Wyszukaj

31 lipca 2014

Konfrontacja: Black Flag - Damaged vs Circle Jerks - Wonderful (Lato z Hardcore Punk 2014)


Witam w kolejnej konfrontacji związanej z Latem z Hardcore Punk 2014. W tym miesiącu zrecenzowałem już Suicidal Tendencies, które co nieco nowego brzmienia wniosło do hardcore'u, mieliśmy Terror i Hatebreed, które są dzisiaj jednymi z najważniejszych grup hardcore'owych XXI wieku (co z tego że Terror słabo oceniłem). Mieliśmy też Misfits, które przeżywało pewien kryzys w czasie gdy w grupie był jeszcze Danzig. Teraz jednak nieco zapoznamy się z albumami które są tym dla hardcore'u, czym dla nas jest wynalezienie żarówki. Oto przed wami: Black Flag - Damaged i Circle Jerks - Wonderful

Black Flag - Damaged



Album Damaged jest pierwszym krążkiem grupy Black Flag. Został wydany 5 grudnia 1981 roku, przez wytwórnię SST Records. Damaged jest uważany za jeden z pierwszych albumów z gatunku hardcore punk. Po prostu podniesiono punk do ekstremum - szybkie, agresywne utwory, trwające mniej niż 2 minuty. Początkowo Black Flag nazywało się "Panic", i grało bez basisty. Album dostał się na 340 miejsce w rankingu "Top 500 najlepszych albumów heavy metalowych wsze czasów według magazynu Rolling Stone. Przy okazji zyskiwał wysokie noty.

Okładka przedstawia ówczesnego wokalistę grupy, Henry'ego Rollins'a uderzającego pięścią w lustro. Zdjęcie zrobił Ed Colver, fotograf do okładek muzycznych z gatunku punk. Tak naprawdę wszystko zostało dobrze sfingowane, to nie Rollins rozbił lustro pięścią. Wybito je przy pomocy młotka, a ta "krew" na palcu, jest tak naprawdę mieszanką kawy i czerwonego atramentu. Jak dla mnie okładka wygląda całkiem nieźle - pokazuje że album jest naprawdę stary, i ma za sobą kawałek historii. Można to wywnioskować głównie po jakości zdjęcia. Jest ona tak słaba, że aż dobra. :P

1. "Rise Above"
Album rozpoczyna się dosyć spokojnie, aczkolwiek już od początku budowane jest napięcie, przy pomocy riffu. Jak dla mnie brzmi to naprawdę dobrze. Po chwili rozpoczyna się zwrotka. Brzmi nieźle, ale słychać że grupa dopiero zaczynała swą działalność, i zatrudniła kiepskiego producenta (pewnie nakazał wokaliście nie robić przerw pomiędzy nagraniami wokalu). W późniejszych albumach Black Flag słychać że Henry Rollins ma całkiem niezły wokal, tutaj jednak nie chce mi się go słuchać. W każdym razie lepiej to zaśpiewał niż Derrick Green z nowej Sepultury. Pomimo kiepskiego wokalu podoba mi się tutaj sama kompozycja -wesoła, przebojowa, przyjemna w słuchaniu. Podobnie zresztą chórki w czasie zwrotki. Utwór jest o buncie obywateli pewnego kraju przeciwko politykom.

Ocena: 8,25/10

2. "Spray Paint (The Walls)"
Początek - od razu przebojowość. Słychać że kawałek brzmi jakby został napisany przez Keitha Morrisa (dawnego wokalistę grupy występującego obecnie w Circle Jerks). Żywa, szybka kompozycja, z bardzo przyjemnym oddźwiękiem. Nawet wokal brzmi tutaj bardzo fajnie. I tutaj ujawnia nam się bardziej współczesne oblicze hardcore'u - utwór trwa tylko pół minuty. Szkoda że jest taki krótki, fajniej by się go słuchało. Utwór jest o człowieku, który cieszy się z bycia wolnym. Z tego powodu chce spełnić swoje marzenia (np. malowanie ścian sprayem).

Ocena: 7,75/10

3. "Six Pack"
Przyszedł czas na jeden z bardziej znanych kawałków Black Flag - "Six Pack". Rozpoczyna się spokojnym pogrywaniem na gitarze. Kawałek przez chwilę buduje napięcie, bardzo skutecznie. Przez chwilę brzmi przyjemnie, następnie wystrzela. Najlepszy tutaj zdecydowanie jest refren, chociaż nieidealny. Zdecydowanie bardziej wolałem wersję Cavalera Conspiracy, szkoda tylko że była w kiepskiej jakości. Pomimo tego te "Six Pack" również jest obiecujące. Utwór jest o... piciu piwa, a konkretnie sześciopaka. Wokalista w utworze porównuje piwo do całego świata, uważa że jest ważniejszy niż wszystko.

Ocena: 8/10

4. "What I See"
Przez chwilę słyszymy w miarę spokojne, aczkolwiek budujące napięcie brzdąkanie. Następnie przeradza się w szybszy, aczkolwiek trochę bezsensownie brzmiący utwór. W każdym razie znowu słychać te pozostałości po Keithu Morrisie. Kawałek nie jest tak dobry jak poprzednie, jest dosyć nudny, nic się w nim porządnego nie dzieje. Teraz jedyną zaletą jest wokal. Utwór jest o człowieku który próbuje znaleźć w sobie siłę, by rozwiązać pewien ciężki problem.

