 8,25/10

8. "Ervagas"
Piosenka nieco wolniejsza, chociaż bardziej przebojowa. Przypomina trochę "No Hope = No Fear" Soulfly z pierwszego albumu. Riff wygląda mi na całkiem niezły. Bardzo pasuje do perkusji. Podczas zwrotki trochę się psuje, refren wszystko jednak rekompensuje. Jest całkiem niezły, pomimo że oparty na tym samym. Nie wiem jak tą piosenkę opisać. Najlepiej będzie jej po prostu posłuchać. Po drugim refrenie piosenka naprawdę zaczyna się rozkręcać. Solówka zrobiła na mnie całkiem spore wrażenie. Coś w stylu "Outcast". Piosenka jest o kimś kto zamordował bliską mu osobę. Zabił ją pod wpływem emocji. Po upływie czasu zaczyna tego żałować. Piosenkę można tłumaczyć jako "Krwawienie" lub "Bleed". W sumie nawet przypomina piosenkę Soulfly o tym samym tytule :)

Ocena: 7,25/10

9. "Ez Vagyok En"
Piosenka od początku brzmi bardzo przebojowo. Podoba mi się to zgranie. Piosenka ma lekko prymitywny, jednak pasujący riff, perkusja nadaje jej szybkiego tempa. Piosenka jest dosyć krótka, brzmi jak coś w stylu albumu Kalyi Jag. Piosenka jest o "drugim ja" osoby w tekście. Pod wpływem doświadczenia ta osoba się zmieniła. Najprawdopodobniej ta osoba patrzy w przeszłość, i widzi co się zmieniło. Piosenka może być tłumaczona jako "Oto ja" lub "It's Me"

Ocena: 7,5/10

10. "Menekules"
Przypomina mi trochę "Nem Engedem" z rytmu i riffu. Pomimo tego ma trochę inną zwrotkę i refren. W tym momencie piosenka jest wolniejsza od "Nem Engedem". Piosenka jest wyposażona w niezły riff, dobrą pracę perkusji, oraz dobrze brzmiący wokal Zoltana. Według mnie wokal spośród wszystkich piosenek zgromadzonych na albumie na tej piosence brzmi najlepiej (obok "Nem Engedem"). Piosenka jest o osobie która robi coś wbrew swej woli, która nie pasuje "do układanki". Piosenkę można tłumaczyć jako "Ucieczka" albo "Escape"

Ocena: 8,5/10

11. "Eutanazia"
Od razu na początku pojawia się jednocześnie mroczny i żywy riff. Wtóruje mu dobrze brzmiąca rockowa perkusja, oraz dobrze brzmiący wokal. Pomimo że piosenka ma ponad 4 minuty, zwrotki są krótkie. Po każdej zwrotce pojawia się niezły refren, z kolei po drugim refrenie pojawia się riff trochę w stylu Pantery z albumu "The Great Southern Trendkill". Najprawdopodobniej również na tym albumie wzorowana była ta piosenka. Chwilę pograła solówka, i ta gitara w stylu Dimebaga Darrella. Potem znowu pojawiła się zwrotka, refren i... reszta piosenki jest instrumentalna. Słychać dźwięki aparatury, piosenka nabiera prędkości. Na początku gdy tego słuchałem serce biło mi znacznie szybciej. Cały czas miałem wrażenie że końcówka mnie zaskoczy czymś ciekawym. Naprawdę, bardzo dobre budowanie napięcia. Po chwili piosenka cichnie. Słychać tylko aparaturę, i... PIIIIIIIIIIIIIIIIIIIII!!!!!!!!!! Kurwa, słuchałem tego głośno i myślałem że ze skarpet wyskoczę! Hahahaha! Niestety, tekstu piosenki nie znalazłem. Tytułu chyba nie muszę tłumaczyć.

Ocena: 9/10

12. "Egyedul"
Na początku słyszymy spokojną gitarę, bez żadnych dodatków. Trochę w stylu piosenki "Fallen" grupy Soulfly z albumu Savages. Po pędzącej jak Concorde Eutanazii możemy się nieco uspokoić. Piosenka na początku jest spokojna. Niedługo potem odkrywamy że tak będzie do końca. Słyszymy że jest to najspokojniejszy utwór z płyty; spokojny riff, perkusja trochę w stylu albumu Load Metalliki. Piosenka jest jednocześnie mroczna, i spokojna. Zależy dla kogo. Piosenka nie zmienia swojego riffu przez większość piosenki - dopiero w drugiej zwrotce piosenka robi się mocniejsza. Potem pojawia się jedyny refren w utworze. Dosyć słaby, i prosto zbudowany. Następnie pojawia się to co na początku: spokojna praca gitary. Towarzyszy temu deszcz. I w ten sposób cały album się kończy.

Ocena: 8,75/10

Początki nie zawsze są łatwe. Album Ektomorf jest udanym dziełem, chociaż ma swoje wady. Riffy są dosyć przeciętnie zagrane, jakby Zoltan nie miał weny. Zdecydowanie najlepszą stroną są tu teksty. Niby tego nie rozumiem, ale wydają się być spójne z kompozycją. Płyta wygląda bardziej na b-side. Piosenki brzmią jakby zostały nagrane w zupełnie innych odstępach - wszystkie brzmią inaczej. Najprawdopodobniej Zoltan z Csabą nie wiedzieli na kim się wzorować, tak więc pomyśleli "Wrzucimy wszystko do jednej beczki". I tak powstał Chocapic Ektomorf! :) Ponieważ w czasie nagrywania tego albumu grupa Soulfly się dopiero kształciła, panowie z Węgier nie mieli od kogo zrzynać. Ale musicie przyznać że wychodziło im to dobrze (przykładem może być np. Outcast, ale o tym kiedy indziej).

Okładka: 3/10
Kompozycje: 6,5/10
Teksty: 8,5/10

Ogólna ocena: 6,5/10

7 stycznia 2014

Konfrontacja: Sepultura - Bestial Devastation vs Sarcofago - Rotting (remake)


Witam w kolejnej konfrontacji. Gdy patrzę na niektóre stare wpisy na naszym blogu zastanawiam się, czy przypadkiem nie pisał tego 15-latek. Wiecie, recenzje wychodziły w dosyć krótkich odstępach czasowych, wszystko było opisywane krótko; to nie należało do rzeczy profesjonalnych. To co robimy teraz wprawdzie też nie jest, ale jak już mówiłem, wciąż się z Commando uczymy tej sztuki. Dzisiaj omówię dwie ważne Brazylijskie EP-ki, albumy słynące z kontrowersyjności, oraz pewnej oryginalności. Opowiem co nieco o dwóch grupach z Belo Horizonte, które początkowo wydawały się stać na tym samym poziomie; późniejsze lata ukazały, która spośród owych grup wybiła się poza Cogumelo Records, oraz Belo Horizonte. Przed wami: Sepultura - Bestial Devastation vs Sarcofago - Rotting.


