Wyszukaj

29 marca 2014

Recenzja: Ektomorf - What Doesn't Kill Me


Kolejny dzień, kolejna recenzja. Węgrzy i niektórzy spoza granic dobrze wiedzą że Ektomorf gra na wysokim poziomie. Nie zawsze grają oryginalnie, ale to co robili zawsze ciekawiło. Większość albumów grupy lądowało równolegle w płytotece wraz z grupą Soulfly. Pora zabrać się za album który zmienił wszystko. Przed wami: Ektomorf - What Doesn't Kill Me.

What Doesn't Kill Me jest szóstym albumem studyjnym grupy Ektomorf. Został wydany 10 marca 2009 roku nakładem AFM Records. Po wydaniu Outcasta wieńczącego sukces grupy odchodzi z grupy brat wokalisty, basista Csaba Farkas - był on współautorem większości utworów grupy. Na jego miejsce wszedł Szalbolcs Murvai. Na scenie międzynarodowej album przemknął niedostrzeżony.

Okładka przedstawia wokalistę grupy, Zoltana Farkasa. Nie wiem co o okładce myśleć. Z jednej strony ma bardzo przyjemną dla oka kolorystykę, z drugiej jednak wygląda po prostu fatalnie. Kolorystyka poprawia jej wygląd, ale pytanie: po co umieszczać spreparowaną twarz wokalisty w grupie która na 100% nie jest projektem solowym? Już wolałem tamto oko z Kalyi Jag, przynajmniej można było się z czego pośmiać. A to nawet nie wygląda, bardziej pasuje jako okładka jakiegoś singla. Nie zachęca do kontaktu z albumem.

1. "Rat War
Rozpoczynamy album tym oto tytułem. Z początku nie podobał mi się ze względu na drastyczną zmianę stylu w porównaniu do poprzednich albumów. W porównaniu do utworów z albumu Outcast, "Rat War" brzmi nowocześniej, ciekawi, przyzwyczaja nas do nowego stylu grupy. Słyszymy drastyczne zmiany w tekście, ten został mocno spieprzony. Większość utworu wypełniają zwroty "get it on". Do takiej kompozycji można było napisać coś lepszego. Utwór jest o ludziach którzy wzajemnie chcą się przewyższać.

Ocena: 8/10

2. "Nothing Left"
W porównaniu do poprzedniego utworu jest spokojniejszy, ma nieco bardziej rozbudowaną kompozycję, jednak to co mnie najbardziej razi to beznadziejny tekst. W zwrotkach często słyszymy zwroty "It's all about to...". Utwór nie ma żadnych zwrotów akcji, wszystko brzmi tak samo od początku do końca, w dodatku ostatnia zwrotka brzmi tak samo jak pierwsza. Wyczuwam wielki spadek jakości albumu po odejściu Csaby Farkasa. Z tekstu "Nothing Left" jest typowym kawałkiem grupy, mianowicie mówi o fałszywym przyjacielu.

Ocena: 2/10

3. "What Doesn't Kill Me"
Nadszedł czas na posłuchanie singla. No cóż, na początku brzmi całkiem nieźle. Kompozycja może i nie jest najlepsza, ale nie wkurza. Zwrotka jest dosyć niedopasowana do kompozycji, jednak jest zdecydowanie lepsza niż na poprzednim utworze. Utwór wpada w ucho, przypomina trochę utwór "Inflikted" grupy Cavalera Conspiracy. Utwór ma parę zwrotów akcji, jak na razie najlepszy utwór na płycie. Utwór jest o kimś kto często walczył z przeszkodami, aż w końcu musi zmierzyć się ze swoim największym wrogiem.

Ocena: 8,5/10

4. "Revenge To All"
Początek jest trochę dziwny, ale potem z lekka utwór się rozkręca. Kompozycja jest dosyć słaba. Opiera się ona w większości na prostych riffach które brzmią jakby zostały zagrane przez dziecko. Podoba mi się za to praca perkusji, odstaje od kiepsko brzmiącej gitary. Tekst również został spieprzony - jest niedopasowany do kompozycji, brzmi kiepsko. Pomiędzy poszczególnymi wersami są długie przerwy, widać że Zoltan zbytnio się nie wysilał. Najpierw pisał kompozycję, a potem jakiś dopasowany tekst. Żenada... Pomimo tego błędu czytając tekst pomyślałem że lepiej byłoby gdyby w utworze zastosowano inną kompozycję. Utwór jest krytyką osób które ranią swoich bliskich.

Ocena: 3/10

5. "Love And Live"
Przez chwilę słyszymy spokój. Mam wrażenie że będzie to coś spokojnego, coś w stylu Outcast. Sromotna klęska - słyszymy prymitywną kompozycję, oraz totalnie zepsuty tekst. Zwrotki w utworze składają się ze zdań oddzielonych długimi przerwami. Ja pierdole. Niby refren jest lepszy w porównaniu do zwrotki, jednak nie poprawia on jakości utworu. "Love And Live" jest o pokonywaniu wszelkich barier, by pozostać sobą.

Ocena: 1/10

6. "I Can See You"
Utwór może się wydawać na początku taki jak pozostałe. Słyszymy dosyć szybki wstęp, z lekko niesmaczną kompozycją. Po chwili... wreszcie. Słyszymy coś co już nie niszczy naszych uszu. Gdy utwór zwalnia słyszymy całkiem dobrą kompozycję, coś co jest już nieco bliżej albumu Destroy tej samej grupy. Zwrotka jest średnia, trochę niedopasowana do kompozycji. Utwór przypomina mi trochę jeden z kawałków na albumie Conquer grupy Soulfly. Refren jest zdecydowanie najgorszym elementem, chociaż mocno nie wpływa na całokształt. Utwór jest o fałszywym przyjacielu dla którego główny bohater dał się poniżyć.

Ocena: 8,25/10

7. "I Got It All"
Utwór rozpoczyna się nawet nieźle. Przebojowa kompozycja, przypomina mi trochę "Revenge To All". Jak na razie prezentuje się całkiem całkiem - tekst jest lepiej dopasowany niż we wcześniejszych utworach. Brzmi bardzo przebojowo, idealny wybór na koncerty. Pomimo tego po niedługim czasie może się znudzić. Utwór jest o człowieku który wierzy w siebie, i korzysta ze swojej wewnętrznej siły.

Ocena: 7,25/10

8. "New Life"
Od początku słychać że utwór będzie czymś innym niż usłyszeliśmy do tej pory. Utwór ma dobrze dopasowane tempo do riffu (który jest taki sam jak w większości utworów na tej płycie), przez co kompozycja brzmi lepiej. Utwór jest bardzo przebojowy, wpada w ucho. Pomimo słabowatego tekstu słucha się go z przyjemnością. Utwór jest o człowieku który zyskał nowe życie poprzez odrzucenie przeszłości. "New Life" ma jasny przekaz: żyj teraźniejszością, zapomnij o przeszłości.

Ocena: 8,5/10

9. "Sick Of It All"
Kompletna zmiana klimatu. W utworze wystąpił Lord Nelson, amerykański raper. Wreszcie nie słyszymy tego samego riffu co w poprzednich utworach, jest za to bardzo przyjemny w słuchaniu, przebojowy utwór, coś co z pewnością nie powtórzy się na albumie. Oczywiście tekst jest dobrze dopasowany do kompozycji - Zoltan nie przeszkadza zbytnio raperowi w tworzeniu dzieła. Jeszcze jedną zaletą jest to, że utwór ma odpowiednią długość (3 minuty), przez co ani nie zanudza, ani nie daje uczucia niedosytu. Utwór jest o rasizmie, który powoli zaczyna już być nudny.

Ocena: 9/10

10. "It's Up To You"
Ponieważ słucham tego utworu więcej niż raz, nie nazwę go klonem "Rat War". Mamy inny, przebojowy klimat z lepszym tekstem. Przyjemnie się tego słucha, pomimo że niektóre elementy są średnie. Kompozycja jest średnia, nadrabia przebojowością większą niż w poprzednich utworach. Tekst jest nawet dobrze dopasowany do kompozycji, nie razi niektórymi elementami. Utwór jest o pokonywaniu barier, by móc pozostać sobą.

Ocena: 7,75/10

11. "Envy"
Po raz kolejny zmiana w kompozycji. Jak na razie brzmi całkiem nieźle. Kompozycja jest całkiem niezła, to samo tekst. Wreszcie coś co mnie ucieszyło, utwór ma najwięcej elementów z albumu Destroy. Przyjemnie się go słucha. Zdecydowanie lepiej brzmi to niż poprzedni utwór. Utwór ma dwie wady: jest tylko jeden dobry zwrot akcji (mogło być ich więcej), oraz jest za krótki. "Envy" jest o osobie chorobliwie zazdrosnej, która wszystkim działa na nerwy swoją zazdrością.

Ocena: 8/10

12. "Scream"
Teraz to zostałem jeszcze bardziej zaskoczony. Wreszcie słyszymy bardzo dobrą kompozycję, zbliżającą się stylem do albumu Redemption. Tekst jest raczej średni, często słychać powtórzenia w stylu "Victims of the...". Pomimo tego nie mam zamiaru narzekać, utwór wydaje mi się być czymś naprawdę solidnym. Wreszcie jest coś czego zabrakło na tym albumie - elementy cygańskiego folkloru. Przeczuwam że "Scream" mógł zostać napisany przed odejściem Csaby Farkasa. Zdecydowanie kawałek dorównuje dla "Sick Of It All". Utwór jest o wszystkich którzy cierpią, bez znaczenia jaki jest powód tego cierpienia.

Ocena: 9/10

13. "Breed The Fire"
Jak na razie utwór wydaje się być średni - słyszymy riff przypominający nieco ten z utworu "Eutanazia" z albumu z 1998 roku. Po chwili jednak się rozkręca - pojawia się kompozycja która napędza utwór. Po raz kolejny słychać że jest to zwiastun nadchodzących zmian w grupie, mianowicie chodzi mi o wcześniej wspomniany album Redemption. Kompozycja do końca utworu jest średnia, niby są jakieś zwroty akcji, jednak niewiele one dają. Tekst jest dopasowany do kompozycji, jednak jest trochę dziwnie ułożony. W porównaniu do poprzedniego utworu nie cieszy tak michy, jednak "Breed The Fire" nie jestem w stanie pogardzić. Utwór jest o furii która przychodzi w czasie starcia z wrogiem.

Ocena: 8/10

14. "Born For Destruction"
Na początku jesteśmy witani przez kiepską kompozycję (jak ja dawno tego nie mówiłem), potem słyszymy jeszcze gorszą zwrotkę. Na początku utwór jest niezdatny do słuchania, ogólnie wkurza. Jest jednak pewien zwrot akcji, który cieszy - solówka która brzmi jak połączenie "Blood Fire War Hate" grupy Soulfly oraz albumu Outcast. Bardzo przyjemny dla ucha zwrot akcji, który z pewnością podwyższy ocenę. Pomimo tego utwór nie jest czymś specjalnym, ale ten szczególik cieszy. Nie znalazłem tekstu do utworu

Ocena: 5,5/10

I tak kończymy tą recenzję. Album jest zdecydowanie niejednoznaczny. Mamy dobre momenty, oraz te totalnie spieprzone. Jeden powie że What Doesn't Kill Me to gówno, bo grupa nie gra jak Soulfly, drugi powie że świetny album bo... grupa wreszcie nie gra jak Soulfly... Ja jednak jestem zawiedziony, chociaż nie mam zamiaru mówić że jest to gówno. Owszem, jest gorszej jakości niż Outcast wydany 3 lata wcześniej, ale po co go skreślać tylko dlatego że Ektomorf zmienił styl i stworzył 3 czy 4 gówniane utwory na tym albumie? Co do samej zmiany stylu, niektórzy mogą myśleć że What Doesn't Kill Me został wydany na tej samej zasadzie co Instinct w 2005 roku. Problem w tym że zmiany w Instinct nie były złe, mowa... niektórzy bardzo je polubili. Album który za chwilę ocenimy szybko się fanom znudził, i po wydaniu albumu Redemption w 2010 roku został zapomniany.

Okładka: 1/10
Teksty: 4/10
Kompozycje: 5/10

Ogólna ocena: 5,5/10

Album do przesłuchania

26 marca 2014

Konfrontacja: Pantera - The Great Southern Trendkill vs Metallica - Reload


Witam! Ech, lata 90-te. Czas, kiedy my bawiliśmy się do późna na podwórku, do domu przychodziliśmy tylko po to aby się napić, i wyspać. Te czasy były świetne nie tylko dlatego że byliśmy dziećmi - to był też czas, gdy metal przeżywał najwspanialsze chwile; Cowboys From Hell Pantery, Chaos A.D Sepultury, The Sound Of Perseverence grupy Death, Tomb Of The Multilated grupy Cannibal Corpse i wieeele innych. W latach 90-tych tworzono również słabe albumy, lub takie które nie przyjęły się, na przykład Tapping The Vein Sodomu które jakiś czas temu oceniał MrCommando1995, lub New World Disorder grupy Biohazard. Tym razem opowiem nieco o tej dwójce, najsłabszych punktach najlepszej grupy lat 90-tych, oraz mistrza thrash metalu lat 80-tych: Pantera - The Great Southern Trendkill oraz Metallica - Reload.

Przy okazji, chciałem poinformować iż w przeciwieństwie do mojego kolegi MrCommando1995 nie zmienię swojego stylu pisania. Dalej będę umieszczał różne informacje na temat albumów (okoliczności wydania, przyjęcie albumu przez fanów i krytyków, miejsca w różnych rankingach). Informacje te może i nie są najważniejsze, ale uważam że przydają się na wstępie.