Ocena: 6,5/10

5. "TV Party"
Kawałek rozpoczyna się spokojnym brzdąkaniem, i wstępem składającym się ze słów "TV Party tonight!". Ogólnie utwór ma wesołą, przebojową atmosferę, i brzmi jak zmieszane Black Sabbath z Twistem. Trochę kojarzy mi się też z Misfits, głównie za sprawą tych chórków, chociaż brzmi znacznie lepiej. Co do samego wokalu Rollins'a da się przyzwyczaić - do tego kawałka bardzo pasuje. Przyjemnie się go słucha, jak na razie jeden z lepszych kawałków na płycie. Utwór jest o temacie wziętego z życia: impreza przed telewizorem. Henry opisuje w utworze spotkania z kolegami przy piwie i telewizji. Stąd najprawdopodobniej ta wesoła, ogniskowa atmosfera.

Ocena: 9/10

6. "Thirsty And Miserable"
Thirsty And Miserable jest pierwszym utworem jaki poznałem z Black Flag. Z początku słyszymy średni riff, potem kawałek rozpoczyna się szybko i przebojowo. Szczerze mówiąc na tle pozostałych utworów wypada naprawdę ciekawie. Wesoła atmosfera, żywiołowość, agresja, ogólnie mówiąc bardzo dobry materiał na przebój. Chociaż w porównaniu do "TV Party" wypada dosyć słabo. Z tego co wiem to "Thirsty And Miserable" jest bardzo dobrym materiałem na cover. Jeden zrobił Lemmy, a drugi Hatebreed. Nie chcę obrażać fanów Motorhead, ale cover stworzony przez Lemmy'ego był naprawdę CHUJOWY. Wprawdzie był bardzo podobny do oryginału, jednak wkurzał mnie wokal. Zdecydowanie Lemmy powinien śpiewać utwory napisane przez siebie, niżeli robić cover czegoś, do czego potrzebna jest ogromna dawka energii i dynamizmu. Wiem że miał być okaz szacunku dla Black Flag, jednak znacznie bardziej wolę cover Hatebreed - nowoczesny, agresywny, energiczny oraz dający ostrego kopa. Mowa - był tak dobry, że utwór stał się drugim singlem do albumu For The Lions. Przypominał trochę "Fuel" Metalliki, i zdecydowanie polecam się z nim zapoznać. Ponieważ my nie oceniamy albumów kompilacyjnych, wszystkie trzy utwory ocenię teraz. "Thirsty And Miserable" jest o życiu alkoholika. Henry/Lemmy/Jamey ukazali w utworze co czuje taki alkoholik, opisują w nim brak sensu życia bez butelki wódki.

Ocena:
- 8,25/10 (Black Flag)
- 4/10 (Lemmy Kilmister)
- 9/10 (Hatebreed)

7. "Police Story"
Kawałek rozpoczyna się dziwnym piskiem - następnie przypomina nieco połączenie "Thirsty And Miserable" ze "Spray Paint". Kawałek jest bardzo przebojowy, i jednocześnie chaotyczny. Raczej do mnie nie trafia. Cóż, widać że jest to esencja hardcore'u, jednak jak dla mnie wydaje się delikatną przesadą. Kawałek przez cały czas ma tą samą prędkość, riff, żadnych zwrotów akcji (no, może poza końcową gitarą rytmiczną). Utwór jest o brutalności policji w Ameryce, oraz nadużywaniu władzy.

Ocena: 6,75/10

8. "Gimmie Gimmie Gimmie"
Trochę dziwny tytuł, chociaż wydaje mi się że będę wiedział o czym jest kawałek - może o sępach, którzy zawsze czegoś chcą? Od razu słyszymy słowa "Gimmie Gimmie Gimmie", następnie riff w stylu "Thirsty And Miserable. Kawałek jest jednak wolniejszy, i bardziej monotonny. Zresztą, to akurat gwarantuje perkusja. Dopiero gdy przyspiesza da się go jakoś słuchać - w czasie zwrotki brzmi to raczej jak loop do którego podłożono różne słowa. Co do wokalu, to raczej już dawno przestałem zwracać na niego uwagę - ogólnie mówiąc Henry jest dobrym wokalistą, i nie wkurwia swoim wokalem. Chociaż widać że nie robił często przerw pomiędzy nagrywaniem wokali. Patrząc na tekst wydaje mi się że pomyliłem się z tematyką - utwór jest o człowieku, który ma myśli samobójcze. Chciałby się zastrzelić, jednak gdy ktoś go odwodzi od tego pomysłu, on się pyta "daj mi więcej...", jakby pytał o powody dlaczego nie powinien tego robić.

Ocena: 7/10

9. "Depression"
Kawałek rozpoczyna się mocnym burczeniem i piskiem, przypominającym nieco gitarę z zespołu Anal Cunt, przy okazji dodając nieco niepokoju. Następnie rozpoczyna się - szybka muzyka nieco w stylu Circle Jerks. Agresywny wokal, agresja, przebojowość, oraz typowy hardcore. Słyszymy dobry riff, trochę zagłuszany przez wokal, który również brzmi nieźle. Jednak tutaj najlepiej brzmi perkusja. W każdym razie jest lepszy od większości utworów jakie miałem okazję dzisiaj przesłuchać, jednak nie jest lepszy od najlepszych: "TV Party" oraz "Thirsty And Miserable". Utwór jest o mężczyźnie który popadł w depresję, spowodowaną samotnością. W tym momencie rozważa samobójstwo. Uważa że i tak nikogo to nie zainteresuje.