Sepultura - Bestial Devastation



Bestial Devastation jest pierwszą EP-ką brazylijskiej grupy death metalowej Sepultury. Została ona wydana 1 grudnia 1985 roku nakładem Cogumelo Records. Sepulturę utworzyli w połowie 1984 roku bracia Max (początkowo gitarzysta) i Igor Cavalera (perkusista). Do czasu gdy do grupy dołączył Wagner Lamounier (wokalista), chłopaki nie wiedzieli jaki gatunek mają grać (rozważali wiele propozycji, byle to była muzyka gitarowa); pod wpływem świeżo zatrudnionego wokalisty chłopaki zaczęli grać death metal. Niedługo potem dołączyli Jairo Guedz (gitarzysta) i Paulo Jr (basista). W marcu 1985 roku, wskutek nieporozumień z grupy zostaje wyrzucony Wagner Lamounier, inspiracje ciężkim metalem jednak pozostały. Chłopaki wypożyczyli sprzęt, wynajęli studio, i zaczęli tworzyć nowy album. Nowy krążek został zauważony przez niewielką publiczność.

Jak to w przypadku pierwszego albumu bywa, okładka jest brzydka i prymitywna. Przedstawia ona demona uciskającego kościół. Poniżej widać kroczącą kostuchę, oraz trzy krzyże. To co najbardziej mnie zaskoczyło, to ten demon sam w sobie; czemu jego skrzydła wyglądają jak uszy słonia? I czemu napis "Sepultura" jest tak ohydny? Ponieważ Bestial Devastation jest pierwszym krążkiem grupy, nie ma sensu za bardzo rozwodzić się nad grafiką. Poza tym, definitywnie chłopaki nie mieli kasy na dobrego artystę, przez co wyżej ukazaną okładkę musiał narysować Igor Cavalera.


1. "The Curse"
Intro. Słychać bicie dzwonów oraz wiejący wietrzyk. Co to właściwie jest? Czy miało to służyć do zbudowania napięcia? Po chwili możemy usłyszeć czyjś "złowieszczy głos" wypowiadający słowa: "Rzucono klątwę, strzeżcie się! Władca śmierci wypowiedział wojnę. Szatan rozpocznie zniszczenie, będzie przewodził bestialskiej dewastacji". W teorii intro wyglądałoby całkiem nieźle, w praktyce? Niekoniecznie. Wiatr w tle przypomina dmuchanie do mikrofonu, a głos na pierwszym planie brzmi jakby był wypowiedziany przez menela na sterydach. W jednym ze wcześniejszych wywiadów grupy, Igor Cavalera stwierdził, iż do wypowiedzenia tej kwestii zatrudnił kolegę, który bez żadnych przesterowań wypowiedział słowa z intra.

2. "Bestial Devastation"
Wreszcie, jest muzyka. Po 40 sekundach ubawu przy intrze jest ona jak wybawienie. Zwłaszcza że Sepultura od początku zaczyna grać naprawdę przyjemnie. Trochę to prymitywne, ale jak na początek jest nieźle. Nisko nastrojona gitara, do tego agresywna perkusja która równie dobrze mogłaby rozbrzmiewać na Hate grupy Sarcofago... Po usłyszeniu zwrotki przechodzą ciarki po plecach; w jej czasie słyszymy bardzo dobrą sekwencję riffów, szybką perkusję, złowieszczo brzmiący wokal. Zdarzą się czasem ciekawe zwroty akcji w postaci zwolnień, solówek, czy chociażby zmiany riffów; słychać jednak że to granie jest jeszcze surowe, i dla grupy czegoś brakuje. Utwór jest o walce ludzkości z siłami zła. Wkrótce z owego konfliktu rodzi się nuklearna wojna.

Ocena: 7,5/10 (wraz z intrem)

3. "Antichrist"
Utwór został napisany przez Wagnera Lamouniera. Jak można się spodziewać, "Antichrist" będzie czymś w rodzaju korzeni Sarcofago. Jakiś czas temu przesłuchiwałem I.N.R.I. wyżej wymienionej grupy, tak więc wiadomo jak do tej sprawy podszedł Wagner. Utwór jest dosyć ubogi. Ma cały czas ten sam schemat, przez co słuchacza zaczyna po jakimś czasie denerwować monotonia. Poza tym, kawałek dosyć szybko się nudzi, jak dla mnie najsłabszy numer z tej płyty. Utwór jest o antychryście, który ma wkrótce przybyć na Ziemię.

Ocena: 5/10

4. "Necromancer"
"Necromancer" jest zdecydowanym numerem jeden na tej płycie. Słuchając go wiedziałem, że grupa włożyła w niego mnóstwo serca i czasu. Wiecie, utwór który został nagrany pierwszy na płycie musi mieć coś w sobie. "Necromancer" jest solidną dawką death metalu: kompozycja lekko zawiewa prymitywnością, nie przeszkadza mi to jednak w cieszeniu się utworem. Czasem zdarzają się jakieś ciekawsze zwroty akcji, równie dobrze utwór mógłby znaleźć się na Schizophrenii. Utwór jest o Nekromancie - czarowniku który ożywia zmarłych, by ci walczyli po stronie zła.

Ocena: 8,25/10

5. "Warriors Of Death"
"Warriors Of Death" wydaje się być zrzynką z utworu "Bestial Devastation" - kawałek ma dokładnie ten sam schemat, jedyne co zostało zmienione to tekst i kompozycja. W porównaniu do "Bestial Devastation", ta ścieżka wydaje się być nieco bardziej klimatyczna, poszczególne riffy są lepiej dopracowane, a tekst to po prostu zupełnie inna bajka. Nie ma tam żadnych szatanów, demonów, antychrystów... "Warriors Of Death" jest o pewnej armii, która idzie do wroga na śmierć. Patrząc na ten tekst wydaje mi się że obecne Soulfly i Cavalera Conspiracy cofają się właśnie do tego typu tekstów.

Ocena: 7,75/10

Podsumowując Bestial Devastation jest średnie. Nie oczekiwałem jednak wielkiej rewolucji, jest to w końcu pierwsza płyta wydana niecały rok po utworzeniu grupy. Wiem jednak że grupa starała się zrobić co tylko się da, by Bestial Devastation brzmiało dobrze przy niewielkiej ilości forsy. Kompozycje są w miarę dobre, zdarzyło się coś co nie do końca się ze sobą gryzło, jest to jednak lepsze od tego co się działo na Roorbacku czy A-Lex Nowej Sepultury. Teksty są raczej kiepskie, nie ma to jak tłumaczyć je z portugalskiego na angielski. Nie dziwi mnie także fakt, że fani po prostu zapomnieli o tym albumie: nie byłem zbyt usatysfakcjonowany po przesłuchaniu tego albumu, jedyne co sobie pomyślałem to "dziwna była ta Sepultura". Całe szczęście po 1986 roku Max Cavalera przestał zajmować się tą muzyką, zapewne zauważył że to nie jest w jego stylu.