Pantera - The Great Southern Trendkill



The Great Southern Trendkill Pantery został wydany 22 maja 1996 roku nakładem East/West Records. Jest to ósmy, a za razem przedostatni album grupy. Podczas wydawania albumu grupa przeżywała ciężki okres - Phil Anselmo upajał się alkoholem i ćpał, przez co często na koncertach obrażał fanów, krzyczał, ogólnie zachowywał się jak idiota. Wszyscy się na siebie obrazili, i rozdzielili się; bracia Abbott i Rex Brown nagrywali kompozycje w Dallas, a Phil Anselmo nagrał wokal w Nowym Orleanie. W czasie trasy koncertowej promującej album Phil zasłabł na scenie z powodu przedawkowania heroiny, od tej pory się jej wystrzega. Album zyskał 4 miejsce w rankingu Billboard 100, przy okazji pokrył się złotem i platyną. Pomimo tego opinie o albumie są podzielone - jedni uważają, że album jest za ostry, inni że odpowiedni. A ja na to: przekonamy się za chwilę.

Okładka przedstawia węża, a konkretnie grzechotnika patrzącego swoim groźnym wzrokiem na fotografa. Nie mam pojęcia kim jest fotograf, ale zrobił niezłe zdjęcie. Pasuje do grupy z Teksasu. Ma się wrażenie że będzie to coś agresywnego, coś złowieszczego, coś... jak ten wąż.

1. "The Great Southern Trendkill"
Rozpoczęcie albumu, bardzo szybkie i gwałtowne. Utwór pędzi na łeb na szyję, uroku mu dodaje ostry krzyk Phila. Przez pierwsze kilka sekund panuje niesamowity chaos. Z rozpoczęciem zwrotki utwór nieco zwalnia. No cóż, niby wszystko brzmi świetnie, jednak w idealnie ułożonych utworach Pantery dziwi mnie ten chaos. W utworze jest wiele zwrotów akcji. Podczas końcówki utwór zwalnia na coś w kształt albumów Far Beyond Driven oraz Cowboys From Hell. Jednak szczerze powiem, gdybym słuchał wersji instrumentalnej utworu bez jakiejkolwiek informacji (o tytule i wykonawcy) dopiero słuchając końcówki domyśliłbym się że jest to Pantera. Utwór jest o trendach wśród nastolatków przez które głupieją. Negatywnie kreowane są tutaj trendy które robią z ludzi idiotów. W sumie w dzisiejszych czasach utwór ma duży sens. Dla każdego "The Great Southern Trendkill" może być o czymś innym, na przykład o wyzwaniu piwnym które przez pewien czas na Facebooku było trendem.

Ocena: 9/10

2. "War Nerve"
No, teraz mamy do czynienia z czymś nieco spokojniejszym. Coś w stylu poprzedniego albumu. W porównaniu do poprzedniego utworu ten chaos jest znacznie mniej wyczuwalny. Wreszcie jest coś w co można dokładniej się wsłuchać. Tak samo jak w przypadku poprzedniego utworu, ten również ma częste zwroty akcji. Raz zwalnia, potem wraca do poprzedniego tempa. Przynajmniej nie powtarzają się schematy. Do zgrania utworu również nic nie mam. "War Nerve" jest o mediach które promują w telewizji wojny. Omawiają w nich na przykład produkcję broni, morderstwa ludzi; ogólnie rzeczy o których człowiek nie chciałby słuchać.

Ocena: 9/10

3. "Drag The Waters"
Coś jeszcze spokojniejszego od "War Nerve". Tak naprawdę to utwór jest lekko ociężały z tempa, brzmi groźnie jednak nie mrocznie jak niektóre utwory Rammsteina. To spokojne tempo pasuje do tego ciężkiego riffu. Wokal niby nie jest tak spokojny jak na niektórych utworach z Vulgar Display Of Power, ale jest bardzo dobrze wkomponowany w resztę utworu. Przyjemnie się go słucha. Dla odmiany coś stabilnego. Niby utwór też zawiera zwroty akcji, jednak tylko chwilowe. "Drag The Waters" jest o damskich bokserach którzy dzięki naiwności bliskich pozostają bezkarni.

Ocena: 9,5/10

4. "10's"
Kolejna zmiana. Utwór jeszcze spokojniejszy od poprzedniego. Coś bardziej w stylu albumu Far Beyond Driven. Utwór w porównaniu do poprzedniego nie jest taki mocny, zdecydowanie tutaj dominuje mrok. Słyszymy spokojny riff, i delikatne postukiwanie na perkusji. Zdecydowanie przyjemnie mi się tego słucha. Wszystko jest do siebie świetnie dopasowane, ta chłodna atmosfera potrafi przygnębić. Słysząc refren wiem że gdzieś to już słyszałem. I wiedziałem co słyszę - "War Nerve". Pomimo podobnego refrenu ten brzmi jakby został bardziej dopracowany. W utworze jest mowa o kropli krwi, która uroniła się wraz ze śmiercią pewnego człowieka. Tym człowiekiem jest sam wokalista - Phil Anselmo. Utwór został napisany po wypadku na jednym z koncertów w 1996 roku. Phil po zażyciu sporej dawki kokainy padł na ziemię. Przewieziono go do szpitala, gdzie obiecał sobie że zapisze się na odwyk. Tą kroplę krwi można porównać do wspomnienia jakie by zostało po Philu gdyby on zmarł w czasie tego koncertu.

Ocena: 9,75/10

5. "13 Steps To Nowhere"
Po raz kolejny jestem zaskoczony. Wydaje mi się że utwór będzie czymś żywszym niż poprzednie utwory. Brzmi tak trochę rockowo, ale nie przeszkadza mi to. Trochę zraziła mnie zwrotka, nie dopasowana do kompozycji. Do refrenu z kolei nic nie mam. Tak naprawdę jak dokładniej się tego wsłuchałem, dominuje tutaj jeszcze większy chaos niż w pierwszym utworze. Nie nadążałem ze słuchaniem, często rozbrajały mnie nierówności. Pomimo tego do samego tekstu i kompozycji nic nie mam. Utwór jest o ponurej rzeczywistości, która zmierza donikąd poprzez ludzkie postępowanie. W utworze są wymienione powody: eksperymenty na zwierzętach, produkcja narkotyków, slang (czy ja wiem czy to jest aż tak straszne), fałszywy kościół, nazizm, rasizm, wojny, przemoc związana ze zwierzętami, satanizm.

Ocena: 8,25/10

6. "Suicide Note Pt. I"
Utwór rozpoczyna się dosyć dziwnymi dźwiękami, coś jakby odwrócona w czasie. Po niedługim czasie przekonuję się że jest to ballada, coś w stylu "This Love" z Vulgar Display Of Power tego samego wykonawcy, czy "Cemetery Gates" z albumu Cowboys From Hell, również Pantery. W porównaniu do tych utworów mam nieodparte wrażenie że panuje tutaj chaos. Wydaje się jakby Phil śpiewał od niechcenia ten utwór. Poza tym, ta kompozycja jakoś do mnie nie trafia, nie jestem w stanie tego długo słuchać. Utwór jest o przeżyciach Phila związanych z kokainą. Opowiada nam o tym jak trudno się z takiego nałogu wyrwać ze względu na niezwykle przyjemne uczucie spokoju panujące po zażyciu. Brzmi trochę jak przeprosiny skierowane do fanów. Tak naprawdę czytając tekst miałem dziwne wrażenie; z jednej strony utwór brzmi jakby został zaśpiewany bez serca, z drugiej strony tekst brzmi jakby został napisany od serca.

Ocena: 8,5/10

7. "Suicide Note Pt. II"
Jest to kontynuacja poprzedniego utworu. W porównaniu do tamtej ballady, ten utwór brzmi równie chaotycznie jak "The Great Southern Trendkill". Pomimo tego można się zagłębić w ten utwór, niektórym może naprawdę się spodobać. Szczerze powiem w przypadku tego utworu jest znacznie bliżej do klasycznego thrash metalu, mamy tu wszystko - szybką perkusję, cholernie ostry riff, mocny wokal. Ogólnie mówiąc nie podoba mi się ten styl Pantery, ale ten utwór został wykonany całkiem dobrze pomimo tego chaosu. Jak już mówiłem, kawałek jest kontynuacją poprzedniego utworu. Phil okazuje skruchę, żałuje tego że wplątał się w nałóg. Pomimo tego chaosu utwór jest zdecydowanie szczery.

Ocena: 9,25/10

8. "Living Through Me"
Coś zupełnie innego od pozostałych utworów. Znacznie żywszy utwór, wreszcie coś w stylu poprzednich albumów. Pomimo tego jest to na niższym poziomie - kompozycja nie wpada w ucho, ogólnie jest to coś czego z pewnością nie zapamiętam. Pomimo tego utwór jest dobrze zbudowany; wszystko jest do siebie nawet nieźle dopasowane, chociaż słyszałem gorsze momenty w tym utworze.W "Living Through Me" Phil omawia sprawy związane z jego dawnym nałogiem. W utworze nazywa go "Samolubnym Cryerem". Nazywa go również swoim dawnym przyjacielem który go oszukał.

Ocena: 9/10

9. "Floods"
Utwór jest spokojny, coś jak "10's", tyle że już tak bardzo nie wciąga. Nie powiem że jest to ballada, brzmi bardziej jak jakiś psychodeliczny rock, czy coś w tym stylu - nie wiem, na rocku słabo się znam. Słyszymy spokojny riff, postukujące bębny, oraz spokojny wokal Phila, tak jak w przypadku pierwszej części "Suicidal Note" brzmi jakby był nieszczery. Tak więc utwór brzmi dosyć nijako. No, nabiera lekkiego tempa w pewnym momencie, brzmi jakby budował napięcie do następnego utworu. Jednak czekajcie czekajcie, następna jest solówka. Dopiero jak usłyszałem solówkę coś się we mnie obudziło; miałem deja vu, jakbym to już wcześniej słyszał. Oczywiście - intro do utworu "Cemetery Gates" z albumu Cowboys From Hell! No cóż, niby do utworu pasuje, jednak to dowodzi że Pantera miała ograniczone pomysły. Pomimo tego podoba mi się końcówka tego utworu, coś jak z albumu Vulgar Display Of Power, tyle że bardziej pomysłowa. Utwór jest o powtórzeniu biblijnej powodzi spowodowanej zachowaniem człowieka w dzisiejszych czasach.

Ocena: 7,75/10

10. "The Underground In America"
Wiem już że to będzie coś zupełnie innego w porównaniu do poprzednich utworów (wszystkich). Utwór jest żywy, powoduje że zaczynam się kołysać. Tak naprawdę ten dosyć łagodny heavy metalowy utwór jest czymś naprawdę mocnym. Pomimo tego chaosu przez pierwsze kilka sekund pierwszej zwrotki, mógłbym stwierdzić iż utwór ma dobrą budowę. Po kilku przesłuchaniach może się spodobać. Wreszcie ostre riffy zostały dobrze wykorzystane, tekst jest dobrze dopasowany do kompozycji. Po drugiej zwrotce utwór zaczyna się rozlatywać - niby utwór dalej brzmi dobrze, ale uważam że ten fragment kompletnie nie pasuje do "The Underground In America". Utwór jest o nastolatkach lat 90-tych którzy zazwyczaj chodzili z wygolonymi głowami, często brali udział w bójkach. Jednym z przykładów szału nastolatków była sytuacja w 1992 roku kiedy to Metallica odwołała swój koncert na skutek pobytu w szpitalu James'a Hetfielda.

Ocena: 9,75/10

11. "Sandblasted Skin"
Przez chwilę słychać fragment poprzedniego utworu. Następnie utwór się rozkręca. Po raz kolejny jest to coś zupełnie innego w porównaniu do poprzedników - utwór jest bardzo żywy, jednak chaotyczny. Przypomina trochę niektóre utwory Motorhead. Zwrotka jest jedną z najdziwniejszych jaką słyszałem. Przyspieszenie, ostry wokal i riff, jakby w death metalu. W ogóle to dobre połączenie? Death metal z taką starą heavy metalową żywością. Nie sądzę. Tak naprawdę utwór jest strasznie chaotyczny, do tego jest strasznie nudny. Całe szczęście nie był zbyt długi, więc nie ziewałem zbyt długo. Utwór jest o przemijającym trendzie, o którym wszyscy bardzo szybko zapominają. 

Ocena: 7/10

Nie dziwi mnie to że The Great Southern Trendkill zbierał tak niskie noty. W porównaniu do poprzedników ten album jest bardzo słaby. Jednak na standardy lat 90-tych jest całkiem przyzwoity. Większość utworów jest zdatnych do słuchania. Tak, jest parę strasznie chaotycznych, nudnych, inne z kolei są przebojowe... ogólnie mówiąc słuchając tego albumu czasem miałem wrażenie jakbym słuchał składanki. Wiele utworów było do siebie bardzo podobnych, czasem jednak zdarzały się dobre odmieńce. Tak naprawdę to większość z nich jest do polubienia, jednak prawdziwy fan Pantery powiedziałby: "to nie to samo". I ja się zgadzam z tym stwierdzeniem.

Okładka: 8/10
Teksty: 8,25/10
Kompozycje: 7/10

Ogólna ocena: 8/10

Zalety:
- Udany eksperyment zwiększenia ostrości
- Dobre teksty z ważnym przesłaniem
- Dobra okładka
- Dobry wokal Phila w ostrzejszych utworach

Wady:
- Znaczne obniżenie poziomu w porównaniu do poprzednich albumów
- Wiele utworów jest do siebie podobnych
- Ballady brzmią jakby zostały zaśpiewane bez serca


Metallica - Reload



Reload jest to siódmy album Metalliki, został wydany 18 listopada 1997 roku nakładem Elektra Records. Album był nagrywany w studiu Plant w Kalifornii. Tak samo jak w przypadku dwóch ostatnich albumów Metalliki produkcją zajął się Bob Rock, przez wielu znienawidzony producent muzyczny (bo jak inaczej wytłumaczyć spadek jakości utworów Metalliki?). Na początku Reload miał być wydany na dwóch płytach, jednak zdecydowano się wszystko wydać na jednym krążku. Album był różnie krytykowany - jedni uznali to za "rockowe dzieło sztuki", inni z kolei stwierdzili że jest to jeszcze słabsze niż Load. Album zyskał pierwsze miejsce w rankingu Billboard 200, sprzedał się w ilości 4 milionów kopii w pierwszym roku, i uzyskał aż 4 razy platynę.