Ocena: 8/10

10. "Room 13"
Wydaje mi się że ten kawałek będzie lepszy. Zapoznałem się wcześniej z coverem stworzonym przez Corey'a Taylor'a ze Slipknota. Pamiętam że tamta wersja bardzo mi się spodobała, zobaczymy jak będzie w tym przypadku. Ogólnie mówiąc nie różni się zbytnio od coveru Corey'a - brzmi równie dobrze. Wokal Henry'ego brzmi tutaj ciekawie - w ogóle nie jest przesterowany (czyściutki), swoją drogą w tym przypadku jestem w stanie zrozumieć te długie sesje nagraniowe. Można powiedzieć że wokalista zasymulował tutaj przemęczenie, niechęć do życia, błaganie... Naprawdę ciekawie to brzmi. Chociaż słyszymy średni riff, dziwną atmosferę... ogólnie kawałek brzmi trochę jak loop; w kółko słyszymy ten sam riff. Utwór jest o osobie która ma jeden, bardzo poważny problem. Nie ma się do kogo zwrócić, więc przychodzi do jedynej osoby, która chce mu pomóc. Główny bohater jednak nie do końca wierzy że ktoś chce mu pomóc, więc błaga przyjaciela, by ten go nie opuścił w trudnej sytuacji.

Ocena: 8,5/10

11. "Damaged II"
Przyjemny dla ucha, oldschool'owy początek - słysząc riff w czasie zwrotki skojarzył mi się z pewnym utworem, którego nie pamiętam. Z kolei w czasie refrenu przypomina mi trochę "My War" tej samej grupy z albumu o tytule My War. Rzuca się tutaj w ucho przebojowa kompozycja, pewnego rodzaju zróżnicowanie, oraz agresja. Przyjemnie się tego słucha. Chociaż dziwi mnie trochę tytuł tego utworu - Widzę że gdzieś pod koniec jest utwór o nazwie "Damaged I". Właściwie to czemu "Damaged II" jest przed "Damaged I"? Nie wiem, albo to jest celowe działanie, albo pomyłka w czasie wydawania albumu. Utwór jest o człowieku który był szczerze i mocno zakochany w dziewczynie, która go porzuciła. Osoba ta nie wie co ma ze sobą zrobić: z jednej strony chce popełnić samobójstwo, z drugiej jednak nie wie czy jest to jedyne wyjście.

Ocena: 9/10

12. "No More"
Początek - spokojne brzdąkanie, dodające mrocznego nastroju do utworu. Po chwili nieco przyspiesza, budując skutecznie napięcie. Nie mogę się doczekać co będzie dalej! Wydaje mi się że będzie to coś szybkiego. Po chwili utwór brzmi trochę jak parowóz. I nagle wybucha: przypomina nieco połączenie utworów w stylu Circle Jerks z "Rise Above". Utwór kipi agresją. Jednocześnie jest bardzo przebojowy. Wraz z intrem kawałek trwa dwie i pół minuty, bez intra może z półtorej minuty... w każdym razie kawałek był zdecydowanie za krótki; z takim intrem? Utwór jest o człowieku, który nie ma własnego zdania, i nie potrafi załatwić swoich spraw. Z tego powodu jest wciąż kontrolowany. Wścieka się sam na siebie, i wspomina czasy gdy był młody (wówczas wiedział co to znaczy opór i dążenie do celu).

Ocena: 8,25/10

13. "Padded Cell"
Kawałek z początku przypominał trochę zmieszane "Wings Of Feather And Wax" grupy Killer Be Killed i "Rise Above". Następnie słyszymy dobry riff, żywiołowość, agresję, oraz iście hardcore'ową atmosferę. Słychać przy okazji elementy oldschool'u. Bardzo dobre wrażenie robią tutaj przebojowość idealna na koncerty, oraz dopasowany wokal (o dziwo). Najbardziej zapadł mi w pamięć refren, w którym jest wykrzyczane słowo: "Maniac!". Całkiem ciekawie brzmi, tak oldschool'owo. Jak dla mnie jak na razie najciekawszy utwór z płyty. Czasem sprawdza się ta taktyka "zbyt krótkie przerwy w czasie nagrań wokalu". Utwór jest o życiu na Ziemi jako uporczywym. Wokalista porównuje naszą planetę do więzienia, które jest kontrolowane przez złych ludzi. Wszystkich uważa za wariatów, zaś samą planetę określa mianem "fałszywego raju".

Ocena: 9/10

14. "Life Of Pain"
Początek, i od razu mam pewne skojarzenia z Black Sabbath. W każdym razie, słyszymy bardzo klimatyczny początek, nawet dobry - skutecznie buduje napięcie. Następnie słyszymy dobry, punkowy riff, oraz agresywny wokal. Wszystko emanuje agresją, przebojowością i ciekawą atmosferą, trochę jak na tych starych punkowych koncertach. Jedyną wadą utworu jest to, że cała akcja dzieje się dosyć krótko. Pomimo tego, intro i outro brzmią całkiem ciekawie. Chociaż jak dla mnie jest krótko. Utwór jest skierowany do dziewczyny, która porzuciła byłego mężczyznę (głównego bohatera), i wybrała innego, zapewne przystojniejszego i z bardziej wypchanym portfelem (na co wskazują słowa "does it matter what anybody cares?"). Osoba mówiąca cierpi z tego powodu, i próbuje jakoś zamknąć ten rozdział swojego życia.