Zalety:
- Różnorodność
- Włożony trud w album
- Bardzo dobry utwór "Necromancer"
- Ciekawa atmosfera

Wady:

- Prymitywność
- Kiepskie teksty
- Niski budżet
- Słaba jakość nagrań


Okładka: 5/10
Teksty: 6/10
Kompozycje: 6,5/10

Ogólna ocena: 6/10



Sarcofago - Rotting


Rotting jest drugim albumem (w tym pierwszą EP-ką) brazylijskiej grupy death metalowej Sarcofago. Został wydany 6 sierpnia 1989 roku nakładem wytwórni Cogumelo Records. Album zapowiadał pewne zmiany w twórczości grupy. Gdy na I.N.R.I. znajdowały się przede wszystkim szybsze utwory zagrane na brudno, tutaj zdecydowanie bardziej dopracowano brzmienie: kawałki były bardziej ustabilizowane, zastosowano również niektóre elementy elektroniki; przy okazji nagrano remake utworu "Nightmare" by ukazać to jak przez te 3 lata zmieniło się Sarcofago. Pojawił się również utwór "Tracy", który ujawniał w którą stronę poszła grupa, ale o tym szerzej za chwilę. Album przemknął praktycznie bez echa, jedyny aspekt znany wśród większej publiczności jest kontrowersyjna okładka.

Jak przed chwilą powiedziałem, okładka ukazuje kontrowersyjny obraz. W tej chwili mamy porządną zapowiedź ostrej jazdy jaką zagwarantuje nam Sarcofago. Śmierć wylizuje (nie wiem jakim cudem) twarz szyderczo uśmiechniętego Jezuska, przy okazji namiętnie go obejmując. Z tego powodu twarz syna bożego pokrywa się bliznami, i zaczyna gnić. Fajnie się na okładkę patrzy, została narysowana z dbałością o szczegóły. Jest to zdecydowanie najlepsza okładka z serii "obrazoburcze" jaką dotąd widziałem, nie miałem wątpliwości. Skoro okładka ryje beret, to czemu nie album? :)


1. "Rotting"
Pierwszy utwór z albumu prezentuje się obiecująco. Co dziwne, utwór kojarzy mi się z Sepulturą: utwór brzmi jak remake pewnego utworu z albumu Morbid Visions przeniesiony na Schizophrenię (rzecz jasna remake zagrany z Jairo Guedzem). Dosyć spokojny, aczkolwiek wpadający w ucho riff. Od 0:40 "Rotting" zaczyna się rozkręcać. Przez dłuższy czas utwór ma spokojne tempo, po jakimś czasie następuje speed-up który raczy nas przez dosyć długi czas. Kompozycja jest dosyć skomplikowana, co chwila jesteśmy atakowani innym riffem, czasem zdarzy się solówka, czy chociażby część wokalna. Co do perkusji, znacznie bardziej wolę szybkie, bezcelowe napierdalanie w bębny od nienaturalnych strzałów automatu perkusyjnego. Jak można się domyśleć, utwór jest atakiem na chrześcijan. Przy pomocy bluzgów i negatywnych uwag Wagner stara nam się przytoczyć powody dlaczego nie warto wierzyć w boga. Przy okazji opowiada o rychłym upadku chrześcijaństwa, który najprawdopodobniej wkrótce nastąpi.

Ocena: 8,25/10

2. "Sex Drinks And Metal"
Od początku Sarcofago wali w nas pociskami naprawdę surowej dawki metalu w stylu I.N.R.I., tyle że z większym chaosem. Ledwo łączę wątki, zastanawiam się co to kurna jest? Iście szybka perkusja, niezrozumiałe jęki, niezrozumiałe gitary oraz brak jakiegokolwiek sensu. Kawałek kojarzy mi się nieco z Bestial Devastation Sepultury, oraz Hell Awaits Slayera, zdecydowanie. Wiem że to było celowe, zdaję sobie również sprawę że niektórych takie młóćki kręcą. Jak tego słucham, zastanawiam się "z jakiej racji ma kogoś to interesować, przecież to jest niezrozumiały bełkot!". Całe szczęście, "Sex Drinks And Metal" jest krótkie jak na utwór z albumu Rotting. Jak sama nazwa wskazuje, utwór jest o seksie, alkoholu i metalu. Ponieważ w latach 80-tych kościół dosyć często potępiał wyżej wymienione czynności, Sarcofago to podłapało, i postanowiło napisać o tym wszystkim piosenkę. Według grupy te czynności są takie złe, że aż świetne.

Ocena: 4,25/10

3. "Nightmare"
Oryginalnie utwór znalazł się na albumie I.N.R.I. z 1986 roku; w porównaniu do poprzedniego albumu, to "Nightmare" zostało zagrane bardziej ustabilizowanie, klimatycznie. Nie ma już takiej bezsensownej monotonności i nudy, kawałek jest ciekawą, klimatyczną bombą. Ponieważ Wagner Lamounier kupił ten sam model gitary co miał Jairo Guedz, utwór zdecydowanie brzmi jak odrzut z Morbid Visions. Ponieważ utwór przez dłuższy czas jest dosyć spokojny, wiem że w pewnym momencie nastąpi ten magiczny moment speed-up'u. I oczywiście, nie myliłem się. W porównaniu do utworu "Rotting", speed-up jest zdecydowanie bardziej ustabilizowany i krótszy. Zdecydowany mój numer 1 na tym albumie. Utwór jest o osobie, która ma sen o zejściu do piekła. Opowiada ona co widziała w tym śnie, oraz co czuła patrząc na wszystko co ją otaczało.

Ocena: 8,75/10

4. "The Lust"
"The Lust" jest przerywnikiem, czymś w rodzaju bezsensownego zapychacza z którymi miałem czelność się spotkać na Dante XXI Nowej Sepultury. "The Lust" jest jakby odpowiednikiem "The Curse". Nie słyszymy jednak przedmowy która niszczy ludzkie umysły i katuje nasze gardła głośnymi rykami ze śmiechu. Ot co, słyszymy dźwięki z taśmy porno: jęczące kobiety. Często również pojawiały się inne efekty, typu niskie ryki, uszojebne piski. Skoro już Sarcofago pokusiło się na okładkę przedstawiającą szkielet liżący Jezusa, oraz utwory które zrażą niejednego katolika, "The Lust" nie mogło tutaj zabraknąć ;) Zdecydowanie najdziwniejszy przerywnik z jakim miałem do czynienia.

BRAK OCENY

5. "Alcoholic Coma"
Słysząc pierwsze riffy mam wrażenie że nad "Alcoholic Coma" Sarcofago zaczęło pracę jeszcze za czasów I.N.R.I., a skończyło z nim dopiero w 1989 roku. Słychać że tempo jest nieregularne: to zwolnienie, to speed-up, to znowu zwolnienie, to speed-up; "Alcoholic Coma" jest raczej chaotycznym kawałkiem, przez pewien czas miałem problem z oswojeniem się z tym utworem. Gdy ponownie przesłuchałem "Sex Drinks And Metal" uznałem, że nad "Alcoholic Coma" niepotrzebnie się rozwodzę. Niestety, w pewnym momencie perkusja zaczęła drążyć mi dziurę w głowie (perkusista gra jakby był robotem). Jedyne co w miarę cieszy to kompozycja. "W miarę" to jest dobre słowo, mianowicie słyszymy riff niemalże zerżnięty ze "Slaves Of Pain" Sepultury z albumu Beneath The Remains. Potem jest dosyć krótki breakdown, solo, i znowu speed-up. Utwór jest o pewnym człowieku który uznał że powinien się zabawić. Zamówił dziwkę, zerżnął ją, a na koniec wypił Smirnoffa. Nieświadomy co się wokół niego dzieje, bohater wychodzi na ulicę by "cieszyć się z małych rzeczy". W pewnym momencie zostaje najprawdopodobniej potrącony przez samochód, po czym dostaje śpiączki i ląduje w szpitalu.