Okładka jest fotografią stworzoną przez Andresa Serrano. Przedstawia ona coś zupełnie innego (i chyba bardziej ohydnego) w porównaniu do poprzedniego albumu. Andres Serrano sfotografował mieszankę swojej krwi i moczu (!).Na początku myślałem że jest to szynka podgrzana w mikrofalówce wyświetlona w podczerwieni. Tak naprawdę pomysł na okładkę wydawał się świetny, jednak sam efekt jest mierny. Nie zachęciło mnie to do bliższego kontaktu z albumem.

1. "Fuel"
No, album rozpoczyna się całkiem nieźle - utwór zaczyna się szybko, aczkolwiek stabilnie. Zanosi się na szybki, przyjemny dla ucha utwór. Brzmi znacznie bardziej nowocześnie w porównaniu do utworów z poprzedniego albumu. Szybkie tempo, wszystko ze sobą świetnie połączone. Lars wali jak za czasów Master Of Puppets, tyle że nieco spokojniej, wszystko brzmi naprawdę ciekawie. Słucha się go przyjemnie, można się pokołysać. Niby to nie jest taka rewelacja jaka była na albumie Master Of Puppets, ale ważne że to nie jest złe! Zdecydowanie polecam. Utwór jest o zamiłowaniu do motoryzacji, o tym jakie pozytywne doznania ze sobą niesie.

Ocena: 9,75/10

2. "The Memory Remains"
Tym razem mamy do czynienia z nieco spokojniejszym utworem. Spokojne tempo nadaje utworowi dobrego rockowego nastroju. Wszystko brzmi naprawdę dobrze, utwór wpada w ucho, można się przy nim pokołysać. Wyczuwam w nim szczyptę utworu "Wherever I May Roam" z albumu The Black Album z 1991 roku. Utwór jest do polubienia, nie wkurza, nic. Po prostu się go słucha, z przyjemnością w dodatku. Pod koniec utworu słyszymy również śpiew Marianne Faithful. Tekst opowiada o starych, emerytowanych gwiazdach. Ci sławni ludzie myślą, że nadal nimi są, mimo, że od czasu, gdy wystąpili na scenie minęło wiele lat.

Ocena: 9,75/10

3. "Devil's Dance"
Jak na razie utwór jest dosyć spokojny, coś jak te z albumu Load z 1996 roku. Utwór jest przebojowy, z lekka emanuje mrokiem, ma w sobie coś przyciągającego. Jednak wyraźnie czuję że coś tu nie gra. Mam wrażenie jakbym już gdzieś słyszał ten utwór. Przypomina spowolnione "Enter Sandman" w połączeniu z "For Whom The Bells Tolls". Pomimo tego nie będę narzekać - nie brzmi aż tak źle. Utwór opowiada o dwoistości natury człowieka - jego dobrych i złych stronach, podobnie jak "Sad But True".

Ocena: 9,5/10

4. "The Unforgiven II"
Spokojna ballada, czasem słyszę ją w radiu. Brzmi jak utwór wyjęty żywcem z poprzedniego albumu. Przyjemnie się jej słucha, znacznie przyjemniej niż komercyjne "Nothing Else Matters". "The Unforgiven II" brzmi trochę jakby było wzorowane na utworze "Hollow" Pantery z albumu Vulgar Display Of Power. Utwór ma w sobie to "coś" co zatrzymuje na dłużej. Pomimo tej delikatności czuć w tym wewnętrzną potęgę. Utwór jest o kobiecie dla której początkowo James Hetfield napisał utwor "Nothing Else Matters". Opisał w nim ból po tym, jak ta go porzuciła, oraz inne uczucia jakie mu towarzyszyły - łudził się że ta do niego wróci.

Ocena: 9,5/10

5. "Better Than You"
Utwór rozpoczyna się dosyć dziwnie - słyszymy dosyć dziwny riff, bezsensowne walenie w gary. Szczerze wam powiem, przestrzegano mnie przed tym albumem. Słuchając cztery pierwsze utwory nie rozumiałem dlaczego. Chyba tutaj zaczyna się ta "ciemna strona" płyty Reload. Po chwili utwór się rozkręca, jednak to już nie jest takie dobre jak na poprzednich utworach. Niby jest przebojowy, jednak słychać że czegoś mu brakuje. Cóż, tekst jest całkiem spoko, jednak w tym przypadku kompozycja jest prymitywna, tak naprawdę w tym utworze nie ma żadnych uczuć - James brzmi jakby zaśpiewał ten utwór na odwal, tak jak w niektórych momentach na albumie The Great Southern Trendkill robił to Phil Anselmo. Tak naprawdę utwór jest o walce typowego człowieka z innym by być tym lepszym.

Ocena: 8/10

6. "Slither"
Po raz kolejny muszę powiedzieć że utwór zaczyna się dosyć dziwnie. Słyszymy co chwilę walenie w gary, oraz... wokal i gitarę potraktowane syntezatorem. Według mnie niepotrzebnie. Następnie... tego się nie spodziewałem. Utwór brzmi jak "Enter Sandman" z lekko zmienionym riffem, znacznie gorszym. Nie rozumiem czemu grupie chciało się podawać fanom jak na tacy utwór "Enter Sandman" od nowa, tyle że ze zmienioną nazwą... i o wiele gorszym refrenem - żadnego wyczucia, brzmi kiepsko. Zapewne miało udawać tego tytułowego "węża". W refrenie słychać tylko słowa "Ssssseee you crawling!", nie do końca rozumiem zmieszanie tej przebojowości z "Enter Sandman" z mrocznym wokalem. Pytam się, po co?! Utwór wydaje się być o wężach w dżungli, jednak ten wąż ma symbolizować kusiciela. Pewne nawiązanie do Biblii.

Ocena: 5/10

7. "Carpe Diem Baby"
Utwór rozpoczyna się bardzo spokojnie, trochę jak utwory grupy Black Sabbath. No cóż, niby nie ma wiele złego w tym utworze - tekst jest dobry, kompozycja również. Metallica przez bardzo długi czas była kojarzona z thrash metalem, byli w tym arcymistrzami, było naprawdę dobrze. Jedyne co mnie nurtuje to to, że utwór jest nieoryginalny, brak tego stylu co był w starszych utworach Metalliki - tego utworu posłuchasz, a potem o nim zapomnisz. Jeden z wielu. To już nie jest to samo co w latach 80-tych. Utwór jest przekazem by pomimo, że wiele rzeczy się nie udaje chwytać dzień i nie poddawać się.

Ocena: 8,25/10

8. "Bad Seed"
Utwór rozpoczyna się spokojnie. No cóż, to co dociera do moich uszu to nawet niezła kompozycja, dobra jako intro, oraz... wokal który tym razem zaczął mnie denerwować. Po niepotrzebnym jęczeniu James'a utwór dalej leci. Potem pojawia się zwrotka w czasie której wokal niestety dalej mnie denerwuje! Nigdy wcześniej nie słyszałem żadnego utworu Metalliki z beznadziejnym wokalem, zapewne dlatego że James jest świetnym wokalistą. Gdybym usłyszał ten utwór jako pierwszy, a dalej Metalliki bym nie słuchał, zapewne nie uwierzyłbym rankingom. Tekst jest kompletnie niedopasowany do kompozycji. Utwór wyłączyłem niedługo po drugiej zwrotce. Utwór jest kolejnym nawiązaniem do Biblii - opowiada o ludziach, w których "dobre nasienie boże" nie trafiło i zeszli na złe drogi.

Ocena: 5,5/10

9. "Where The Wild Things Are"
Utwór rozpoczyna się niepokojąco - ma się wrażenie jakby zaraz miało się coś ciekawego wydarzyć. W trakcie pojawia się jednak dziwnie brzmiący wokal, potem utwór wzmacnia się, jednak w czasie zwrotki napotykam znowu rozczarowanie. Wokal brzmi naprawdę okropnie. Nie dość że jest niedopasowany, to jeszcze brzmi pedalsko. Ale naprawdę, przeraża mnie to. Z Metalliki słuchałem albumów Ride The Lightning, Master Of Puppets oraz Load, ale takich cudów na kiju jeszcze nie widziałem. Jest jeszcze gorszy od poprzedniego utworu! Pierdole, wyłączam. Takiego kopa w dupę fani zapewne się nie spodziewali. Tytuł utworu wziął się z książki dla dzieci autorstwa Maurice'a Sendaka. Tekst opowiada o dzieciństwie oraz kryjących się w nim możliwościach: dobra i zła.

Ocena: 3/10

10. "Prince Charming"
Przepraszam, ale poprzednim utworem nieco się zbulwersowałem. Zaczynam dostrzegać że utwory począwszy od "Slither" mają podobną budowę - ma jakiś wstęp, potem nudne brzmienie. Tutaj chyba jednak się nie rozczaruję coś tak czuję. Słychać że ten wstęp jest żywy, szybki, ogólnie brzmi całkiem nieźle. Przypomina nieco utwór "Fuel". W czasie zwrotki dostaję kolejnego, bolesnego kopa w dupę. Wokal jest kompletnie niedopasowany do kompozycji. Co do tekstu to nie jest aż tak źle. Niby utwór przypomina te początkowe "Fuel", jednak zdecydowanie brakuje tutaj melodyjnego wokalu, jest tylko wkurzające gadanie. Ta początkowa kompozycja była tylko taką zmyłką, tak naprawdę Metallica zaserwowała nam kolejne szambo. Utwór jest o kimś wszechobecnym.

Ocena: 5,75/10

11. "Low Man's Lyric"
Utwór jest balladą. Z początku utwór nie wydaje się aż taki straszny jak mogłoby się to wydawać - kompozycja jest dobrze dopasowana do wokalu. Jednak niedługo potem dostajemy po mordzie, co z tego że to ballada. Utwór brzmi jak "Nothing Else Matters" dla ubogich. Metallica zdecydowanie za bardzo zbliżyła się do Queen oraz Scorpions'ów. Tak naprawdę typowa metalowa ballada powinna zawierać w sobie odrobinę ostrości. Ten utwór jest praktycznie pozbawiony tej ostrości, brzmi trochę jak ballada "Wind Of Change" grupy Scorpions, tyle że ta brzmi nieoryginalnie, i nie ma w sobie nic ciekawego. No, poza tym że ma taki smutny akcent który może spodobać się głównie emo, lub zbuntowanym nastolatkom. Utwór jest o wyrzutku odtrąconym przez wszystkich ludzi.

Ocena: 5,5/10

12. "Attitude"
Pierwsze z czym mi się skojarzył ten utwór to z "Attitude" Sepultury z albumu Roots, ale wiecie - jak na razie patrzę tylko na tytuł. Gdy włączyłem utwór po raz kolejny uraczyło nas intro. Potem znowu dobra, szybka kompozycja... błagam James, nie spierdol wokalu, nie spierdol wokalu, nie spier... ujdzie. Wokal niby nie jest idealny, jednak powiem że zniosę. Niby słuchając tego utworu nie powinniśmy się nudzić, tak naprawdę mam zupełnie inne odczucia - po pewnym czasie utwór zaczyna się nudzić, nawet pomimo tego że jest taki żywy. Po jakimś czasie nudne zwrotki zaczynają wiercić dziurę w głowie, przez co nie czuję żadnej radości słuchając tego. Utwór jest o kimś komu nie podobają się poglądy innych.

Ocena: 6/10

13. "Fixxxer"
Dobra, zaczynam być zażenowany. Jeśli ten utwór nie dostanie powyżej 7 to się z lekka wkurzę. Na początku wita nas ten sam schemat co w poprzednich utworach - intro. To jednak nieco się różni od poprzednich. Mam wrażenie że coś będzie się dziać. Niby jest spokojne, jednak czuję że może zrobić wrażenie. Niedługo potem rozpoczyna się utwór, ociężałym uderzeniem, brzmi nawet nieźle. Ale czekajcie czekajcie, to tylko kompozycja. Ta jak na razie brzmi świetnie, wreszcie jakaś odmiana po tych kiepskich utworach. Przypomina mi trochę "Oriona" z albumu Master Of Puppets. Brzmi jak na razie dobrze. Potem wkracza wokal, i <chwila napięcia>. Uff. Tego nie spieprzyli. Pomimo tego że utwór brzmi całkiem nieźle dalej jestem zażenowany poprzednimi utworami, przez co już tak bardzo się tym nie cieszę. Zapewne byłoby lepiej gdyby "Fixxxer" był na szóstej pozycji. A tak to słyszymy tylko przeciętny utwór. "Fixxer" jest o manipulacji Kościoła oraz psychologicznym wykorzystywaniu dzieci, praniu mózgu.

Ocena: 7,75/10

No, wreszcie koniec. Umęczyłem się podczas słuchania. Co to właściwie było? Czy ja aby na pewno słuchałem Metalliki? Po niej spodziewałem się raczej bardzo wysokiego poziomu, czegoś czego dałoby się słuchać godzinami, mowa... miesiącami! Kompozycje albumu są dosyć przeciętne - niektóre z nich potrafią niemiłosiernie zanudzić nawet pomimo tego że są bardzo żywe. Teksty są kiepsko zbudowane, są źle dopasowane do kompozycji, przez co świetny kawałek po prostu się rozlatuje. Album brzmi bardziej jak kompilacja B-Side'ów stworzona w latach 1992-1997. Jest jeszcze jeden fakt który z pewnością wpłynie na ocenę, mianowicie: dlaczego to do jasnej cholery było takie lekkie?! Od 1991 roku do wydania tego albumu Metallica tworzyła albumy z gatunku heavy metal. To było po prostu lekkie popowe granie dla mas. Album zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie: jest to najgorszy album Metalliki jaki kiedykolwiek słyszałem. Polecam dla ludzi którzy lubią bezsensowną, lekką muzykę słuchaną przez masy. Chociaż, właściwie ktoś taki czyta naszego bloga?