Ocena: 8,75/10

15. "Damaged"
Na początku słyszymy perkusję, i dziwne brzmienie gitary - trochę jak w ostatnim utworze z albumu In Utero Nirvany. Kawałek jest najwolniejszy z całej płyty. Słyszymy jedynie bardzo dziwny riff, spokojną perkusję, jakieś słowa i krzyki. Jak słucham tego utworu, mam wrażenie że wszystkie kawałki związane z dziewczyną musiały zostać napisane przez niego, zapewne dotyczyły jego życia. Ten kawałek z kolei ma w sobie dużo cierpienia i emocji, nie ma tu żadnego związku z poprzednimi utworami. Brzmi nawet nieźle. Kawałek jest o życiu Henry'ego: opisuje w nim ludzi z którymi miał przykre wspomnienia (np. swoją dziewczynę, dawnych przyjaciół), oraz życie jakie prowadził gdy był młodszy. Opisuje siebie jako kogoś, kto potrafił wcześniej sobie radzić z problemami.

Ocena: 8,5/10

Damaged może nie jest idealnym albumem, ale da się przełknąć. Dla maniaka hardcore'u jest świętością, dla mnie jednak wydaje się trochę przesadzony. Owszem, hardcore który dzisiaj znamy narodził się z tego co słyszeliśmy przed chwilą, widać było że takie grupy jak Madball, Agnostic Front, czy chociażby Sick Of It All wzorowały się na tym zespole, w końcu za tym kryje się historia. Jak już mówiłem, Damaged nie jest idealny, pomimo tego polecam go przesłuchać. Ten krążek ma w sobie coś, czego większość albumów hardcore'owych raczej nie miało, chodzi mi tutaj o ten oldschool. Zresztą, to był początek lat 80-tych, tak więc to co nazywamy dzisiaj "oldschool'em", kiedyś dominowało.

Okładka: 7,75/10
Teksty: 8,5/10
Kompozycje: 7,75/10

Ogólna ocena: 8,5/10

Zalety:
- Oldschool'owy klimat
- Dobra okładka
- Teksty dotyczące nas wszystkich
- Agresja zmieszana z żywiołowością
- Uniwersalność

Wady:
- Brak ciekawszych momentów
- Prymitywność
- Brak większych różnic między utworami


Circle Jerks - Wonderful


Wonderful jest czwartym albumem Circle Jerks, został wydany w 1985 roku przez Combat Records. Jak już mówiłem wcześniej, Circle Jerks jest grupą stworzoną przez Keitha Morris'a, byłego lidera grupy Black Flag. Ponieważ przyszły lider Circle Jerks nie miał dobrego kontaktu z resztą grupy, i chciał wprowadzić swoje brzmienie, odszedł w 1979 roku, po czym założył ową grupę. Album Wonderful nie zyskał większej popularności w gatunku hardcore punk. Mało tego - otrzymywał wyjątkowo słabe noty. W każdym razie, nie wydaje mi się abym miał za chwilę oceniać coś gorszego niż Earth A.D./Wolfs Blood w tym miesiącu.

Okładka przedstawia grupę Circle Jerks w ówczesnym składzie, trzymających zwierzęta. Od lewej do prawej: Keith Morris (wokalista) z psem, Greg Hetson (gitara) z królikiem, Keith Clark (gitara basowa) z kotem i Zander Schloss (perkusja) z żółwiem. Wszyscy pozują na plaży, poubierani w garnitury. Nie wiem kto zrobił zdjęcie dla grupy (nigdzie nie podano informacji). Ogólnie jako okładka niezbyt pasuje, bardziej do jakiegoś albumu rodzinnego. Chociaż patrząc na te ich miny mam wrażenie że do albumu o śmiesznym oddźwięku może pasować jak dłoń w rękawiczkę.


1. "Wonderful"
Pierwszy utwór tytułowy - od razu wita nas zwrotka, i słowa które brzmią jak "Penis avenged you" (w rzeczywistości jest to "Be nice, say thank you")... takie WTF na początek. Cóż, zwrotka jak zwrotka, w czasie refrenu poczułem to samo jak w czasie zwrotki. Słyszymy głośne: "WONDERFUL!" zawołane przez wokalistę, oraz bandę dzieciaków. Chociaż to akurat bardzo pasuje, w szczególności na koncerty. Ogólnie kawałek nie jest zbyt odkrywczy - słyszymy punkową gitarę i słaby riff. Kawałek próbuje grać przebojowy i żywy, jednak coś tutaj nie gra. Brzmienie jest trochę mdławe, ale da się tego słuchać. Zapewne w swoich latach nie było to nowoczesne, przy okazji szybko się zestarzało. Można powiedzieć tekst tego utworu jest totalnym przeciwieństwem Black Flag, mianowicie opowiada o zaletach ludzkości, i całego świata. Grupa pokazuje nam, że wszystko jest piękne i wspaniałe, tylko trzeba umieć to dostrzec. Od razu za sam pozytywny tekst może wzrosnąć ocena :)