Ocena: 8/10

6. "Tracy"
Pamiętam jak po raz pierwszy włączyłem "Tracy"; nie znałem jeszcze The Laws Of Scourge, nie wiedziałem więc skąd ta zmiana. Zastanawiałem się skąd takie lekkie balladowe pogrywanie, przecież to nie jest w stylu Sarcofago! Miłośnicy ballad nie pocieszą się długo lekkim pogrywaniem, wkrótce zaczynamy słyszeć bardzo dobry, wpadający w ucho riff. Kawałek jest jednak wolniejszy od pozostałych, ustabilizowane tempo, + perkusja która pracuje trochę jak automat perkusyjny (przez dłuższy czas wałkuje to samo walenie). W pewnym momencie kawałek brzmi trochę jak "A Touch Of Evil" z albumu Painkiller grupy Judas Priest. Jak tytuł wskazuje, utwór jest o kobiecie o imieniu Tracy. Została ona zamordowana przez psychopatę który zezłościł się pod wpływem pewnych słów.

Ocena: 7,75/10

Podsumowując Rotting jest zaskakującym dziełem. W porównaniu do I.N.R.I. album wydał mi się znacznie lepszy, nawet pomimo tego że Rotting jest EP-ką. Każde ponowne zajrzenie do tego albumu będzie mi się kojarzyć głównie z Jezuskiem obmacującym się ze szkieletem, oraz z brzmieniem przypominającym dosyć Sepulturę z czasów Morbid Visions. Parę rzeczy mi jednak w tym albumie nie pasowało, mianowicie pierwsze skrzypce grała chaotyczna, głośna perkusja. Gitarę czasem ledwo się słyszało, chyba jedynie do wokalu nie mam pod względem brzmieniowym zastrzeżeń. Trochę też dziwi fakt, że w 1989 roku Rotting nie przyniósł większych sukcesów dla grupy, gdy tymczasem jej główny konkurent (Sepultura) z każdym albumem stawał się coraz lepszy. Nie licząc tych wad, warto zapoznać się z albumem. Gwarantuję jednak to, że gdy się usłyszy takie The Laws Of Scourge, na pewno Rotting pójdzie w odstawkę. Na początek przygody z Sarcofago, gorąco polecam.

Zalety:
- Dobre teksty
- Przyzwoite kompozycje
- Świetna, kontrowersyjna okładka
- Przerywnik "The Lust" ryjący beret
- Agresja

Wady:
- Przedawkowanie chaotyczności
- Słaba jakość nagrań
- Album jest beznadziejnie zmiksowany


Okładka: 10/10
Teksty: 8/10
Kompozycje: 7,25/10

Ogólna ocena: 7/10

6 stycznia 2014

Recenzja: (Nowa) Sepultura - Roorback (remake)


Witam was w kolejnej recenzji! Ponieważ i ten wpis uznałem za wadliwy, warto go poprawić. Opowiedziałem o kilku faktach na temat tego albumu, lecz nie do końca wyjaśniłem skąd się wzięła tak niska ocena. Poza tym, zacząłem się zastanawiać czy ja nie zrobiłem dawniej tej recenzji pod wpływem emocji, związanych z tym czym się grupa stała? Do tej całej akcji z Derrickiem Greenem zacząłem nabierać dystansu, przez co daję radę słuchać tej nowej Sepultury. Pamiętacie dobrze że ten album jest pierwszym który oceniłem nadzwyczaj źle. Pora zobaczyć czy aby na pewno Roorback jest takim gównem jakim wcześniej go opisywałem.

Roorback został wydany 26 maja 2003 roku przez wytwórnię SPV Records. Album jest trzecim dziełem grupy bez wokalisty, Maxa Cavalery. Ponieważ na poprzednich albumach grupy wpływ Cavalery było widać bardzo wyraźnie (w szczególności na Nation), nowa Sepultura postanowiła kompletnie się odciąć od niego raz na zawsze. Andreas Kisser zaproponował, by ponownie wrócić do czystego groove metalu... tyle że bez żadnych dodatków z Roots - grupa w tym przypadku poszła bardziej w brzmienie w stylu Ameryki Północnej, Brazylię zostawiła za sobą. Album był pozytywnie oceniany przez krytyków. Pomimo tego sprzedawał się marnie.

Okładka na pierwszy rzut oka nie jest zła. Widoczny jest na niej jakiś facet, trzymający pionek nad makietą ziemi. Obrazuje ona kogoś, kto ma władzę nad wszystkim (lub nad "mniejszym władcą"), co właściwie bardzo pasuje do tego o czym są utwory nowej Sepultury.


1. "Come Back Alive"
Utwór rozpoczyna się klimatycznym intrem, brzmiącym nieco jak przerdzewiałe huśtawki. Następnie słyszymy jakiś dziwny pisk, i dźwięk piorącej pralki. Od 0:33 pralka robi się głośniejsza, i... zaczyna się Szybki kawałek, z dosyć prymitywnym riffem który brzmi jakby został zagrany przez dziecko. Gdy wsłuchałem się w to "cacko" dłużej, zacząłem się zastanawiać jakim cudem Igor dał radę do tego czegoś bębnić. Po niedługim czasie powtarzający się w kółko riff, oraz wokal Derricka zaczynają kaleczyć moje uszy. Prosta zasada: intro, wkurwiający riff, prosty refren, i tekst abym jak najmniej zrozumiał (w czasie ostatniej zwrotki słyszymy jakiś niezrozumiały bełkot, oraz "ratatatatatatata"), zupełnie jakby Derrick chciał strzelić z karabinu prosto w słuchacza. Najprawdopodobniej jedyną zaletą utworu jest sam tekst. Jakby został ozdobiony lepszym riffem i wokalem, z pewnością byłby to niezły kawał muzy. Utwór jest o pewnym żołnierzu, który zostaje wysyłany na wojnę. Przedtem jest jednak żegnany przez rodzinę, która mówi do niego "wróć żywy".

Ocena: 2,5/10

2. "Godless"
Patrząc na tytuł miałem wrażenie że "Godless" będzie czymś w stylu "The Age Of The Atheist" z Mediatora. Od razu słyszymy bardzo dziwny riff, taki trochę prześmiewczy jak ostatnia zwrotka w "Come Back Alive". Wydaje się, że utwór próbuje budować napięcie, w rzeczywistości wciąż jestem myślami przy "Come Back Alive" zastanawiając się "jakim cudem to gówno wyszło spod młotka Andreasa Kissera?". Gdyby kompozycję nieco upiększyć, z pewnością nie byłoby aż tak źle; zwłaszcza że jedyną osobą która się stara jest Igor. Wokal Derricka wkurza mnie niemiłosiernie, tak samo jak w poprzednim utworze kaleczy uszy. Na początku nie wiedziałem o czym może być ten utwór, przez chwilę pomyślałem że to będzie taki pierwowzór "The Age Of The Atheist". A tu co okazuje się? Podbijanie jakiejś wioski przez nieznaną chorobę, ludzie z zewnątrz się patrzą i twierdzą że "ich świat jest taki bezbożny". Tutaj chyba chodziło o to, że biedni ludzie walczący z chorobą są pozbawieni pomocy boga. To było takie podchwytliwe!