Okładka: 5/10
Teksty: 7/10
Kompozycje: 6/10

Ogólna ocena: 5,5/10

Zalety:
- Pierwsze 4 utwory

Wady:
- Kiepski wokal James'a (!)
- Bardzo niski poziom
- Powtarzalność schematów
- Utwory które szybko się nudzą
- Słabe kompozycje
- Album stworzony dla mas (duża wada)


Jak widać największe grupy heavy metalowe lat 90-tych wydając takie albumy jak The Great Southern Trendkill i Reload zasłużyły na lanie. Obie spieprzyły robotę, jednak tutaj możemy mówić o albumie niedopracowanym, oraz o albumie dla mas. Zdecydowanie Pantera wygrała to starcie, gdyż stworzyła album który nie brzmiał jak skończone dzieło. Pomimo niedociągnięć nawet polubiłem ten album. Co do Reload to... po prostu nie chce mi się o tym albumie więcej gadać, Metallica po prostu zaczęła tworzyć muzykę dla ludzi którzy po prostu metalu nie rozumieją. Dzięki Bob Rock, zniszczyłeś najlepszą grupę lat 90-tych.

Konfrontacja: Nailbomb - Point Blank vs Prong - Cleansing

Witam! Tu MrCommando1995. Jedną z pierwszych recenzji na naszym blogu była recenzja jedynej płyty grupy Nailbomb, Point Blank. Autorem recenzji był TheComareq. Potem posłuchałem albumu "Cleansing" grupy Prong, i pomyślałem że tą recenzję powinienem przerobić na konfrontację. Który z tych albumów wypada lepiej?

1. Nailbomb - Point Blank

Point Blank jest to jedyny album studyjny wydany przez Nailbomb - grupę thrash/industrial metalową stworzoną przez Maxa Cavalerę oraz Alexa Newporta. W albumie obok Alexa i Maxa na perkusji zagrał Igor Cavalera. Z wielu recenzji wynika że Nailbomb (obok Sepultury) był najlepszym projektem Maxa Cavalery. Album Point Blank został wydany w postaci oryginalnej Amerykańskiej edycji z 1994 roku oraz reedycji z 2004 roku - dodanych zostało parę utworów. Grupa zagrała jeden koncert na Dynamo Open Air Festival w 1995 roku. Tuż po tym koncercie rozpadła się.

Okładka przedstawia zdjęcie Wietnamskiej kobiety z przyłożoną lufą karabinu maszynowego przez amerykańskiego żołnierza. Zdjęcie zostało zrobione w 1969 roku w czasie wojny w Wietnamie, w Wietkongu. W czasie wojny w Wietnamie najczęściej ludność cywilną spotykało się w Wietkongu, stąd prawdopodobieństwo że zdjęcie zostało zrobione właśnie tam. Zwykli, niewinni cywile mieli zginąć z powodu czyjegoś widzi misie. Tak czy siak okładka jest klimatyczna, od razu ukazuje nam z czym będziemy mieli do czynienia na albumie.

Na krążku znajduje się 13 piosenek (reedycja zawiera ich 19):

1. "Wasting Away"
Początek jest bardzo mylny. Mamy wrażenie, że album będzie przede wszystkim industrial metalem. Po tym samplu nagle Alex Newport i David Ryley przystępują do działania gitarami. Po chwili wchodzi też Igor z perkusją. Następnie dochodzi wokal Maxa, potem refren zaśpiewany przez Alexa... w piosence nie ma ani trochę napięcia. Jest za to bardzo dużo mocy którą trzeba jakoś wyładować! Wreszcie są dobre teksty! Tak czy siak na pewno większość z nich pisał Alex Newport. Świetny riff i solo, którym najpewniej się zajął tym razem Max. Jest to dzieło sztuki na miarę Cavalery, w końcu do dziś piosenka gości na koncertach grup Soulfly i Cavalera Conspiracy. Piosenka opowiada o człowieku który nie potrafi dowieść swoich racji. Próbuje jednak to robić, chociaż wie że jest skazany na porażkę.

Ocena: 10/10

2. "Vai Toma No Cu"
Kolejny wspaniały utwór ze strony chłopaków z Nailbomb, oraz Davida i Igora. Świetny, ostry riff, dobra perkusja, piosenka trochę w stylach Arise/Chaos A.D. Naprawdę, świetna kompozycja, dobry tekst. Piosenka jest o żołnierzach z Ameryki będących na wojnie w Wietnamie pragnących powybijać niewinnych.

Ocena: 9,5/10

3. "24 Hour Bullshit"
Kolejna piosenka. Tym razem na początku słyszymy jakieś rozmowy, a potem wkraczają sample które na początku brzmią dziwnie. I w końcu gitary, nie wiem czyje ale na pewno nie Alexa. Riff na początku wydaje się być nijaki, ale perkusja dobrze pracuje. Zaczyna się pierwsza zwrotka, która brzmi co najmniej dziwnie. Przypomina mi to trochę zwrotki w stylu Savages z Soulfly. I zaczyna się refren, również dosyć ubogi. W każdym razie przypominający poprzednią piosenkę. Jednak tym razem wkracza gitara Alexa. Tak czy siak piosenka jest słabsza od poprzedników. Piosenka jest o mediach, a konkretnie o ich fałszywym przekazie.

Ocena: 9,25/10

4. "Guerrillas"
Tytuł jest naprawdę dziwny. Tak samo dziwnie się zaczyna, jakby tytułowy goryl masował się po brzuchu. Oczywiście, w piosence nie chodzi o prawdziwe goryle - jest to nawiązanie do partyzantów działających w lasach i dżunglach. Potem wchodzi strasznie cicha gitara, brzmiąca lekko. I dochodzi bas, który natychmiast podkręca temperaturę. Jednak to nie wystarczy. Nie powiem, piosenka jest ostra, jednak ma prymitywny riff. Tym razem perkusja też trochę słabiej pracuje. Piosenka wydaje się opierać na tym samym. Piosenka jest o porwanych Wietnamczykach na których ma zostać dokonana egzekucja, o stracie ich nadziei na szczęśliwy powrót do domu i litości Amerykanów.

Ocena: 9/10

5. "Blind And Lost"
No, muszę przyznać tu się zrobiło ciekawie. Piosenka na pierwszy rzut oka przypomina trochę cover piosenki "Policia" zespołu Titas. Po chwili jednak dochodzi riff rodem z "Troops Of Doom". Już ma się wrażenie że Max będzie śpiewał "total eclipse / hides the earth..." Słyszymy co innego, jednak muszę przyznać fajnie piosenka brzmi. Nie jest ona ostra jak poprzednie, ale jest znacznie żywsza. Piosenka jest przekazem do Amerykańskiego żołnierza który uznaje że jego podwładny ma najwięcej racji. Podmiot liryczny próbuje zmusić go, by ten pomyślał co złego czyni.

Ocena: 9/10

6. "Sum Of Your Achievements"
Do tej pory myślałem że ten zespół mnie już nie zdziwi. Spokojny początek, tak jak w większości piosenek z tego albumu, jednak słychać że coś nie gra. Powolny, budujący napięcie riff?! Spokojne sample?! Mówiłem że coś tu nie gra. Od jego słuchania przechodzą mnie ciary. Temu wszystkiemu towarzyszy perkusja żywcem wyjęta z Chaos A.D, tyle że spowolniona. Piosenka jest o ciemnej stronie nauki. Uważa się, że jest ona wykorzystywana do tworzenia coraz to nowszych broni oraz do zabijania ludzi niewinnych. W ostatnim refrenie wymieniane są po kolei Hiroshima, Nagasaki i "my wszyscy". W połączeniu z tą muzyką tekst naprawdę robi wrażenie, skłania do przemyśleń. Problem w tym że politycy nie słuchają metalu. A mogliby się czegoś nauczyć.

Ocena: 9,5/10

7. "Cockroaches"
Od razu na początku słyszymy gitarę która brzmi jak smarkający człowiek koło którego latają muchy. Po chwili słychać jednak stopę, i dołącza się gitara. Słychać że to będzie ostry, aczkolwiek przyjemny dla ucha utwór. Utwór jest ostry, i żywy. Gdy dochodzi zwrotka słychać że śpiewa ją Alex, tym razem Max zajął się refrenem. Piosenka jest o pewnym polityku który sprawuje władzę. Podmiot liryczny twierdzi, że największym błędem polityka jest nieuczciwość wobec ludzi nad którymi sprawuje władzę.

Ocena: 9,25/10

8. "For Fuck's Sake"
Cholera. Nie mam pojęcia, po cholerę są te piski słyszane przez minutę. Psują moje zdanie o piosence. Po tych piskach słychać już stopę, i  sample, typowe dla industrial metalu. Po tym jednak słyszymy naprawdę ostry riff, perkusja zaczyna brzmieć prawie tak thrashowo jak na pierwszym numerze. W tle słyszymy niezrozumiałe dźwięki. Szybko zaczyna się zwrotka, ledwo słyszana "time and again / we've been told / still it's ignored / who'll go first?". Po chwili słyszymy coś w stylu pierwszej zwrotki, jednak te słowa powtarzają się przez całą piosenkę. Po tym znowu ten sam schemat. Po drugiej zwrotce nagle zwrot akcji. Słyszymy typowy dla Sepultury ostry riff, naprawdę wpadający w ucho, oraz coś w stylu refrenu, również bardzo fajny. Z pewnością piosenka bez końca ma taką samą budowę. Pomimo tego słucham tej piosenki dosyć często (ze względu na wpadający w ucho żywy riff). Piosenka jest o człowieku który wiele w życiu przeżył. Najprawdopodobniej był to były uczestnik wojny w Wietnamie twierdzący, że wiele się w życiu nauczył.

Ocena: 8,75/10

9. "World Of Shit"
Piosenka zaczyna się słowami "hate is reality". Potem powtarzają się przez większość piosenki. Riff jest wpadający w ucho, automatycznie człowiek zaczyna się kiwać. Później jednak dochodzi najsłabsza strona tej piosenki: zwrotki. Zbudowane są kompletnie bez sensu. Tekst właściwie też jest słaby. Najprawdopodobniej najsłabszy na całym krążku, nawet lepszy od "For Fuck's Sake". Gdyby nie zajebista kompozycja utwór bym skreślił. Piosenka jest o osobie, która oskarża polityka o propagowanie przemocy, oraz nadmierne jej zainteresowanie.

Ocena: 9,75/10

10. "Exploitation"
Jest to cover mało znanej brytyjskiej grupy punkowej Doom. Początek zaczyna się jak z jakiegoś filmu. Słychać gitarę która brzmi jak silnik odrzutowy. Słychać też jakieś rozmowy. Potem zaczynają się śmieszne jęki, i piski. Ogólnie piosenka brzmi dziwnie. Potem zaczyna się żywy, ale prymitywny riff. Ogólnie coś co jest w stylu Nailbomb. Riff ciągle opiera się na tym samym. Utwór kończy się mocnymi piskami i podkręceniem basu <ja pierdole moje uszy>. Słowa są kompletnie niezrozumiałe. Ogólnie nie wiadomo o co chodzi w piosence, ale najprawdopodobniej o wykorzystywanie zwierząt do badań.

Ocena: 8,5/10

11. "Religious Cancer"
Piosenka zaczyna się słowami "confess before Jesus". Potem zaczyna się riff dosyć żywy riff, i perkusja brzmiąca dosyć ubogo, jednak w stylu Nailbomb. Piosenka mniej więcej opiera się na tym samym - żywy riff, biedna perkusja oraz... rozbudowany tekst? Tak, od dawna nie było na tym albumie dobrego tekstu! Piosenka jest krytyką religii oraz fanatyków.

Ocena: 8,5/10

12. "Shit Pinata"
Sądząc po tytule i długości będzie to jakaś solidna napierdalanka z najbardziej posranym tekstem jaki słyszałem. A tu nagle zaskoczenie. Bardzo spokojny utwór, najpierw wydaje się, że to jest instrumental, ale okazuje się, że są tu jakieś niewyraźne słowa (typowe zresztą dla albumu Point Blank). Dosyć dziwnie skonstruowany. Piosenka zaczyna się od dziwnego dźwięku przypominającego bass. Potem słyszymy fajnie skonstruowany riff i pasująca do tego stopa. Jest to najprawdopodobniej najdziwniejszy utwór jaki słyszałem (nie licząc rekordowego utworu Napalm Death). Tekst jest bardzo dziwny. Składa się z wersów "I loved you - I don't care" oraz "control". Niezbyt jest jasne o co w tym chodzi, chyba najgorszy tekst na płycie.

Ocena: 7/10

13. "Sick Life"
Ostatnia piosenka z wersji oryginalnej. Riff na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem spoko. Właściwie to piosenka bardzo przypomina "Cockroaches". Słyszymy żywy riff, wolną perkusję. Naprawdę ciekawie brzmi, przypomina trochę "Straighate" z Roots Sepultury. Potem dochodzi nieźle skonstruowana zwrotka, coś w stylu "Cut-throat" Sepultury. Gdy piosenka się kończy słyszymy naprawdę dziwnie brzmiące gitary, coś co brzmi jak zepsute "Dead Embryonic Cells" Sepultury z albumu Arise. Hehe. Piosenka jest o człowieku którego zepsuła samotność i fakt posiadania fałszywych przyjaciół.