Ocena: 7,5/10

2. "Firebaugh"
Chyba klimat nieco się zmieni - kawałek wydaje się ostrzejszy od poprzednika, przypomina nieco zespół Murphy's Law. Tak jak wcześniej mieliśmy do czynienia z równym rytmem, tutaj mamy tak samo - średni riff, szybka perkusja, oraz ten wokal. Tak sobie słucham tego całego Circle Jerks, i wydaje mi się że Keitha Morrisa nie dałbym rady słuchać w Black Flag - znacznie bardziej pasują do niego wesołe utwory, niżeli przepełnione goryczą i brutalnością. Tutaj mamy żywiołowość, wesołe brzmienie i dobry humor, co może się podobać. Pomimo tych wszystkich cech, uważam że poprzedni utwór bardziej mi się podobał. Niby jest ten cały humor, to wszystko o czym mówiłem, ale to jeszcze nie jest takie jakie bym sobie tego życzył (czy inny fan tego zespołu). Utwór jest o mieście zwanym "Firebaugh", w którym panuje wieczne bezprawie, mianowicie ludzie są stale okradani i zabijani, po ulicach szlajają się dziwki, a zwykły obywatel może sobie wypić piwo będąc w parku.

Ocena: 7/10

3. "Making The Bombs"
Od razu na początku słyszymy pewnego rodzaju wstęp, potem możemy usłyszeć zwrotkę w stylu Judas Priest/Motorhead... właściwie to brzmi jak ich parodia. Fałszujący wokal Keitha Morrisa rozbraja, w szczególności na tle rasowego brzmienia gitary. W perkusji słyszymy takie brudne brzmienie - w ogóle nie ma w niej basu, brzmi ona jakby ktoś walił kredkami w wiadro. Co do basu to słychać to charakterystyczne brzdąkanie (najprawdopodobniej ten został podkręcony nieco mocniej w porównaniu do poprzedników), jednak słuchając tego utworu mam wrażenie że go tak naprawdę nie ma, jakbyśmy słyszeli po prostu gitarę prowadzącą, wśród której pogrywa bas odłączony od głośników (lol). Pomimo tych wszystkich błędów słychać że utwór miał potencjał, w szczególności słysząc ten breakdown pod koniec. Chociaż i tak wydaje mi się być to parodią innego (jak już wcześniej zresztą mówiłem). Utwór wydaje się opowiadać o pewnym amerykańskim naukowcu, który w czasie drugiej wojny światowej produkował bomby atomowe dla Ameryki, by ta sprawiła że "świat będzie lepszym miejscem do życia dla nich".

Ocena: 6,25/10

4. "Mrs Jones"
Od początku kawałek przypomina mi trochę "Dirty Window" Metalliki z albumu St. Anger zmieszane z "Yahoo!" Acid Drinkers z albumu Dirty Money Dirty Tricks. Wyraźnie słychać tutaj klimat dzikiego zachodu, zmieszany nieco z humorem. Zresztą, potwierdzeniem wydaje się sama solówka w stylu country, oraz "IHAAAAA!". Pomimo tego wesołego klimatu i całej radości płynącej z tego kawałka wczuwam się w ten kawałek dopiero pod koniec. Początkowo uznawałem go za nudny, potem jednak przyzwyczaiłem się. Co nie zmienia faktu że ta cała wesoła atmosfera była jakaś taka mdła. Utwór jest o pani Jones - matce, która w samotności musi utrzymać dom. Pomimo tego ona tego nie robi, i bawi się nie przejmując się obowiązkami.

Ocena: 5,75/10

5. "Dude"
Kawałek dosyć szybko się rozpoczyna: krótki wstęp, śmiech i specjalnie wygrany rytm. Kurna, właściwie to czego ja słucham?? Owszem, niby przypomina poprzednie kawałki, jednak nie dość że jest strasznie mdły, to jeszcze szybko się nudzi. Chłopaki z Circle Jerks chcieli stworzyć wesoły kawałek, i jedyne co mnie tutaj rozśmieszyło to krzyk w pewnym momencie jak u baby. Następnie kawałek aż do końca brzmi tak samo głupio jak wcześniej. Całe szczęście jest dosyć krótki. Początkowo myślałem że utwór porusza problem nadwyżki żywności i otyłości. Potem jednak doczytałem resztę tekstu; ogólnie to jest on strasznie pogmatwany - to jest coś o żarciu, potem o tworzeniu muzyki, zarabianiu pieniędzy, oraz... REKONSTRUKCJI NÓG??? Lol, kto wpadł na taki głupi pomysł? Co ma piernik do wiatraka? Bez komentarza...