Ocena: 3,5/10

3. "Apes Of God"
Początek wydaje mi się dosyć dziwny. To intro brzmi trochę jak piła tarczowa z obniżoną wysokością dźwięku, z wtórującym Didgeridoo (taka wielka tuba z Australii). Po tym intrze utwór się rozkręca, zaczyna brzmieć trochę jak mieszanina Kairos z Chaos A.D. Na początku nie brzmi to aż tak źle. Riff wraz z perkusją brzmią całkiem dobrze, niestety wokalista się wtrąca i wszystko niszczy. Naprawdę, można pomyśleć że "Apes Of God" mogłoby być jedynym diamentem w morzu gówna, a oczywiście to też zostało w pewien sposób spierdolone! Słyszymy dobry budujący napięcie riff, współpracującą perkusję, oraz dobrze dopasowany tekst do kompozycji. No tylko ten Derrick, w mordę! Moment od 2:38 wyraźnie został wyjęty z utworu  "Clenched Fist" z albumu Chaos A.D. Tak samo jak wcześniej wspomniany kawałek, "Apes Of God" jest o zabijaniu w imię boga.

Ocena: 7/10

4. "More Of The Same"
Na początku słyszymy niezłe intro, w tym dobry riff. Od razu po intrze słyszymy średniej prędkości ujadanie na gitarze, coś w stylu zwrotki w utworze "Reject" z poprzedniego albumu. Tak samo jak poprzednie utwory, "More Of The Same" jest oparte na tej samej zasadzie: cały czas jeden riff, zwrotka, refren, riff, zwrotka... Tutaj jednak chyba to zastało nieumyślnie dobrze zagrane, trochę w stylu Mediatora. Outro jest trochę w stylu projektów grupy Soulfly - taka powolna i spokojna. Utwór w porównaniu do poprzednich wypada naprawdę dobrze, to już jest plus (no, nie licząc "Apes Of God". Tekst też jest niezły - jest to bowiem kawałek o współczesnych plagach które nawiedziły nasz świat. Mianowicie chodzi o polityków, podatki itp.

Ocena: 6,25/10

5. "Urge"
Na początku słychać intro, które brzmi jak zepsuta kosiarka. Po raz pierwszy od czasu Nation słyszymy pewnego rodzaju inspirację Roots (riff w stylu tego albumu, oraz plemienne bębny). Po raz pierwszy wokal nie niszczy mi uszu, przede wszystkim dlatego że Derrick zaśpiewał ten kawałek delikatniej, bez zbędnego darcia ryja. Przez minutę słyszymy cały czas to samo. W kółko leci to samo, Jezu! Mało co nie zasnąłem przed komputerem. Wciąż ten sam riff zaczyna wkurzać. Wreszcie, od 1:40 utwór nabiera jakiegoś tempa. Tym razem to wokal zaczyna mnie bardziej wkurwiać niż riff. Nie na długo - po chwili utwór znowu brzmi... tak samo jak na początku. Cholera, czy ci goście nie potrafią zrobić czegoś normalnego?! Wyłączyłem to w 2:45. Dla uspokojenia włączyłem sobie stare dobre Beneath The Remains, aby ochłonąć po tym GÓWNIE. Utwór jest o społeczeństwie wykorzystywanym dla zysku polityków.

Ocena: 0/10

6. "Corrupted"
Od razu na początku słyszymy prymitywny riff (na razie bez perkusji). Niedługo potem dochodzi perkusja, która nie brzmi już tak ciekawie jak wcześniej. Od 0:32 słyszymy riff brzmiący jak ten z "Cut-throat" z albumu Roots. Przy okazji perkusja się rozkręciła, i utwór zaczęła mieć wreszcie ręce i nogi. Może to nie będzie takie gówno jak poprzednie kawałki? I wreszcie, sędzia wchodzi na rozprawę: Derrick zaczyna ujadać jak pies na którym dokonano lobotomii przy pomocy tępej łyżki do butów. I tak naprawdę tylko kompozycja trzyma tutaj poziom, wokal jak zawsze do dupy, nie chce mi się więcej tego komentować. Utwór jest o kimś, kto najprawdopodobniej czuje uraz do podmiotu lirycznego.

Ocena: 5,5/10

7. "As It Is"
Słyszymy spokojne intro, następnie perkusja, riff i w końcu wokal. Oczywiście spokojny wokal Derricka zawsze w dziwny sposób prowokuje u mnie ziewanie. No tylko tego posłuchajcie! Im dłużej tego słucham tym bardziej się nudzę: ten sam nudny schemat, nic się nie dzieje, nuda. No nic, słucham dalej. W 1:23 wreszcie coś zaczyna się dziać! Robi się bardziej żywiołowo, przez co najprawdopodobniej z tego nie wiadomo czegoś coś może jeszcze być. Chociaż nie... jest to refren. Marnie, utwór znowu brzmi gównianie. Po drugim refrenie wreszcie słychać jakąś poprawę brzmienia... lecz i tak mam już tego dosyć! Może i coś poniekąd zaczęło się dziać, ale po prostu wymęczyła mnie ta beznadziejna kompozycja. Mam dosyć! Wyłączyłem po 3 minutach i 20 sekundach, i najlepiej niech trzymają to ode mnie z daleka, już wolę disco polo. Utwór jest o przemyśleniach, dlaczego trudno jest nam żyć w dzisiejszych czasach.

Ocena: 0,25/10

8. "Mind War"
Pierwszy singiel płyty. Już na początku słyszymy riff w stylu "Rise Above" z poprzedniego albumu (tylko jest bardziej ubogo). Nie wiem co mam o tym myśleć. Tak samo jak w przypadku "Come Back Alive", utwór brzmi jakby został zagrany przez bandę dzieciaków. Cóż, czasem jest lepiej, a czasem gorzej. Kawałek bardzo niejednoznaczny. To co jednak mnie przytłacza to to, że to jest po prostu nudne! Nic się tu nie dzieje, mam ochotę strzelić sobie w łeb. Wokal sprawia że zaczynam niedomagać, i po prostu znowu robię sobie przerwę od tej jebanej recenzji. Zresztą, przekroczyłem już cholerny próg przekleństw (nigdy tyle nie było w żadnej recenzji jaką stworzyłem). Próbowałem domyśleć się o czym może być ten kawałek, jedyne co wiem to to, że jest najprawdopodobniej o kłótni dwóch osób. O co, to nie wiem. I raczej nie chcę wiedzieć.

Ocena: 0,5/10

9. "Leech"
Znowu na początku słyszymy prosty riff, i perkusję - tym razem w stylu Ratos De Porao. I znowu słyszymy to co w pierwszym utworze. Niezrozumiałe dźwięki wydawane przez wokalistę które tym razem brzmią mniej więcej tak: "kokokoko.. popopokokoko". Wtóruje temu gitara w stylu Acid Drinkers. Tam to brzmiało bardzo fajnie, tutaj jednak przyprawia o zdenerwowanie. Cały czas czułem zachętę by to po prostu wyłączyć, jednak powstrzymałem się i słucham dalej. Im dłużej tego słuchałem tym bardziej miałem tego dosyć, nuda nuda i jeszcze raz NUDA. Wyłączyłem po niedługim czasie. Utwór jest skierowany do pewnej fałszywej osoby, w utworze nazywanej "pijawką".