Ocena: 9/10

14. "While You Sleep I Destroy Your World"
Na początku słyszymy rozmowę telefoniczną po rusku. Gdy zaczyna się riff i przychodzi perkusja mam wrażenie jakbym słuchał jakiegoś rapu. Do tego typu riffu takie granie na perkusji nie pasuje. Wokal z kolei brzmi już jak na Roots. Najpewniej piosenka została nagrana gdzieś przed koncertem Nailbomb w Dynamo Air w 1995 roku. Piosenka jest o człowieku którego potrzeby zostały zaniedbane przez inną osobę. Pragnie zemsty.

Ocena: 6/10

15. "Zero Tolerance"
Na początku piosenka brzmi jak echo z kanałów. Potem dochodzi do tego riff i perkusja brzmiące trochę jak "Cockroaches" i "Sick Life". Utwór wydaje mi się kompletnie niezrozumiały, głównie ze względu na te dźwięki piły czy coś. W każdym razie słychać już riffy w stylu Roots. Piosenka jest krytyką ludzi białych uważających się za najważniejszych, pragnących podbić wszystkie inne rasy i wyeliminować odrębność.

Ocena: 7/10

Reszta piosenek to piosenki na żywo.

No cóż, album jest z pewnością jednym z najbardziej charakterystycznych projektów Maxa Cavalery. Każdy znajdzie sobie coś dla siebie. Czy to industrial metal, czy thrash metal, z pewnością spodoba się obu stronom. Piosenki są wulgarne, ostre, niektóre są żywsze, inne mniej...Większość z nich odnosi się do wojny w Wietnamie i nierówności pomiędzy ludźmi. Podsumowując wszystkie utwory, budowa tekstów jest średnia. Riffy wydają się być kompromisem między Chaos A.D a Arise. Niektóre elementy industrial metalowe potrafią podrażnić uszy (dotyczy fanów thrash metalu). Najlepsze piosenki według mnie to: "Wasting Away", "Vai Toma No Cu", "Cockroaches" oraz "Sum Of Your Achievements". Polecam wszystkim fanom projektów Maxa Cavalery, oraz tym podobnych. Z pewnością się nie zawiedziecie.

Okładka: 8/10
Tekst: 7/10
Kompozycje: 9/10

Ogólna ocena: 8,5/10

Zalety:
- dobre kompozycje
- okładka pasuje do tekstów
- brutalność i niepowtarzalny styl
- dobry wokal obu panów

Wady:
- niektóre utwory mają za dużo "industrialowego klimatu" co nieco je psuje

Album do przesłuchania

2. Prong - Cleansing
Drugim albumem jak wspominałem jest "Cleansing" zespołu Prong. Został wydany w styczniu 1994 roku. Nie będę bawił się w zbędne opisywanie tego w ilu kopiach się sprzedał i tak dalej (to nie jest cholerna wikipedia!), tylko przejdę od razu do rzeczy.

Okładka jest niezbyt przyjemna dla osób o słabszych nerwach. Przedstawia ona oko wydłubane przy pomocy widelca. Nawet niezłe dla kogoś kto lubi szokujące okładki.

1. Another Wordly Device
Kompozycja od początku przypomina nam połączenie dwóch zespołów - Nailbomb i Biohazard. Dużym plusem tego utworu jest wpadający w ucho refren. Sprawił on, że od razu polubiłem ten utwór. Jeden z lepszych na tej płycie. Dobry początek. Solówka nie powala, ale pasuje do ogólnego klimatu tej piosenki. Tekst jest jakby wiadomością człowieka stłamszonego przez silniejszych. Człowiek ten jednak próbuje nie dawać im się kontrolować i walczy o swoje.

Ocena: 9/10

2. Whose Fist Is This Anyway?
Utwór przypomina ponownie połączenie Nailbomb i Biohazard. Brzmi to nawet nieźle, jednak jest odrobinę gorzej w porównaniu do poprzedniego utworu - kompozycja i tekst są uboższe. W niektórych miejscach słyszę elementy, które w ogóle nie pasują do utworu i ma się wrażenie, że słyszymy jakąś marną pioseneczkę z dyskoteki. Jednak to tylko parę momentów. W innych miejscach jest dobrze. Tekst opowiada o człowieku, który został zmuszony przez innych do robienia rzeczy jakie niekoniecznie mu się podobają.

Ocena: 7,75/10

3. Snap Your Fingers, Snap Your Neck
Tym razem przypomina to połączenie Nailbomb i Rammsteina. Jednak czujemy tutaj nieco sztuczny klimat. Bardzo spokojny utwór. Zwrotki nieco zniechęciły mnie do tej piosenki, jednak refren i riff w jego okolicach (bardzo w stylu Nailbomb) zmieniły moje nastawienie. Od tej pory brzmi to lepiej od poprzedniego utworu. Tekst jest krytyką władz, które obiecują ludziom poprawę warunków życia. Okazuje się, że ich obietnice są gówno warte, zwyczajne kłamstwa.

Ocena: 8,25/10

4. Cut-Rate
Ponownie od początku mam pewne skojarzenia z zespołem Nailbomb. Brzmi to generalnie nieźle, ale wszystko psuje refren, który nieudolnie próbuje budować napięcie słowami "clean sweep". Kompozycja w tym miejscu również leży. Jak dotąd najgorszy utwór. Zobaczymy co będzie dalej. Tekst jest również słabszy od pozostałych. Opowiada o ludziach, którzy są zmuszeni do życia w złych warunkach. W teorii może wygląda to dobrze, jednak zostało to źle wykonane.

Ocena: 6,5/10

5. Broken Peace
Od początku słyszymy, że utwór będzie miał luźną, spokojną atmosferę. Nie brzmi to jakoś źle, ale zaraz słyszymy tekst. W zasadzie jeden z najgorszych jakie słyszałem. W większości składa się ze słów "pick up, pick up the broken peace". Gdy zastanowimy się nad tym tekstem i jego znaczeniem tak właśnie możemy pomyśleć. Jednak, gdy słuchamy tego utworu i nie zastanawiamy się nad tym, może brzmieć to nieźle. Skreśliłbym ten utwór totalnie, gdyby nie nawet niezła kompozycja - podobnie jak w "World Of Shit" Nailbomb. Tekst opowiada o odwiecznym problemie ludzi - braku umiejętności utrzymywania pokoju i nieustannych, bezsensownych wojnach.

Ocena: 8,5/10

6. One Outnumbered
Od początku utwór cieszy ucho. Niezły riff. Wszystko wydaje się być w porządku, tylko niestety za mało różnorodności. Po pewnym czasie zaczyna nudzić. Ale generalnie nie jest źle. Są jednak lepsze utwory na tej płycie. Nic specjalnego. Tekst opowiada o żołnierzach bezsensownie ginących na wojnach.

Ocena: 6,5/10

7. Out Of This Misery
Zaczyna się niezłym riffem, aż zaczynam się kołysać. O wiele lepsze od poprzedniego utworu. "Out Of This Misery" posiada parę naprawdę dobrych momentów, nawet ciekawych. Jeden z lepszych na tej płycie. Wadą jest natomiast refren. Sposób w jaki zostały zaśpiewane niektóre wersy nieco zniechęca do utworu. Jednak i tak jest dobry. Tekst opowiada o kimś kto ma naprawdę ciężkie życie i bardzo chce się z niego wyrwać.

Ocena: 8/10

8. No Question
Zaczyna się wpadającym w ucho riffem, który przypomina nawet nieco Slipknota. Polubiłem ten utwór już od pierwszego odsłuchania. Raz buduje napięcie, raz je uwalnia, raz czymś nowym zaskakuje. Znowu wyczuwamy połączenie Nailbomb + Biohazard tak jak na początku płyty. Podobnie jak "Another Wordly Device" czy "Broken Peace" jest to jeden z lepszych na płycie. Tekst opowiada o żołnierzu wysłanym na wojnę. Nie wolno mu zadawać pytań odnośnie rozkazów - ma je po prostu wykonać.

Ocena: 8,5/10

9. Not Of This Earth
Niezbyt przepadam za tym utworem. Jest zwyczajnie nudny, kompozycja jest słaba. Brzmi to gorzej niż "Cut-Race". Niewiele mogę o tym utworze powiedzieć, gdyż jego budowa jest prosta. Po prostu - nudzi. Tekst opowiada o kimś, kto jest znużony życiem i chce po prostu zasnąć na zawsze, umrzeć.

Ocena: 5/10

10. Home Rule
Z początku wydaje się, że będzie to podobne badziewie co poprzedni utwór, jednak po chwili wszystko się zmienia i zaczyna brzmieć to nawet ciekawie. Mimo to i tak tego mistrzostwem nie nazwę. Jest na tej płycie wiele lepszych utworów. Riff generalnie nie jest zły. Nie nudzi. Mogę ocenić jako "dobry", ale nie jest to nic wyjątkowego. Tekst krytykuje władze na świecie - ludzie nie mogą czuć się swobodnie nawet w ich własnych krajach.

Ocena: 7/10

11. Sublime
Zaczyna się bardzo melodyjny riffem, który wpada w ucho. Wtedy pomyślałem, że może być to naprawdę coś dobrego i w sumie nie zawiodłem się. Słyszymy raz cięższy riff w stylu Nailbomb, a raz melodyjny. Ciekawe połączenie. Od razu mi się spodobało. Można się przy tym zatrzymać naprawdę na dłuższy czas. Polecam. Tekst jest nieco trudny w interpretacji, ale po kilkukrotnym przeczytaniu stwierdzam, że opowiada o "wybranej garstce ludzi", którzy osiągnęli wielkie sukcesy. Podmiot liryczny stwierdza, że czasem nie trzeba zbytnio się wysilać, aby dużo osiągnąć. Wiele zależy od szczęścia.

Ocena: 9/10

12. Test
Utwór zaczyna pewne nagranie - jak w "Uncivilization" Biohazardu. Po chwili dochodzi reszta instrumentów i słyszymy interesujący riff, który szybko wpadł mi w ucho. Dobre zakończenie płyty. Nie nudzi, jest dobrze. Jednak do poziomu "Sublime" to nie dorasta. Również riffy przypominają połączenie Nailbomb i Biohazardu. Tekst również jest nieco trudny w interpretacji - jak w poprzednim utworze. Ale wydaje się, że opowiada o ludziach okłamywanych przez przywódców partii komunistycznych, jednak jest to nieźle zakamuflowane. Dobra końcówka.

Ocena: 8,5/10

Podsumowując, płyta mnie nie zawiodła. Niestety znajduje się na niej parę słabszych utworów co nieco obniża jakość albumu. Grupa nie jest jakoś bardzo znana, a okazuje się, że nagrali coś dobrego - jak Ektomorf z Węgier :) Przejdziemy do oceny końcowej.

Okładka: 8,5/10
Teksty: 7/10
Kompozycje: 7,5/10

Ocena końcowa: 7,25/10

Zalety:
- słuchając tego mam skojarzenia z dwoma dobrymi zespołami - Biohazardem i Nailbomb
- dobre kompozycje
- dobry wokal

Wady:
- niektóre utwory psują jakość albumu

Album do przesłuchania

Jak widzicie Nailbomb wygrał z dużą przewagą dzięki lepszym kompozycjom i okładce.

21 marca 2014

Recenzja: Rammstein - Reise, Reise


Witam w kolejnej recenzji. Ostatnio chodząc na siłownie coraz częściej słyszę Rammsteina. Są to utwory z albumów z lat 1995-2001. Ogólnie to nie słucham Rammsteina, ale interesuję się tym zespołem, zwłaszcza dlatego że ich styl jest dosyć ciekawy. Nie tylko chodzi mi o same utwory czy albumy, ale też o sam ich wygląd, prezencję oraz świetne koncerty. Dzisiaj zamierzam omówić jedną z najciekawszych pozycji tego zespołu. Tak naprawdę nigdy go do końca nie przesłuchałem, ale słuchając singla "Mein Teil" miałem poćwiartowany mózg, tak więc stworzenie recenzji tego albumu może być dla mnie ciekawym doświadczeniem. Przed wami: Rammstein - Reise, Reise.

Reise, Reise jest to czwarty album niemieckiej grupy Rammstein. Został wydany 27 września 2004 roku nakładem Motor Music. Poprzedni album, Mutter wydany w 2001 roku podbił scenę międzynarodową. Grupa będąc jeszcze pod wpływem rosnącej popularności postarała się stworzyć coś jeszcze lepszego, coś co może kiedyś dotyczyć niektórych z nas. Dzieło Rammsteina jest inspirowane katastrofą samolotu Boeing 747, który rozbił się w sierpniu 1985 roku. Uważa się że spośród wszystkich katastrof samolotowych ta miała najwięcej ofiar (520). Album dotarł na 61 pozycję w rankingu Billboard 200, dostał też 17 miejsce w polskim rankingu OLiS. Pytanie czy na pewno wszystko poszło zgodnie z planem? Czy tylko singiel "Mein Teil" jest tu zdatny do słuchania? Za chwileczkę się o tym przekonamy.

Pierwszy kontakt z albumem gwarantuje okładka z teksturą samolotowej czarnej skrzynki. Od razu widać że większość utworów będzie smutnych/ponurych, większość z nich będzie miała treści związane z katastrofami samolotowymi.

1. "Reise, Reise"
Album zaczyna się bardzo spokojnie. Słyszymy powiewający wietrzyk, następnie pojawiają się syntezatory (w końcu to gatunek Neue Deutsche Hertze, Nowa niemiecka agresja). Słychać że utwór jest ociężały, ponury, ogólnie słucha się go z niepokojem. Wszystkiego dopełnia dobry wokal Tilla Lindermanna, brzmiący naprawdę ponuro, nadający takiego niepokojącego klimatu. Jest bardzo dobrze dopasowany do ociężałej kompozycji. Ogólnie mówiąc utworu słuchało mi się z przyjemnością, nie miałem napadów szału. Bardzo dobry wybór jako pierwszy utwór, nie mam żadnych zastrzeżeń. Utwór brzmi jak stara żeglarska piosenka, widać to w szczególności po tekście. Został zaśpiewany jak przez kapitana wspominającego stare dzieje. Kawałek jest o ludziach, którzy wszczęli bunt na pokładzie statku, i przy pomocy harpunów pozabijali wszystkich rybaków na pokładzie, i wrzucili ich do morza. Utwór może być o dzisiejszych piratach.