Ocena: 1,25/10

6. "American Heavy Metal Weekend"
Teraz to przeczuwam że będzie coś ostrzejszego. W każdym razie sugeruje to tytuł. To co jednak usłyszałem spowodowało że wyplułem mózg oczodołami. Mianowicie słyszymy fragment hymnu USA, zagrany na trąbce. Następnie słyszymy coś naprawdę rasowego, ale ja już wiem że jest to totalna kopia. Mianowicie utwór kojarzy mi się z Anthraxem. Nie wiem konkretnie z jakim albumem, ale wiem że owa grupa gra w tym stylu. Nie wiem, czy miała to być parodia, czy na serio? W każdym razie jeśli jest to parodia, to nieśmieszna. Przez cały czas słyszymy bardzo rasowe heavy metalowe brzmienie, jednak wiem że Circle Jerks na to nie stać. Co do samego tekstu to dla niektórych może wydać się kontrowersyjny, mianowicie w utworze grupa krytykuje wszystko co pochodzi ze wschodu (zwłaszcza z Japonii): samochody, gitary, głośniki. Według nich wszystko co Japońskie się psuje, a to co Amerykańskie jest dobre. No może i dobrze że grupa napisała coś dla swojego kraju, ale jednak produkty Japońskie również są świetnej jakości, jak nie lepszej w porównaniu do Amerykańskiej (np. moja Toyota) :)

Ocena: 2,5/10

7. "I And I"
Tytuł brzmi dosyć znajomo (w każdym razie dla mnie). Taki sam tytuł ma utwór do albumu Dark Ages Soulfly. Jednak mocno się od niego różni. Od razu na początku jesteśmy witani zwrotką, dosyć przyjemną w słuchaniu. Słyszymy w niej ostre darcie mordy wokalisty, dobry riff, a następnie całkiem ciekawy refren. Szczerze to już zacząłem wątpić że znajdę na tym albumie coś czego dałbym radę słuchać. Ostatni utwór przy jakim jeszcze nie musiałem zbierać zębów z podłogi był pod 4 numerem, pomimo tego byłem znudzony. Ten jednak daję radę słuchać, głównie za sprawą przyjemnej atmosfery. Raz było śmieszniej, innym razem rasowo... i długość utworu również jest dobra. Kawałek jest o pewnej szkole, w której uczniowie są zdemoralizowani. Wokalista chciałby poruszyć w ten sposób temat braku zainteresowania młodzieżą przez rodziców.

Ocena: 7,25/10

8. "The Crowd"
Od razu na początku słyszymy perkusję w punkowym stylu. Właściwie to ten kawałek jest punkiem z krwi i kości: słyszymy ciągnący się riff, rytmiczny wokal, szybką perkusję. Nie lubię punku, pomimo tego to wydaje mi się być całkiem stabilnym kawałkiem. Wokalista nie wkurwia, wszystko pracuje równo, ogólnie jest całkiem nieźle. Gdyby nie to że utwór jest krótki, i nudny. Albo nie potrafię docenić dobrego punka (i jestem idiotą), albo po prostu ten utwór jest nudny. "The Crowd" jest o pewnym mężczyźnie, który czuje się zagubiony w społeczeństwie ze względu na to kim jest. Wie on jednak, że nie ma sobie nic do zarzucenia, i nie ma zamiaru przejmować się gadaniem ludzi.

Ocena: 6/10

9. "Killing For Jesus"
Spodziewam się tego, że to będzie śmieszny kawałek o tematyce religijnej. Rozpoczyna się trochę jak "Hit The Lights" Metalliki. Następnie słyszymy bardzo rasową kompozycję, bardzo przyjemną w słuchaniu. Pomimo tego wiem że znam to brzmienie: Bon Jovi, zmieszane z Twisted Sister. Pomimo tego nie mam zamiaru narzekać, kawałek brzmi całkiem nieźle: przyjemny dla ucha riff, rasowy wokal, ogólnie nic do zarzucenia. Kto będzie słuchał, ten będzie. Mnie jednak takie granie nie rajcuje. Pomimo tego ten kawałek w normie jeszcze jakoś się mieści. Utwór jest o ludobójstwie na tle religijnym. Główny bohater zabija chrześcijan... dla Jezusa.

Ocena: 7/10

10. "Karma Stew"
Znowu słyszymy szybszy, punkowy kawałek. Całkiem ciekawy wstęp, potem nie najgorsza zwrotka; słyszymy całkiem niezły riff, oraz dobry wokal. Pomimo tego kawałek jest strasznie mdły. Po niecałej minucie utwór zaczyna się robić nudny. W kółko słyszymy to samo, oraz "Karma Stew". Cóż, właściwie to nie rozumiem czemu takie gówno jest w tym albumie? To nie jest ani śmieszne, ani jakieś uniwersalne, to jest po prostu papka dla pustych ludzi bez duszy. Bardziej jest to coś w rodzaju zapychacza (utwór ma nieco ponad minutę). Kawałek jest o pewnym zabójcy, polującym na ofiarę. Osoba którą chce zabić skrzywdziła go w przeszłości, przez co wszystko co ją spotka będzie "karmą".

Ocena: 1/10

11. "15 Minutes"
Mam nadzieję że to nie jest o czym w tej chwili myślę. Kawałek o nazwie "15 Minutes" może oznaczać coś złego (np. 15 minutowy utwór). W każdym razie słucham; i słyszę na początku spokojne brzdąkanie gitary, potem wejdzie jeszcze perkusja. Przez cały czas słucham tego brzdąkania, i mam coraz gorsze przeczucia związane z tym utworem. Słyszę ciągle to samo, nie ma tu żadnego ciekawszego momentu. W pewnym momencie słyszymy pewne trzaski i krzyki, które tak naprawdę nic nie wnoszą do utworu. Ta cała atmosfera zaczyna kojarzyć mi się z "The View" Metalliki. Dopiero potem kawałek przyspiesza, i brzmi jeszcze bardziej bezsensownie. Nie rozumiem... i nie chcę. Nieee... mam dosyć. To jest jeszcze gorsze od "Karma Stew"!. W dodatku kawałek jest dosyć długi, przez co musiałem go trochę poprzewijać. Nie wiem o czym jest "15 Minutes". Czytając tekst miałem wrażenie że czytałem coś co napisał ćpun. To nie ma sensu!