Ocena: 0/10

10. "The Rift"
Tak jak się spodziewałem - początek nudny jak flaki z olejem: słaby, bezsensowny riff, oraz wtórująca mu bezduszna perkusja. Ta jednak próbuje ratować to "coś". Poza tym, słyszymy (o dziwo) dobrze dopasowany wokal Derricka Greena. Dalej jednak nie jest tak różowo. Utwór jest CHOLERNIE nudny, już poprzedni "Leech", czy chociażby "Urge" były lepsze. Im dłużej tego słucham tym bardziej mam ochotę włączyć sobie Reign In Blood, czy chociażby nawet kurwa "Chrześcijanin Tańczy". Już to ma nawet więcej sensu niż ten kawałek, naprawdę. Tam przynajmniej był jakiś sens z pojebanej kompozycji, a tu nic nie ma! Null, zero, nie radzę słuchać nawet z nudów. Utwór jest o człowieku, który w dawnych czasach musiał pielęgnować swoją planetę, by przeżyć. Jego świat porównywany jest do tego, w jakim żyjemy my. Po tym co usłyszałem we wcześniejszych utworach, zapewne następny utwór również mnie nie zaskoczy.

Ocena: -1/10

11. "Bottomed Out"
"Bottomed Out" jest wolniejszy od poprzedników. W porównaniu do "The Rift" nie różni się wiele: ten sam riff, tylko lekko zmodyfikowany. Czuć że w porównaniu do poprzedników jest lepiej, w każdym razie na początku. Później słyszymy wokal który chce mnie za wszelką cenę uśpić tylko po to, aby w następnym utworze rozwalić mi głośniki gdy ja będę pogrążony w głębokim śnie. Obok "The Rift" jest to jeden z najnudniejszych utworów z płyty. Ten sam nudny schemat, słaby riff, oraz bezduszna perkusja. Tekst jest o osobie, która prawdopodobnie została zraniona przez drugą w przeszłości. Nie wiem, ta piosenka jest tak nudna że nie chce mi się jej omawiać.

Ocena: 0,25/10

12. "Activist"
Po tak długim czasie słyszymy wreszcie coś znacznie żywszego. Słychać że jest bardzo nierówna: riff nie do końca pasuje do perkusji, tak samo z wokalem. Wokal dobrze wiecie jaki jest. Ponieważ zostałem wymęczony przez poprzednie ścierwa, nie mam kompletnie czasu aby się z tego cieszyć. Zresztą, i tak po niedługim czasie i ten kawałek zaczyna mnie nudzić. "Activist" jest o kościele, który zmierza do kontroli ludzkości.

Ocena: 3/10

13. "Bullet The Blue Sky"
Drugi singiel płyty, cover U2. Pod względem brzmienia nie jest źle - riff oczywiście brzmi jak brzmi (prymitywnie), ale do "Bullet The Blue Sky" akurat pasuje. Kawałek miał być zapewne czymś znacznie czystszym w przeciwieństwie do poprzedników. Problem w tym że to już nie będzie czystsze: wokal robi swoje, zamęcza nas niemalże do końca. I tak samo jak w poprzednikach, niedługo potem cały utwór zaczyna mnie wkurwiać. Właściwie to jakim cudem ja dotarłem aż tutaj? No nie wiem. Lepiej przejdę do podsumowania, bo mam tego dosyć.

Ocena: 2/10

Podsumowując Roorback był jednym z najgorszych albumów jakie miałem okazję przesłuchać w swoim życiu! Beznadziejność lała się tutaj hektolitrami, każdy następny utwór powodował we mnie frustrację i coraz większy ból uszu. Andreas Kisser zafundował nam najgorsze riffy jakie miałem okazję dotąd usłyszeć. Do teraz nie mogę uwierzyć że ten sam gitarzysta zafundował nam sieczkę rodem z Death'u na Schizophrenii! Nowy wokalista wydzierał się jakby ktoś mu wpakował szklaną butelkę w dupę, a potem go w nią kopnął - nie było utworu w czasie którego mogłem od tego jazgotu odpocząć, właściwie to co z tego jak Andreas zawalił sprawę z kompozycjami? Naprawdę mnie to denerwowało.  Paulo miał wszystko w dupie, i sobie brzdąkał. Cały czas miałem wrażenie że nowa Sepultura gra bez basisty, naprawdę. Co do Igora, to wydaje mi się że on jako jedyny próbował poskładać ten bałagan do kupy. I niby ten album dostawał pozytywne oceny? Za co ja się pytam?! Za nudne gówno które dałyby radę słuchać tylko zombie? Za "inność"? Może i to jest inne, ale w ogóle album jest pozbawiony życia, tego z czego można było się cieszyć na Nation. Widać że gdyby nie Max Cavalera, nawet ta grupa miałaby problem z wybiciem się, i nowy Dante XXI nie byłby uznany za jeden z lepszych albumów nowej Sepultury.

Okładka: 6/10
Teksty: 7/10
Kompozycje: 1,25/10

Ogólna ocena: 1,25/10

1 stycznia 2014

Konfrontacja: Soulfly - Dark Ages vs Slipknot - Iowa


Witam w kolejnym remake'u. Uznałem, że pora spłacić dług wobec wyżej przedstawionych grup omawiając je w bardziej współczesny dla mnie sposób zmieniając nie tylko styl pisania, ale i ich ocenę; od czasu stworzenia bloga do teraz zarówno moje gusta jak i sposób pisania się zmieniły, toteż powinienem stworzyć tą recenzję na nowo, poza tym jeden z albumów ostatnio często gości w moich głośnikach. Ponieważ po przeczytaniu tego co pisałem śmiałem się ze swojej nieudolności, postanowiłem się przyłożyć; wydaje mi się, że to będzie moja bardzo wyczerpująca wypowiedź połączona z komentarzem. Przed wami: Soulfly - Dark Ages vs Slipknot - Iowa.

Soulfly - Dark Ages


Dark Ages jest piątym albumem studyjnym amerykańskiej grupy groovemetalowej Soulfly. Został wydany 4 października 2005 roku nakładem Roadrunner Records. Kulisy powstawania albumu zostały dokładnie opisane na blogu Glorii Cavalera: sam tytuł postu wskazuje na to, iż duży wpływ na brzmienie Dark Ages miały wydarzenia w latach 2004-2005; pierwszym z nich jest śmierć Dimebaga Darrella znanego z Pantery w dniu 8 grudnia 2004 roku. Druga tragedia jest bardziej osobista: 10 grudnia 2004 roku umiera wnuk Maxa Cavalery, Moses. Gloria nie wyjaśnia w stu procentach, co doprowadziło do tragedii; tak czy siak, ostatnie wydarzenia wywołały ogromny wstrząs w rodzinie, Max Cavalera dostał inspiracji. Tak narodził się najostrzejszy album Soulfly, Dark Ages. Wielu fanów grupy uważa album za opus magnum panów z Phoenix.