Ocena: 9,75/10

2. "Mein Teil"
Utwór rozpoczyna się ponurym graniem skrzypiec. Potem utwór staje się cięższy. Niby jest szybszy od poprzedniego, ale ta ponura atmosfera jest już naprawdę na wysokim poziomie. Wszystko jest naprawdę ponure: zwrotka, refren, ponury wokal Tilla. Słucha się tego z dużą przyjemnością. Częste są zwroty akcji, dodające tylko pikanterii do utworu. Szczerze powiem, że nie polecam tego utworu dla kogoś o słabych nerwach, niektóre momenty mogą przyprawić o palpitację serca, są tak zajebiste. Z pewnością jest to coś, co słuchacz zapamięta na długo. Utwór został zainspirowany aktem kanibalizmu. Basista grupy udzielając wywiadu stwierdził, iż grupę zainspirował artykuł w gazecie ukazujący kanibala. Wszyscy byli tak zszokowani, że postanowili napisać o tym piosenkę.

Ocena: 10/10

3. "Dalai Lama"
Jak na razie wszystko wygląda na spokojne. Czyżby pierwsza odmiana? Skądże. To tylko ten złudnie spokojny początek. Tak naprawdę jest on tylko zmyłką do tego, co się będzie działo potem. W refrenie zaczyna się czuć tą mroczną atmosferę. Wprawdzie nie jest ona tak wyraźna jak w poprzednich utworach, ale nie to jest najważniejsze. Po raz kolejny słyszymy, że wszystko zgrabnie się ze sobą łączy (tekst i kompozycja). W czasie zwrotek niezbyt wiele się dzieje, jednak wciąż jestem zaniepokojony atmosferą tego utworu. Wszystko się pogłębia wraz z refrenem, wtedy zaczyna się czuć tą niepokojącą atmosferę z poprzednich utworów. Wbrew pozorom, utwór nie jest o Dalai Lamie. Jest on o katastrofie samolotu Boeinga 747. W utworze omówiona jest historia ojca, oraz jego małego synka, którzy lecą samolotem do rodzimego kraju, by zdążyć "na urodziny mamy". Przerywa im rozbicie się samolotu, nazywane przez autorów "marszem zagłady".

Ocena: 9,5/10

4. "Keine Lust"
Utwór zaczyna się bardzo spokojnie. Jednak po tym co zdążyłem usłyszeć na wcześniejszych utworach mam wrażenie że to będzie tylko na zmyłkę. I nie myliłem się. Po chwili utwór przyspiesza, brzmi trochę szybciej od poprzednich, także w przeciwieństwie do nich ma takie marszowe tempo, brzmi jak żołnierska pieśń. Przekonujemy się o tym słuchając refrenu. Tak jak w przypadku poprzednich utworów nie mam nic do zarzucenia, wszystko jest do siebie dopasowane, brzmi dobrze, nic się ze sobą nie gryzie. Nie czuć już tego niepokoju jaki czuliśmy w poprzednim utworze. "Keine Lust" jest o otyłym człowieku, który z powodu przejedzenia nie ma na nic ochoty. Jedyne co chce robić to leżeć i liczyć muchy. Polecam do tego utworu teledysk.

Ocena: 9,25/10

5. "Los"
Na początku słyszymy gitarę akustyczną, od razu kojarzy mi się nieco z niektórymi kompozycjami Ektomorfa. Po raz kolejny mam wrażenie że ten utwór nie będzie taki spokojny bez przerwy. Zaskoczył mnie moment gdy weszła perkusja - dalej słyszymy riff zagrany na gitarze akustycznej, a perkusja swoje... No, zaletą tego utworu jest to, że jest żywy; przyjemna odmiana po słuchaniu czegoś co wywoływało ostre ciary od słuchania. Przed refrenem słyszymy taki niepokojący przerywnik. I to jedyna mroczna strona tego utworu. Nic więcej. Pomimo tego nie narzekam, mało tego - utwór byłby idealny do słuchania w radiu, czy chociażby w restauracji. Grupa w tym utworze wspomina swoje początki, jak to ludzie się z nich nabijali z tego powodu, iż grają muzykę wyjętą z zupełnie innej beczki, do tego grają muzykę kontrowersyjną. W dodatku śmieją się z tych osób, które wątpiły w ich sukces.

Ocena: 9/10

6. "Amerika"
Utwór rozpoczyna się dosyć dziwnie, brzmi jakby został zaśpiewany w latach czterdziestych ubiegłego wieku przez komunistę. Pomimo tego dłużej nie ma co narzekać, dalej utwór przyśpiesza, i nabiera takiego marszowego tempa powodującego kołysanie się. W ciągu zwrotki ma się uczucie niepokoju, ma się wrażenie że wydarzy się coś niespodziewanego. Utwór jest prosty w budowie, ale w tym przypadku to jest zaleta, przeczuwam że tak jak w przypadku utworu "Du Hast" na koncercie fani sami go śpiewają. Refren składa się ze słów "We're all living in America, America - ist wunderbar!". Nie nudziłem się ani chwilę, utworu słucha się naprawdę dobrze. Utwór jest o Ameryce, która opanowała cały świat nie tylko swoimi produktami, markami oraz polityką, ale także kulturą. Taki z lekka prześmiewczy akcent utworu.

Ocena: 9,75/10

7. "Moskau"
Utwór zaczyna się dosyć nietypowo. Jest z lekka mroczny, ale jednocześnie bardzo przebojowy. W utworze wzięła udział wokalistka Victoria Fersh. "Moskau" brzmi jakby został zagrany przez zupełnie inną grupę, jednak po chwili przekonujemy się że jest to Rammstein. Po wielu ociężałych utworach (nie licząc "Los" i "Amerika") mamy do czynienia z czymś naprawdę nietypowym, koncertowym, przyjemnym, i do tego ze szczyptą mrocznego nastroju. Utwór ma bardzo dobry refren, słuchając go czekałem tylko na to. Słowa "Moskau - raz dwa tri - Moskau - pasmatri" dodają mu tylko przebojowości. Wszystko jest do siebie dopasowane, słucha się tego z przyjemnością, nie mam żadnych zarzutów. W przeciwieństwie do poprzedniego utworu "Moskau" jest o potędze Rosji w dzisiejszych czasach. Jest ona porównywana do starej, grubej kobiety która przeszła operację piersi (zapewne chodziło o upadek komunizmu w 1991 roku).

Ocena: 10/10

8. "Morgenstern"
Wyczuwam powrót klimatów z początku albumu. Utwór zaczyna się bardzo niespokojnie, po chwili jednak robi się bardzo gwałtowny, jednak jednocześnie zrównoważony. Potem zaczyna się zwrotka. Wreszcie słyszymy ten mroczny nastrój z pierwszych utworów w refrenie. Pomimo tego ten utwór już nie jest tak ciekawy jak poprzednie, mam wrażenie jakby coś się wypaliło. Ta żywiołowość towarzysząca od szóstego utworu jednak dalej nie zawodzi. Słychać jednak, że dalej wszystko jest ze sobą dobrze sklejone, do kompozycji został napisany dobry tekst. Utwór jest o porannej gwieździe która rozświetla ziemię. Z powodu strachu główny bohater nie chce aby ta wschodziła.

Ocena: 9/10

9. "Stein Um Stein"
Utwór rozpoczyna się bardzo spokojnie, słyszymy pianino i kompozycję. Smutny nastrój utworu potrafi złapać za serce. Po chwili bardzo gwałtownie pojawia się refren; niby Till wzmacnia głos pod koniec zwrotki, jednak nie sądziłem że to będzie takie gwałtowne! Utwór również jest nie najgorzej sklejony, ale szczerze powiem to już nie jest to samo co wcześniej. Niby Till daje z siebie wszystko, jednak słychać że czegoś tutaj brakuje. Utwór jest o człowieku który ma wkrótce zostać zamurowany.

Ocena: 8,75/10

10. "Ohne Dich"
Bardzo spokojny początek, zapewne coś czego jeszcze nie było na tej płycie. Wokal Tilla daje mi do zrozumienia, że to może być miłosna ballada. W sumie to nawet się zdziwiłem, to nie jest w stylu Rammsteina. Spokojna zwrotka, i uwaga - spokojniejszy refren (!). Atmosfera panująca w tym utworze niektórych potrafi urzec, słucha się tego z pewną przyjemnością. O połączeniu tekstu z kompozycją nie muszę nic mówić, wszystko jest ze sobą dobrze połączone. Początkowo "Ohne Dich" miał znaleźć się na bonusowej wersji albumu (po wydaniu albumu nagrano demówkę o tej samej nazwie). Utwór jest o ukochanej kobiecie która odeszła przedwcześnie. Opisane w utworze są zmiany jakie zaszły po odejściu kobiety, jak bardzo świat się bez niej zmienił.

Ocena: 9/10

11. "Amour"
Po raz kolejny słyszymy spokojny początek. Po chwili utwór nieco przyśpiesza, i brzmi jak typowy utwór gatunku muzyki popularnej lat 90-tych. W czasie zwrotki utwór jest tak samo spokojny, tak samo z pierwszym refrenem. Przyjemnie się go słucha, tak jak "Los". Pomimo tego szkoda, że nie ma więcej utworów w stylu "Mein Teil", czy "Dalai Lama". Pomimo że utwór ma dobrą kompozycję i tekst powiem, że niestety nieco mi się przejadła spokojna atmosfera albumu. Nawet jak utwór staje się ostrzejszy niezbyt wiele to zmienia. "Amour" jest o miłości jako uczuciu które krzywdzi człowieka.

Ocena: 8,25/10

"Reise, Reise" jest to bardzo dobry album. Pierwsze utwory urzekły mnie atmosferą przyprawiającą o niepokój, czasem o strach. Od piątego utworu album staje się znacznie żywszy, utwory "Amerika" i "Moskau" brzmiały naprawdę świetnie. Z pewnością fani świetnie się przy nich bawią do dziś. Pozostałe pomimo zupełnie innego klimatu wcale nie są gorsze. Do tekstów i kompozycji nie mam się co czepiać, w wielu utworach brzmią one naprawdę świetnie. Rammsteina nie trudno jest rozpoznać, ze względu na styl którego nikt nie jest w stanie podrobić. Zdecydowanie polecam, wszystkim którzy lubią metal. Czasem zamiast posłuchać Mayhemu czy Slayera, można dla odmiany posłuchać Rammsteina. Obiecuję że się nie zawiedziecie ;)

Okładka: 9/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 10/10

Ogólna ocena: 10/10

Album do przesłuchania

18 marca 2014

Konfrontacja: Soulfly - Primitive vs Ektomorf - Kalyi Jag


Witam po raz kolejny! Ostatnio rozmyślałem nad tym aby zrecenzować album Kalyi Jag Ektomorfa, jednak uznałem że trzeba z tym zrobić konfrontację. Szukałem odpowiednich kandydatów, i nie znalazłem. Miałem lekki żal do MrCommando1995 o to, że przedwcześnie stworzył recenzję albumu Primitive grupy Soulfly. Tak więc postanowiłem że połączę te recenzje, i wyjdzie (mam nadzieję) niesamowita konfrontacja. Tak więc macie przed oczami drugą recenzję z Soulfly i Ektomorfem w roli głównej: Soulfly - Prmitive, oraz Ektomorf - Kalyi Jag

Soulfly - Primitive


Album Primitive został wydany 26 września 2000 roku nakładem Roadrunner Records. Album zyskiwał pochlebne opinie, zdobył 32 miejsce w rankingu Billboard 200, i zyskał 11 miejsce w rankingu Top Independent Albums. Grupa zachęcona złotem na poprzednim albumie zabrała się za wydanie kolejnego albumu. Według Maxa album miał mieć zmienioną koncepcję, miał wyglądać zupełnie inaczej niż poprzedni. Zmieniono gatunek metalu: zamiast nu metalu, zagrano groove metal; album miał przypominać w większości Roots, oraz Chaos A.D Sepultury. Przy okazji, w 1999 roku odszedł Jackson Bandeira biorący udział w pierwszym albumie, potem przyszedł Logan Mader, a tuż przed rozpoczęciem nagrań zastąpił go Mikey Doling. Co z tego wyszło? Za chwilę się przekonamy.

Okładka została namalowana przez artystę współpracującego niegdyś z Bobem Marleyem (!), namalował ją Neville Garrick. Pomysłodawczynią okładki była zaś Gloria Cavalera, żona Maxa. Na okładce widnieje feniks powstający z popiołów. Poniekąd zachęca do dalszego kontaktu z albumem, głównie z tego względu że dobrze się prezentuje. 

1. "Back To The Primitive"
Pierwszy singiel albumu. Na początku słyszymy intro, które brzmi co najmniej dziwnie. Nie wiem, ono miało chyba udawać berimbau czy coś. Zamierzony efekt jednak im nie wyszedł, i powstało takie nie wiadomo co. Dopiero po około 20 sekundach piosenka zaczyna się rozkręcać. Słyszymy dźwięk bębnów oraz gitary, który utrzymuje nas przez jakiś czas w napięciu. Kiedy dochodzi wokal, piosenka nabiera takiego "marszowego" tempa (brzmi jak "Roots Bloody Roots" Sepultury z albumu Roots). Piosenka tryska energią. Uważam ją za jedną z najlepszych jakie Soulfly wydało. Co do tekstu to jego budowa jest dość prosta, pomimo tego zawiera ważny przekaz - Tekst krytykuje kłamliwych ludzi próbujących nas krytykować, zapewne chodzi o polityków, a także ludzi im podporządkowanych. Ich bezkarność rodzi tą tytułową prymitywność.