Ocena: 0,5/10

12. "Rock House"
Teraz zdecydowanie mój faworyt, dzięki niemu poznałem ten album przez niego cierpię słuchając tego szajsu. Co do tego kawałka to on wydaje mi się najlepszy: mamy tu żywą, wesołą atmosferę, lekko przyćpaną muzykę, oraz ten wokal Keitha Morrisa. Tutaj można się pośmiać z samego wokalu Keitha, brzmi tutaj trochę jak jakiś goblin. W każdym razie kawałek zapada w pamięć, głównie za sprawą tej specyfiki. Warto posłuchać. Utwór jest o ćpunach, które urządziły sobie zabawę w domu. Zaryglowali drzwi (przed policją), i zaczęli wciągać kreski, palić marychę, itp. Wszystko co jest nielegalne.

Ocena: 8/10

13. "Another Broken Heart For Snake"
Następny kawałek... co to jest?? Słyszymy dziwne piski, grające pianino, potem słyszymy dzieci. Nabieram nieco skojarzeń związanych z pierwszym utworem. Pomimo tego tamten był znacznie ciekawszy. Tutaj po prostu chce mi się zwymiotować od tego brzmienia. Co gorsza, jest to bezsensowny zapychacz. Do końca albumu będzie można tego posłuchać. Całe szczęście, trwa tylko minutę. Utwór jest o... niczym.

Ocena: 0/10

CO TO KURWA BYŁO?! Od czasu A-Lex nowej Sepultury nie słyszałem czegoś równie złego! Kurwa, przez jeden dobry kawałek doznałem cierpienia w postaci 14-stu innych. No, może mniej niż 14-stu. Parę z nich dałem radę wysłuchać. I cóż, całkiem niezła kompozycja, wokal, riffy, dało się znieść. Większość jednak rozwaliła mi bębenki uszne, były to głównie utwory będące bezsensownym dźganiem, ewentualnie plagiatem. Album miał składankową atmosferę; każdy utwór był inny, co poniekąd jest jakąś tam zaletą. Jednak naprawdę, uszy mnie od tego bolały. Teraz mam dla was ostrzeżenie: te krzywe ryje Circle Jerks z okładki będą was prześladować do końca życia jak weźmiecie tą płytę do ręki. Przestały mnie dziwić kiepskie noty tego albumu. W ogóle, przestało mnie dziwić to że Keith Morris został wyrzucony z Black Flag. Przy albumie Wonderful, Damaged to muzyka perfekcyjna. Eeech, mam tego kompletnie dosyć! Wystawię noty i idę spać.

Okładka: 4/10
Teksty: 6,5/10
Kompozycje: 4,25/10

Ogólna ocena: 4/10

Zalety:
- Różnorodność
- Wesoły klimat
- Pozytywny przekaz (miejscami)

Wady:

- Brak uniwersalności (kopiowanie od wszystkich artystów jak leci)
- Kiepskie kompozycje
- Słabe teksty
- Okładka
- Zbędne wypełniacze
- Outro
- NUDA
- Brak jakiegokolwiek sensu

26 lipca 2014

Recenzja: Misfits - Earth A.D./Wolfs Blood (Lato z Hardcore Punk 2014)


Witam w kolejnej recenzji. Patrząc na to całe lato z Hardcore Punk 2014 wydaje mi się że jest to niewypał. Postanowimy jednak je skończyć - mam jeszcze w planach zrobienie 4 recenzji z tej kategorii. Co do mojego szanownego kolegi z bloga, tak naprawdę nie wiem kiedy zacznie robić recenzje związane bliżej z hardcorem. Tak czy siak, zaplanował sobie 2 recenzje na tą okazję, i chyba tyle wystarczy. Resztę ja zrobię. Dzisiaj zrecenzuję jedną z moich pierwszych styczności związanych z hardcorem. Mianowicie mając około 13 lat, dostałem koszulkę Misfits. Chciałem posłuchać czegoś związanego z tą grupą, nic mi się jednak nie spodobało. W końcu znalazłem to: Misfits - Earth A.D./Wolfs Blood.

Earth A.D./Wolfs Blood jest drugim longplay'em grupy Misfits, został wydany 8 grudnia 1983 roku nakładem Plan 9 Records. Album jest jednocześnie ostatnim dziełem na którym wystąpił dzisiaj już kultowy wokalista Glenn Danzig. Grupa Misfits gra mieszankę hardcore punka i horror punka (jest to gatunek powstały wskutek zmieszania punk rocka i rocka gotyckiego). Ogólnie nic więcej nie mam o tej grupie do powiedzenia. Wiem tylko że grupa jest bardzo popularna, i że ma znacznie lepsze wydawnictwa niż tylko Earth A.D./Wolfs Blood. Kto wie, może to tak naprawdę gówno, stąd ta niska popularność? Spróbuję jednak wypowiedzieć się na temat tego albumu, i mam nadzieję że się mylę.