Okładka znacznie się wyróżnia od pozostałych grafik na albumach Soulfly, została stworzona przez Michaela Whelana w 1992 roku. W porównaniu do poprzednich wydawnictw Soulfly prezentuje się o niebo lepiej; na grafice został przedstawiony rycerz śmierci, ewentualnie sama śmierć na cmentarzu. Dark Ages nie jest pierwszym albumem na którym pojawiła się owa grafika: dzieło Michaela Whelana pojawiło się też na takich krążkach jak Northern Tales - Melancoma, Savaoth - Murk Of Erebus czy też w rosyjskim zespole D.I.W. - Miertwaja Hołowa. Spośród wszystkich okładek Soulfly, ta prezentuje się najlepiej. Do Dark Ages stworzono również dwie inne grafiki (widoczne poniżej): pierwsza z nich znalazła się na edycji limitowanej albumu, druga z kolei jest wersją stworzoną przez jednego z fanów.


Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 9/10 (rockmetal.pl, Kamil Downarowicz)
- 7/10 (rockmetal.pl, Michał M.)
- 8/10 (metalside.pl)
- 8,25/10 (ultimate-guitar.com)

 

1. Babylon
2. I And I
3. Carved Inside
4. Arise Again
5. Molotov
6. Frontlines
7. Innerspirit
8. Corrosion Creeps
9. Riotstarter
10. Bleak
11. The March
12. Fuel The Hate
13. Staystrong
14. Soulfly V
15. Salmo-91

Zdecydowanie zgadzam się ze stwierdzeniem, iż Dark Ages jest opus magnum grupy Soulfly; jest to idealny dowód na to, że inspiracja odgrywa dużą rolę w działaniu zespołów metalowych. Słuchając go, miałem wrażenie że Dark Ages zapowiada powrót Maxa Cavalery do stylu Sepultury, na pewno nie jeden fan był z tego zadowolony (utworzenie Cavalera Conspiracy było tego najlepszym przykładem). Co zaskakujące, Max Cavalera nie brał pod uwagę tego, aby inspirować się wyłącznie Sepulturą; wokalista wpadł na pomysł, aby wtłoczyć również nieco brzmienia rodem z Machine Head i Killswitch Engage. Wreszcie po tak długim czasie od wydania Arise pojawia się łączenie piękna z brutalnością, a także ponury klimat. Co ciekawe, po raz pierwszy od dawna Cavalera postanowił nieco "urasowić" album dając nam świetnie skonstruowane riffy, rytmiczność i energię. Dark Ages rozpoczyna się od świetnego numeru Babylon. Utwór jest stosunkowo prosty, wpada jednak w ucho i bardzo dobrze nakręca nas na dalsze zapoznawanie się z albumem: Babylon cechują bardzo dobra, nisko nastrojona gitara, ponurość i brutalność. Numer drugi to już nieco szybsze I And I. Od numeru trzeciego Cavalera rozkręca się dając nam świetny singiel, Carved Inside; Numer czwarty to równie dobry Arise Again. Przy piątce chłopaki nieco zbaczają z dobrej ścieżki dając nam jeden ze słabszych numerów na albumie, Molotov. Całe szczęście, po chwili chłopaki kontynuują młócenie z bardzo dobrym Frontlines. Pod numerem siódmym kryje się utwór łączący cechy poprzednich dzieł Soulfly oraz mrocznego klimatu przy Innerspirit. Ósemka to kolejny, nie najgorszy numer, Corrosion Creeps. Pod numerem dziewiątym słyszymy bezczelnego klona Firestarter, Riotstarter; nie mam pojęcia dlaczego Cavalera zdecydował się dodać to do listy utworów, już lepszą fuszerę odwalili panowie z Nowej Sepultury dodając do Kairos swój cover Firestartera. Dziesiątka to kolejny powrót do dobrego brzmienia pod Bleak. Numer jedenasty to The March; utwór jest czymś w rodzaju przypomnienia o starym już projekcie Cavalery, Nailbomb; szkoda tylko, że to nie równa się z wieloma utworami z tego wydawnictwa. Pod dwunastką kryje się kolejny szybki numer, Fuel The Hate. Czternastka to jeden z bardziej klimatycznych numerów na liście, Staystrong. Po jakimś czasie utwór przechodzi w tradycyjny dla grupy numer, Soulfly V. Ostatnie na liście jest Salmo-91, bonusowy utwór do edycji limitowanej.

Teksty standardowo kuleją; Max Cavalera zawsze miał problem z inwencją twórczą, fani chyba jednak pogodzili się z tym faktem. To co jednak cieszy, to sam ich przekaz, chociaż czasem były lider Sepultury się zamyśla i pisze teksty niezbyt spójne (np. Corrosion Creeps miało być o Chucku Schuldinerze, a w rzeczywistości wygląda na utwór o kraju zniszczonym przez konflikty zbrojne). Max Cavalera w głupi sposób pochwalił się w swojej biografii, iż biega po supermarketach z notesem w poszukiwaniu ciekawych tytułów na utwór; po całym zdarzeniu wraca do domu, i na szybko pisze co mu do głowy przyjdzie. Na Dark Ages jest zupełnie inaczej: jak już mówiłem, inspiracją dla Cavalery był tragiczny zbieg okoliczności pod koniec roku 2004, kiedy to został zastrzelony Dimebag Darrell i wnuk byłego frontmana Sepultury zmarł dwa dni później. Zapewne w tamtym momencie nie biegał z notesem w łapie po supermarkecie, tylko siedział w salonie myśląc o tragedii. Nie rozumiem, czemu Cavalera w dzisiejszych czasach zapomniał jak ważne są inspiracje (w szczególności dla kogoś, kto ma problem z pisaniem tekstów); za czasów Chaos A.D. i Roots hasał po lasach Amazonii, za czasów Beneath The Remains najprawdopodobniej czytał dużo książek o wojnach, ewentualnie Lovecrafta, a w trakcie wydawania pierwszego albumu Soulfly przeżywał śmierć swojego pasierba; wiedza, tragedia, polityka, itp - to są ciekawe obiekty inspiracji. Grupa w większości utworów omawia wojnę, jej skutki, oraz krytykuje ją (Babylon, Molotov, Frontlines, Corrosion Creeps, Fuel The Hate). Na albumie można znaleźć również utwory dotyczące cierpienia wokalisty po stracie bliskich mu osób (Carved Inside, Staystrong), a także utwory na temat walki człowieka z zepsutą polityką (Riotstarter, Bleak). Max Cavalera zachęca również ludzi do życia w harmonii i unikaniu ludzi krytykujących bezpodstawnie (I And I, Arise Again). Nie dało się uniknąć tematyki religijnej (Innerspirit, Salmo-91). Utwór The March jest o niepewnej przyszłości rasy ludzkiej, która wkrótce może podupaść.

Podsumowując, zdecydowanie warto się do tego dzieła dobrać. Dark Ages to bardzo dobry twór dla kogoś, kto oczekiwał od Cavalery powrotu do swoich lat świetności. Byłemu liderowi Sepultury trudno jest zarzucić problem z kompozycjami, zwykle w tym przypadku radzi sobie bardzo dobrze. Przyznam jednak, że Cavalera się popisał umiejętnościami. Teksty napisane przez Cavalerę standardowo kulały, lider Soulfly ma poważny problem z inwencją twórczą; to co je wyróżnia to szczery przekaz wzięty prosto z serca oraz cierpienie. Jeżeli chciałbyś usłyszeć byłego lidera Sepultury w gatunku odpowiednim dla niego, posłuchaj Dark Ages a się nie zawiedziesz.