Ocena: 9,25/10

2. "Pain"
Po raz kolejny mamy do czynienia z dobrym utworem. Szybko się rozpoczyna; jest żywy, ma dobrze dopasowany wokal, i prymitywny riff, chociaż ten tak naprawdę w niczym nie przeszkadza, bardzo pasuje do tekstu i wokalu. Tak naprawdę dużo się tutaj dzieje, ponownie dostaliśmy coś co brzmi jak "Roots Bloody Roots", tyle że w uboższej wersji. Uznam to za neutralną cechę - pomimo podobieństwa do poprzedniego utworu pod niektórymi względami utwór brzmi inaczej. Utwór jest poświęcony pasierbowi Maxa Cavalery - dla Dany Wellsa. Wyjaśnione są okoliczności śmierci (Max podejrzewa że to było zaplanowane), w razie gdyby domniemany sprawca tego słuchał, ma to obudzić w nim wyrzuty sumienia.

Ocena: 9/10

3. "Bring It"
Początkowo słuchając tego utworu miałem wrażenie że jest z pierwszego albumu; utwór jest dosyć szybki, żywy, z lekka mroczny. Przypomina "Eye For An Eye". Widać jak dobrze dostosował się do grupy nowy gitarzysta, Mikey Doling. Z przyjściem zwrotki słychać że temu utworowi jest bliżej do tych nowszych kompozycji, z powodu tych bezsensownych jednowyrazowych zwrotów przypomina również Conquer, co raczej najlepiej dla niego nie robi. Utwór najprawdopodobniej jest o wojnie. Coraz częściej mam wrażenie, że utwory o wojnach są dosyć słabe, i zawierają wiele jednowyrazowych zwrotów.

Ocena: 7,5/10

4. "Jumpdafuckup"
Drugi singiel albumu, w utworze wystąpił wokalista Slipknota, Corey Taylor (!). Zapewne fanki domyślają się jak będzie wyglądał ten utwór; TAKIEGO, to nie będzie coś w stylu Vol 4: The Subliminal Verses, czy All Hope Is Gone, to jest coś mocniejszego. Utwór rozpoczyna świetny riff zagrany przez Mikey'a Dolinga, buduje napięcie które za chwilę ma się wyładować, następnie... JUMP DA FUCK UP! Utwór jest naprawdę ciężki, żywy, mroczny... ogólnie mówiąc jest naprawdę dobry. Z niecierpliwością czeka się na to, co będzie dalej. Utwór jest o ludziach którzy są zawiedzeni sytuacją w kraju, przez co wściekają się, i zamierzają działać. Coś jak "Domination" grupy Biohazard z albumu Uncivilization.

Ocena: 9,75/10

5. "Mulambo"
Utwór rozpoczyna się dosyć nietypowo - rozpoczyna się podobnie jak "One Nation" tej samej grupy z trzeciego albumu, z tą różnicą że dzieciak wykrzykuje jedno zdanie. Następnie utwór brzmi trochę jak połączenie "Jumpdafuckup" z "Umbabarauma" z poprzedniego albumu. Utwór jest bardzo żywy, ostry, dobrze jest go posłuchać dla zwyczajnego oderwania się od tematyki wojen, beznadziejnej polityki i innego tego typu. No właśnie. Brak tego typu tekstów może nieco zdziwić. Utwór jest o plemieniu Mulambo, które bierze udział w rewolucji, jest gotowe do walki o Brazylię.

Ocena: 9/10

6. "Son Song" 
Trzeci singiel albumu. Szczerze Wam powiem jeden z najdziwniejszych utworów Soulfly jakie słyszałem, za chwilę się przekonacie dlaczego. W utworze wziął udział Sean Lennon (!), syn Johna Lennona z Beatlesów. Rozpoczyna odliczaniem, następnie jest lekko chaotyczny ale wpadający w ucho riff (przy trzecim przesłuchaniu). Następnie jest refren który został zaśpiewany przez Seana jakby wypalił pół tony zioła. Pomimo tego dziwnego refrenu czuć lekki powiew ostrości. Jednak ten jest dopiero wyczuwalny w zwrotce. Jest całkiem nieźle zaśpiewana, chociaż jest równie chaotyczna jak riff. No cóż, niby jakoś do wszystkiego się przyzwyczaiłem (póki co). A tu, kolejne zaskoczenie! W drugim refrenie głos Seana jest jeszcze dziwniejszy, brzmi jakby wypalił TONĘ zioła! Utwór jest o najtrudniejszym okresie w życiu Maxa Cavalery - śmierć Dany, i odejście z Sepultury. Chciał on zakończyć muzyczną karierę, jednak postanowił się zaprzeć i działać dalej.

Ocena: 7,5/10

7. "Boom"
Od początku utwór przypomina trochę "Son Song" zmieszane z "Mulambo". Z tą różnicą, że ten utwór jest ostrzejszy, i nie wbija w uszy gwoździ w postaci głosu Seana. Utwór jest powolny, lecz jednocześnie ostry. Został dobrze zagrany, zawiera dobrą kompozycję, często zmienia swój styl. Wokal Maxa jest bardzo dobrze dopasowany do brzmienia. Jest parę zwrotów akcji, czasem potrafiących diametralnie zmienić brzmienie utworu; niby przez cały czas jest ta sama prędkość, jednak czasem zmienia się nastrój: od takiego żywego, marszowego po mroczny. Utwór jest o tym samym co "Back To The Primitive" oraz "Jumpdafuckup", mianowicie o polityce szkodzącej człowiekowi. Pomimo tego że zwykły obywatel siedzi cicho, wie co się święci.

Ocena: 8,75/10

8. "Terrorist"
W piosence wystąpił Tom Araya ze Slayera (!). Energiczny riff w połączeniu z tym wokalem tworzy dosyć dobrą piosenkę. Riff na początku wydaje się być klimatyczny, brzmi naprawdę dobrze. Jednak ma wadę - nie zmienia się praktycznie w ogóle, przez co utwór po paru przesłuchaniach zaczyna się nudzić; to samo ze zwrotami akcji. Pomimo tego, jestem w stanie pochwalić wokalistów - bardzo dobrze zaśpiewali, widać duże zgranie pomiędzy byłym wokalistą Sepultury, a Slayerem. Ciekawostka – w piosence znajduje się jedna zwrotka z piosenki "Criminally Insane" Slayera oraz "Inner Self" Sepultury. Utwór jest o muzyce jako formie dopingu. W tym przypadku utwór ma nas zachęcić do walki o swoje. Czy chodzi o wojnę, czy coś zupełnie innego.

Ocena: 7,75/10


9. "The Prophet" 
Utwór rozpoczyna się dosyć spokojnie, wydaje się że nie będzie fajerwerków, jednak jest coś innego w porównaniu do pozostałych utworów z tego albumu. Słychać lekką zmianę stylu, w tym momencie album Primitive zaczął jakby zmierzać w przyszłość. Utwór zawiera więcej folkloru, brzmi jakby został zagrany przez jakieś plemię. Utwór przypomina mi trochę "Anger" grupy Ektomorf - podobny, prymitywny riff, podobny wokal, ogólnie duże podobieństwo. Riff jest średni, jednak po raz kolejny mamy do czynienia z dobrym tekstem, co mnie w przypadku tego albumu cieszy. Utwór jest o proroku który ma zapowiedzieć rewolucję. Tym prorokiem jest ucisk. Szczerze powiem słyszałem wiele utworów Soulfly o proroctwach, i innych tego typu, ale ten jest zdecydowanie najlepszy pod względem tekstowym.

Ocena: 7/10

10. "Soulfly II" 
Jest to sequel utworu "Soulfly" z pierwszego albumu. Nie przepadam zbytnio za takimi instrumentalami, więc wypowiadać się zbytnio nie będę.

Ocena: 6/10

11. "In Memory Of..."
O nie... Tego utworu najbardziej się obawiałem: "In Memory Of...". Jest to zmieszanie folkloru z RAPEM, oraz rockiem. Szczerze powiedziawszy niektórych fanów mógł on przerazić, z tego względu iż Max mógł zapowiedzieć nim karierę raperską (boże...). Riff jest słyszany jedynie w refrenie, i nie jest on odkrywczy. O wokalu już nic nie zamierzam nawet mówić, ja pierdole. Tak nisko upaść... Ech. Jest to trzeci utwór poświęcony pasierbowi Maxa - Danie. Max wyrapował: "nikt nie może być dyskryminowany gdy jest sobą". Zapewne chodziło mu o to, że Dana zginął, gdyż był inny. Nawiasem mówiąc: Wyrapował - brzmi naprawdę beznadziejnie dla legendy brazylijskiego metalu.

Ocena: 0/10

12. "Flyhigh"
To dla odmiany jest bardzo dobry utwór. Utwór bardzo przypomina "Pain". W utworze wystąpiła Asha Rabouin, brazylijska wokalistka. Od razu na początku bardzo rzuca się to podobieństwo, riff jest bardzo podobny, tylko taki trochę czystszy. Tak samo jak "Pain" utwór jest również żywy. Słyszymy też dobrze dopasowany wokal. Refren jest bardzo zaskakujący - wokalistka ładnie go zaśpiewała, wprowadziła taki dobry nastrój do tego albumu, po tym GÓWNIE które mieliśmy okazję słyszeć na jedenastej ścieżce. Pozwala nam się otrząsnąć przy przerażających doznaniach związanymi z "In Memory Of...". Tekst mówi o wewnętrznym strachu i pokonywaniu go.

Ocena: 8,5/10

Podsumowując, Primitive z pewnością jest ważnym albumem dla Maxa Cavalery - wielu fanów uważa ten album za najlepszy z repertuaru Soulfly, jednak niestety, nie jest idealny. Znalazłem w nim wady, jednak tutaj chodzi głównie o wady gatunkowe. Wszystkie zawiera utwór "In Memory Of..." - dzięki Max. Po cholerę umieszczać coś takiego do albumu który mógł mieć naprawdę wysoką jakość? <pytanie retoryczne> Pomimo tego większość utworów jest zdatna do słuchania, nawet te nieco przyćpane "Son Song". Kompozycje i teksty są bardzo dobrej jakości, w szczególności teksty. Nowy gitarzysta bardzo dobrze dopasował się do stylu gry grupy, nadając jej takiej atmosfery jaka była na Roots, tylko nieco rozrzedzona. Pomimo pewnych wad, album jest godny polecenia.

Okładka: 8/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 8,5/10

Ocena ogólna: 8,25/10

Zalety:
- Dobra okładka
- Bardzo dobre teksty
- Dobre kompozycje
- Szczerość
- Skojarzenie z Sepulturą z czasów Roots
- Folklor wylewający się z głośników
- Pierwszoligowi goście

Wady:
- Niektóre utwory brzmią dziwnie
- "In Memory Of..."

Album do przesłuchania

Ektomorf - Kalyi Jag



Album Kalyi Jag (czarny ogień) został wydany pod koniec 2000 roku nakładem Rise Up Records (międzynarodowa wersja), Nephilim Records (węgierska), i Nuclear Blast (bonusowa). Po dobrze przyjętym demie z 1998 roku Ektomorf postanowił wydać album który zostanie dostrzeżony za granicą, który będzie brzmiał zupełnie inaczej niż dwa poprzednie. Od 2000 roku Ektomorf zaczął pisać teksty w języku angielskim; Węgrzy nie zapomnieli jednak o swoich rodakach, więc Kalyi Jag został wydany w dwóch wersjach: międzynarodowej i węgierskiej. Tak naprawdę album został zauważony tylko przez fanów Soulfly i Sepultury, ze względu na duże podobieństwo do tych grup. Jedni przygarnęli nowego "członka" grającego metal plemienny, inni odrzucili nazywając go "plagiatem". Ponieważ krążek został nagrany w wersji węgierskiej i międzynarodowej otrzyma dwie oceny za tekst.

Okładka przedstawia... oko. Oko Zoltana Farkasa. Bez żadnych fajerwerków, samo oko, czaicie bazę?! Tak naprawdę nie doszukałem się tam tego tytułowego "czarnego ognia". Nie wiem czemu na okładce widnieje oko wokalisty, oraz nie wiem kto wpadł na taki porąbany pomysł.

1. "Son Of The Fire", "A Tuz Gyermeke"
Utwór rozpoczyna dźwięk trzaskającego ogniska (moja mama jak to usłyszała nazwała to "sikaniem w krzaki"). Ma się wrażenie że zaraz zza tego niepozornego ogniska wyskoczy coś naprawdę dobrego. Po chwili słychać bardzo niepozorną gitarę. Po chwili zaczyna się cała akcja - tak naprawdę brzmi to naprawdę dobrze, słychać że jest ostro, utwór trzyma w napięciu, cały czas ma się ochotę tego słuchać. Problem w tym że słychać brzmieniowe podobieństwo między tym albumem a poprzednim recenzowanym. Brzmi jak "Back To The Primitive" Soulfly w połączeniu ze "Spectrum" nowej Sepultury z albumu Kairos. No cóż, w węgierskiej wersji słychać że tekst jest dobrze dopasowany do kompozycji, pomimo że wciąż mamy pojedyncze zwroty w stylu "jestem synem ognia". W wersji międzynarodowej jest podobnie, tyle że tekst jest trochę gorzej dopasowany do kompozycji, jednak szczerze powiem słyszałem gorsze połączenia. Słychać że utwór ma jeszcze dużo elementów znanych z poprzedniego albumu, na przykład ta niepokojąca praca gitary miejscami. Utwór jest o człowieku którego plemię zostało zniszczone, i mianuje się "synem ognia".

Ocena: 8/10

2. "Sunto Del Mulo"
Utwór rozpoczyna się bardzo spokojnie. Słychać taki spokojny, trybialny wokal Zoltana Farkasa, jakby śpiewał jakąś pieśń pogrzebową w jakimś plemieniu. Po chwili jednak się rozkręca; słychać spokojną gitarę, następnie utwór już w ogóle staje się ostrzejszy. Jest żywy, zmusza do kołysania się na krześle. Pomimo tego że nic z tego utworu nie rozumiem, tekst wydaje się być dobrze dopasowany do kompozycji, która z pewnością jest najlepszą stroną tego utworu. W utworze można znaleźć parę zmian nastroju, raz staje się ostrzejszy, dla tych którzy nie obcowali z tym gatunkiem może być trudno się przyzwyczaić do tego utworu. Dla mnie jednak przyjemnie się tego słucha. Wszystko kończy świetny, rasowy breakdown. Wiem że skądś znam tego typu kompozycje, ale nie jestem w stanie stwierdzić z czego. Z trudem doszedłem o czym jest ten tekst, mam wrażenie że jest on o człowieku którego zapał do działania został zgaszony przez innych ludzi.

Ocena: 8,75/10

3. "Freely", "Szabadon"
No, nadszedł czas na dłuuuugie intro do tego tytułu. Na początku byłem nastawiony do tego wszystkiego sceptycznie, dopóki nie usłyszałem kompozycji. Riff wydaje się być z lekka prymitywny, jednak słucha mi się tego naprawdę dobrze, przypomina mi trochę hybrydę albumów Dark Ages Soulfly z Roorbackiem nowej Sepultury (z naciskiem na Dark Ages). Tekst wydaje się być dopasowany do kompozycji, mówię to w obu przypadkach. Świetny utwór, który na początku zmęczył mnie swoim cholernym intrem, jednak nie zrażajcie się, warto posłuchać :) Utwór jest o człowieku który jest zniewolony, i marzy o wolności.

Ocena: 9/10

4. "Romungro"
To co jest najdziwniejsze w tym utworze to to, że został w połowie wykonany po węgiersku, w połowie po angielsku (dotyczy wersji międzynarodowej. W wersji węgierskiej... wiecie. Od początku mamy do czynienia z dobrym riffem, utwór nadaje jednostajne tempo które powoduje że chce się tego słuchać. Szczerze powiem wolę ten utwór w wersji po angielsku, tekst wydaje się być lepiej rozłożony, wszystko rozumiem. Tak naprawdę gdy słuchałem tego breakdown'u pod koniec miałem wrażenie że tekst w nim jest po niemiecku. Tak naprawdę to on dopełnia tylko utwór, przez co dodaje mu klimatu. Kawałek jest o rasie do której przynależy wokalista Zoltan Farkas. Chodzi o Romungrów (Romo-Węgrzy). Opisywana jest w nim nienawiść innych ludzi do tej grupy.

Ocena: 9/10

5. "For You" , "Neked"
Tak naprawdę na początku nie brzmi on aż tak źle. Kompozycja może i nie jest zła, ale zraża mnie tekst po angielsku. W ojczystym języku grupy ten utwór brzmi nawet nieźle. Dopiero później utwór staje się bardzo nijaki, gwarantuję że szybko się znudzi. Tak naprawdę to nie wiadomo o czym jest ten utwór. Jest on dosyć niejednoznaczny, i nie wiadomo do kogo Zoltan kieruje słowa "dla ciebie". Możliwe że do kobiety (można stwierdzić po słowach "Jesteś moją krwią, jesteś moją duszą, jesteś cierpieniem, jesteś tą jedyną której szukałem"), lub do wroga ("Boję się ciebie, boję się siebie samego").

Ocena: 6/10

6. "For The Last Time" , "Utoljara"
Utwór rozpoczyna się dosyć spokojnie, jednak buduje napięcie do dalszej części utworu. Mam wrażenie że to nie było konieczne, gdyż przez większość utworu ten jest dosyć spokojny w porównaniu do poprzednich, cały czas ma się wrażenie jakby ten utwór dawał solidną dawką mroku, jaką znamy z albumów Retribution lub Redemption tego samego wykonawcy. Lubię se go od czasu do czasu posłuchać, ze względu na nie najgorszą kompozycję, oraz dopasowany do niej tekst (w obu wersjach). Parę jest tutaj fajnych momentów, na przykład ten długi breakdown pod koniec cieszący ucho. Trwa dosyć długo, ale nie przynudza. Następnie moment nieoczekiwany, mianowicie spokojny ukryty utworek zagrany na gitarze akustycznej, zawarty w tej romskiej atmosferze - "Avilem". Utwór jest o człowieku który stracił wiarę w siebie widząc świat wokół siebie.

Ocena: 8,75/10

7. "Always Believe In Yourself"
Utwór nieco mnie zaskoczył, mianowicie jest znacznie cichszy od pozostałych. Brzmi jakby został żywcem wyjęty z poprzedniego albumu, mamy nawet ten styl jaki był w utworze "Fereg"; słyszymy ostrą groove metalową napierdalanine (na thrash metal jest za lekkie). Pomimo tego że jest taki cichy, całkiem przyjemnie się go słucha. Ma parę zwrotów akcji, dobry tekst i kompozycję do niego dopasowaną. Wydaje się jakby Ektomorf pokazał nam, że istnieje coś jeszcze poza albumem "Kalyi Jag". W utworze zawarte jest jasne przesłanie: "zawsze wierz w siebie, nigdy się nie poddawaj".

Ocena: 8,25/10

8. "Open Up Your Eyes" , "Nyisd Ki A Szemed"
Utwór rozpoczyna się bardzo spokojnie, kojarzy mi się nieco z Beatlesami (fani mnie zabiją za takie gadanie). Po chwili utwór jednak staje się ostrzejszy, przypomina połączenie "Magamert" oraz "Egyedul" z poprzedniego albumu Ektomorfa. Tak samo jak w "Egyedul" słychać taki lament, w połączeniu ze smutnym, deszczowym nastrojem, nadaje takiego z lekka żałobnego klimatu dla utworu. Słychać że świetna kompozycja i dobry tekst są ze sobą połączone. Z pewnością atmosfera tego utworu jest w stanie przyciągnąć na dłużej, zdecydowanie polecam. Utwór jest o człowieku wiecznie targanym strachem. Pewnego dnia ma tego dosyć.

Ocena: 9,25/10

9. "Save My Soul" , "Mentsd Meg A Lelkem"
Słychać że ten utwór będzie czymś szybkim. Słyszymy riff zagrany w nieco punkowym stylu. Potem jest wokal, nie najgorzej dopasowany. Szczerze powiedziawszy wolę utwór w wersji angielskiej, ze względu na lepsze dopasowanie poszczególnych zwrotów. Na utworze da się zatrzymać na nieco dłużej, jednak po pewnym czasie może się znudzić. Dla bliżej obeznanych z punkiem zdecydowanie będzie to najlepszy utwór jak na razie. Utwór jest o człowieku który cierpi z bliżej nieokreślonego powodu. W każdym razie wiemy, że to cierpienie jest tak silne, że wymaga pomocy.

Ocena: 8/10

10. "The Way I Do" , "Ugy Ahogy En"
Utwór wydaje mi się być klonem utworów "Freely" oraz "Sunto Del Mulo". Tak naprawdę ten utwór jakoś do mnie nie przemawia. Mamy z lekka prymitywną kompozycję, chociaż dopasowany do niej wokal. Nie do końca przemawia też do mnie komputerowa obróbka głosu Zoltana w niektórych miejscach. To co z pewnością zasługuje na pochwałę znajduje się w refrenie, niektórzy też docenią żywość tego utworu. Pomimo tego dosyć szybko on się nudzi. Pod koniec słyszymy ten sam pozytywny akcent jak w utworze "For The Last Time", mianowicie ukryty utwór nazwany "Sirok Apam Sirok". Utwór jest krytyką ludzi którzy uważają się za prawdziwych przyjaciół, jednak jak przychodzi co do czego, w niczym nie pomogą.

Ocena: 7/10

11. "Brothersong" , "Testverdal"
Nadszedł czas na mojego faworyta - "Brothersong". W porównaniu do innych utworów jest nieco wolniejszy, jednak brzmi znacznie nowocześniej. W porównaniu do poprzednich utworów brzmi oryginalnie, kolejne z lekka punkowe brzmienie. Słychać że kawałek jest żywszy od poprzednich, ma świetną kompozycję, tekst też ma nie najgorszy, jednak niedopasowany do kompozycji, i tak naprawdę w przypadku wersji węgierskiej i międzynarodowej jest to wada. Pomimo tej wady utwór zdecydowanie mnie zachwycił, praktycznie się nie nudzi, w szczególności w czasie gdy utwór przyspiesza. Kawałek jest zwrotem do fanów grupy, niezależnie od tego jakiej jest rasy, najważniejsze jest to że jest fanem, może symbolizować pojednanie. Aż dziwię się że grupa nie gra tego na koncertach.

Ocena: 9,5/10

12. "Fly"
Utwór instrumentalny, zagrany na gitarze akustycznej. Tak jak w przypadku ukrytych utworów "Avilem" oraz "Sirok Apam Sirok" ma takie brzmienie jakby został zagrany przy ognisku podczas pieczenia kiełbasek. Brzmi bardzo dobrze, pomimo tego że nie jest to metal, na rozluźnienie po ostrej jeździe w poprzednim utworze idealnie się nadaje.

Ocena: 8,75/10

13. "Don't Need" , "Nem Kell"
Tak naprawdę utwór jest klonem utworu "The Way I Do", tyle że z nieco zmodyfikowaną kompozycją, i innym tekstem. Nie widzę większych różnic, jednak tego numeru słucha mi się naprawdę dobrze, brzmi jakby został wyjęty z poprzedniego albumu. Kompozycje ma naprawdę dobrą, tekst z kolei jest średni. Tak naprawdę znacznie lepiej brzmi w wersji międzynarodowej. Pomimo tego spadku poziomu tekstów, da się przy tym zatrzymać na nieco dłużej. Utwór jest o tym, czego z podstaw nie potrzebuje wolny człowiek.

Ocena: 8,5/10

14. "Kalyi Jag"
Utwór zaczyna się całkiem przyzwoitym intrem, budującym napięcie, następnie mamy takie lekkie "what the fuck", mianowicie słyszymy utwór który brzmi jak punk. Wokal jest bardzo melodyjny, chociaż nie słucha się go przyjemnie. Głos Zoltana brzmi jakby się nawalił, rzucił butelką w ognisko, pobiegł do lasu i zaczął drzeć mordę śpiewając ten utwór. Możliwe że tak było :) Potem dostał inspiracji i zaśpiewał to w studiu nagraniowym. Tak naprawdę jedyne co tutaj zasługuje na uwagę to tylko nawet niezła, żywa kompozycja. Pomimo tego jestem w stanie zatrzymać się na dłużej, zwłaszcza że utwór pasuje na przedostatni numer. Tekstu utworu nie znalazłem.

Ocena: 7,5/10

15. "Forgotten Fire" , "Elfelejett Tuzek"
Ostatni utwór na płycie, można go nazwać końcówką poprzedniego utworu. Zapewne najspokojniejszy z całej płyty, i najprostszy do zagrania. Jest w nim zawarty taki z lekka mroczny nastrój, fajnie się go słucha w deszczowy wieczór. Bardzo przyjemna atmosfera, warta polubienia, tak samo jak ten utwór. Szczerze powiem jedno z najlepszych zakończeń albumu jakie słyszałem, utwór wręcz idealny na zakończenie, świetny w swej prostocie.

Ocena: 9,25/10

Jak chcesz rozpocząć przygodę z Ektomorfem, a następnie go dodać do drugiej ulubionej grupy muzycznej (obok Soulfly lub starej Sepultury), to polecam rozpocząć od Kalyi Jag. Ogólnie mówiąc album nie miał zbyt wielu przynudzających momentów, większość utworów słuchało mi się z przyjemnością. Kompozycje są na dobrym poziomie, tekstów nie da się jednoznacznie ocenić. W wersji międzynarodowej teksty są dobre, ale niektóre z nich są źle dopasowane do utworów. Z kolei w wersji węgierskiej, brzmią one bardziej zwięźle, są lepiej poukładane... ale zdarzały się też smaczki w których teksty z wersji węgierskiej były gorsze od tych z międzynarodowej. Atmosfera niepokoju w niektórych częściach albumu jest w stanie urzec, podobnie z tymi żywszymi momentami, oraz z utworami zagranymi na gitarze akustycznej. Polecam dla każdego kto lubi ten rodzaj muzyki, Kalyi Jag jest wyśmienitym kąskiem dla kogoś kto lubi łączenie folkloru z metalem.

Okładka: 3/10
Teksty: US: 8/10 , H: 8,25/10
Kompozycje: 8/10

Ogólna ocena: 7,75/10

Zalety:
- Dobre teksty
- Dobre kompozycje
- Świetne utwory instrumentalne
- Ciekawe zmiany nastrojów (od bardzo żywych utworów, po smutne)
- Brak nudy
- Ciekawe ukryte utwory w dwóch innych
- Bardzo dobra końcówka

Wady:
- Kiepska okładka
- Teksty w wersji międzynarodowej są z lekka niedopasowane do kompozycji
- Dziwny wokal w 14-stym utworze

Album do przesłuchania

Na początku chciałem dla albumu Primitive dać ocenę 8,25/10, jednak uznałem że jest to za mało, toteż on wygrywa. Tak naprawdę oba albumy miały dobre kompozycje, dobre teksty, Primitive wydał mi się bardziej dopracowany. Pomimo tego dla Ektomorfa też należą się gratulacje; formuła wypracowana w poprzednim albumie jest jeszcze lepsza niż wcześniej, i nieco bardziej oryginalna. I kurna, co mnie jeszcze tutaj dziwi - dwa dziwne smaczki: "In Memory Of..." na albumie Primitive, oraz "Kalyi Jag" na albumie o tym samym tytule.

Obserwuj nas!