Zalety:
- Świetne kompozycje
- Szczerość
- Połączenie piękna i brutalności
- Rasowość
- Bardzo dobre single promujące album
- Cavalera w swoim żywiole
- Wokal Maxa Cavalery

Wady:
- Brak inwencji twórczej Maxa Cavalery (słabe teksty)
- Niektóre utwory były słabsze od pozostałych


Okładka: 10/10
Teksty: 6,75/10
Kompozycje: 9,5/10

Ogólna ocena: 9,25/10


Slipknot - Iowa



Iowa jest drugim albumem studyjnym amerykańskiej grupy nu metalowej Slipknot. Został wydany 28 sierpnia 2001 roku nakładem Roadrunner Records. Przed wydaniem albumu grupa podnosi poprzeczkę: Iowa w porównaniu do poprzednika miała być dojrzalszym, bardziej przemyślanym dziełem skierowanym bardziej w stronę death metalu. Nowe dzieło zostało wyprodukowane przez Rossa Robinsona. Według danych z 2002 roku, album sprzedał się w nakładzie ponad 700 tysięcy kopii na terenie Stanów Zjednoczonych; obecnie album jest jednym z najbardziej znanych krążków Slipknota.

Album zdobią 3 okładki, wszystkie są do siebie dosyć podobne. Na grafice widoczny jest czarny kozioł; w tym momencie dostaję sugestię, iż album będzie znacznie bardziej brutalny w porównaniu do poprzednika (kozioł pojawia się w symbolice satanistycznej, często też ukazywany był na okładkach albumów blackmetalowych). Powyższa wersja okładki pojawiła się w edycji amerykańskiej i europejskiej. Pierwsza od dołu pojawiła się w wersji japońskiej, druga z kolei zdobiła wersję z roku 2012. Zdecydowanie najlepiej prezentuje się okładka, która pojawiła się na edycji japońskiej: w pełni prezentuje tą gęstą, mroczną atmosferę, która najprawdopodobniej pojawi się na krążku. Dwie pozostałe również nie prezentują się źle.


Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 9/10 (rockmetal.pl, kaRel)
- 8/10 (nme.com, Victoria Segal)
- 5/10 (metalreviews.com, Jay)
- 7/10 (metacritic.com)



                                       
1. (515)
2. People = Shit
3. Disasterpiece
4. My Plague
5. Everything Ends
6. The Heretic Anthem
7. Gently
8. Left Behind
9. The Shape
10. I Am Hated
11. Skin Ticket
12. New Abortion
13. Metabolic
14. Iowa

Ze Slipknota wyrosłem już jakiś czas temu, cały sentyment jaki do tej grupy miałem przepadł ze względu na to, że teraz słucham wykonawców, którzy moim zdaniem tworzą o wiele lepszą muzykę. Gdyby jednak pozostała mi resztka sentymentu do tej grupy, najprawdopodobniej od czasu do czasu Iowa gościłaby w moich głośnikach, zwłaszcza dlatego że to wcale nie jest zły album. Jak mówiłem wcześniej, w porównaniu do poprzednika, muzyka na krążku jest zdecydowanie dojrzalsza, została skierowana zdecydowanie bardziej w stronę death metalu; atmosfera jest gęsta, agresja tutaj łączy się jednocześnie z pięknem i rasowością. Co mnie niestety zasmuca, na albumie nadal jest mnóstwo nu metalowych momentów, czasem też pojawia się zbędna elektronika. Właśnie słuchając tego typu utworów, Iowa skojarzyła mi się z The Burning Red grupy Machine Head. Wydaje mi się jednak, że w porównaniu do takiego Slipknot, czy chociażby Vol.3: (The Subliminal Verses) warto się z tym zapoznać. Na początku dostajemy średnie intro (515). Po nim dostajemy dwa najlepsze kawałki na płyie: People = Shit, oraz Disasterpiece. Dalej grupa nie przestaje zadziwiać; pojawiają się bardzo dobre My Plague, Everything Ends. Pod szóstką kryje się pewien bardziej wyrafinowany numer: The Heretic Anthem. Grupa zwalnia tempo przy siódemce, dając nam spokojniejszy utwór, kipiący ponurym klimatem: Gently. Kolejnym lżejszym numerem jest Left Behind, będące jednocześnie singlem. Później słyszymy całkiem dobre The Shape. Po chwili grupa spada z poziomu, prezentując nam słabsze I Am Hated. Skin Ticket i New Abortion to dwa ostatnie kawałki, których da się słuchać na albumie. Slipknot kończy w kiepskim stylu: prezentując średnie Metabolic i nudne jak flaki z olejem Iowa.

W pierwotnej wersji tej recenzji, miałem problem z odnalezieniem jakichś luk w tekstach. Tak jest i teraz, Corey Taylor dobrze wie o czym pisze, potrafi przekazać słuchaczowi to, co leży mu na sercu. Większość tekstów dotyczy trudów życia we współczesnych czasach; mowa jest o ludziach, którzy zostali zniszczeni psychicznie na skutek długotrwałego mobbingu i braku akceptacji (People = Shit, Disasterpiece, My Plague, I Am Hated, New Abortion, Iowa). Kilka tekstów na Iowa Corey Taylor poświęca ludziom, którzy w dawnych czasach zranili go powodując nieodwracalne rany (Everything Ends, Left Behind, The Shape, Metabolic). Utwór The Heretic Anthem jest czymś w rodzaju mini biografii wokalisty Corey'a Taylora. Utwór Gently jest pewnej osobie będącej na krawędzi śmierci. Irytują ją myśli związane z brakiem satysfakcji z życia. Skin Ticket jest krytyką współczesnego świata, który wraz z postępem się psuje.

Podsumowując, Iowa jest całkiem dobrym dziełem. Moim zdaniem, zmieszanie ze sobą nu metalu i death metalu dało bardzo dobry efekt. Postęp jest wyczuwalny, Slipknot gra dojrzale, a jego styl jest bardzo unikalny. Niestety, pod koniec Iowa zwyczajnie się psuje, tym samym staje się papką dosyć trudną do przełknięcia. Teksty napisane przez Corey'a Taylora nie zawodzą: wokalista zawsze potrafił czerpać inspirację nie tylko ze swojego życia, ale także patrząc na otaczający jego świat. 

Zalety:
- Dobrze napisane kompozycje
- Bardzo dobre teksty
- Single promujące album
- Unikalny styl
- Klimat
- Album zapada w pamięć
- Wokal Corey'a Taylora

Wady:
- Pod koniec album się psuje
- Użycie elektroniki wydaje się wymuszone

Okładka: 7,5/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 8,5/10

Ogólna ocena: 9/10


Tą konfrontację wygrywa album: Dark Ages. Zainspirowany Cavalera stworzył album najlepszy od czasów Chaos A.D.. W porównaniu do Slipknota, Cavalera napisał zdecydowanie lepsze kompozycje, dzieło Dark Ages zdobiła również bardzo dobra okładka. Z kolei Slipknot przeważył nad Soulfly przekazem, pisząc bardzo dobre teksty.

Obserwuj nas!