Okładka przedstawia wszelkiego rodzaju trupy, zombiaki, szkielety, wszystko co straszy. Stwory stoją najprawdopodobniej w kościele, i wyglądają jakby pozowały do zdjęcia, wyglądają jakby zostały wyjęte z komiksu o Spidermanie. Co do samego wyglądu okładki, od razu spodobała mi się kolorystyka. Możliwe że to dlatego zechciałem zabrać się za właśnie ten album :) W każdym razie gdybym szukał jakiejś pierwszej metalowej płyty wśród stosu innych przeciętnych, wybrałbym najprawdopodobniej tą, ze względu na okładkę!


1. "Earth A.D."
Muszę powiedzieć od początku jestem zaskoczony - bardzo klimatyczny, mroczny początek. Następnie słyszymy zajebisty riff w zwrotce, nieco w stylu "Fight Till Death" Slayera. Jedyne co mi się nie podoba, to wokal. Nie dość że Glenn Danzig śpiewa dosyć dziwnie, to jeszcze jest za cicho. Bo naprawdę, kompozycja całkiem niezła. Fajnie byłoby ten kawałek usłyszeć na Undisputed Attitude Slayera. Na początku chciałem napisać "nie dziwię się że Danziga wypierdolili z grupy", dopóki nie zobaczyłem kto jest autorem wszystkich piosenek. Kij z tym, dobrze napisany kawałek, ale źle zaśpiewany. Utwór jest o naszej erze, jako sprzyjającej konfliktom. Danzig porównuje Ziemię do piekła.

Ocena: 8,25/10

2. "Queen Wasp"
 Od razu po zakończeniu "Earth A.D." zaczyna się "Queen Wasp". Na początku słyszymy tylko "joł, joł, joł". Słychać również bardzo żywiołową punkową kompozycję i cały czas te "joł, joł, joł", nawet w czasie zwrotki! Przypomina mi nieco kawałek "Hatebreeders" tego samego wykonawcy. W porównaniu do poprzednika nie słucha się go już tak ciekawie... chodzi o to że za mało tutaj zaskakujących momentów - w kółko słyszymy ten sam riff, zwrotka, refren, "joł", i nic poza tym. Patrząc na tekst, skojarzył mi się nieco z utworami z albumu Laws Of Scourge Sarcofago, mianowicie ten utwór jest o pewnej wampirzycy. Główny bohater zakochał się w niej, i namówił ją, by ta go ugryzła, i zamieniła w wampira.

Ocena: 7/10

3. "Devilock"
Misfits nieco podkręca tempo. "Devilock" nieco przypomina pierwszy utwór z tego albumu zmieszany z "Evil Has No Boundaries" Slayera. Tak w ogóle, co najdziwniejsze to podobieństwo jest tylko przypadkiem - oba albumy zostały wydane dokładnie w tym samym czasie (!). W tym momencie zachęcam do lektury nad Show No Mercy. Wracając do omawiania utworu, Danzig niby operuje ostrzej i gwałtowniej wokalem, jednak dalej nie ma żadnych postępów. Nie wiem, albo to spierdolony miksing powoduje kiepskie brzmienie wokalu, albo Danzig skakał podczas nagrywania wokalu, albo w ogóle nie potrafi śpiewać. Naprawdę, całkiem nieźle zapowiadający się kawałek nie brzmi tak dobrze z tym wokalem. Zdecydowanie to co najlepsze słyszymy w tej chwili - riff. Tyle. Utwór jest o kimś kto zaprzedał duszę diabłu. Następnie nie postępował zgodnie z jego życzeniem, więc został zamordowany.

Ocena: 7,5/10

4. "Death Comes Ripping"
Nie wiem, być może "Death Comes Ripping" byłby moim faworytem. Słyszę dziwnie znajomy schemat - kawałek kojarzy mi się nieco z utworem "Blind And Lost" grupy Nailbomb, głównie za sprawą podobnie brzmiącej gitary oraz tempa. Co do wokalu to tutaj jest jeszcze gorzej niż we wcześniejszych utworach. Jedyne co słyszę to niezrozumiały bełkot. Pojebany wokal, co chwile słyszę żenujące sytuacje. Na przykład w połowie pierwszej zwrotki te "auuuuuuuuu!", sam refren, czy pod koniec co chwilę "łaaaaaaaaał!" Raz głośniej, raz ciszej, jakby ktoś postawił dyktafon przed huśtawką, i podczas huśtania się robił "łaaaał". Ech. Po raz kolejny dobry utwór zepsuty przez wokal. Naprawdę dobry - kompozycja bardzo dobra, mroczny nastrój, żywiołowość. Aż szkoda się robi. Utwór jest o psychopacie, który grasuje w mieście. Włamuje się do domów, i zabija każdego kogo spotka.

Ocena: 8/10

5. "Green Hell"
Kawałek przypomina trochę "Earth A.D. i "Devilrock", z tą różnicą że jest jakby lepszy - świetnie brzmiąca zwrotka, dobry refren... wbrew pozorom tego Danzig nie spieprzył. Gdyby nie to że jest tak cicho, byłoby nieźle. Co do samej zwrotki, to tam wokal jest lekko popsuty, ale ujdzie. Jak na horror punk ma w sobie mnóstwo agresji, którą trzeba koniecznie wyładować. Zdecydowanie, jak na razie dla mnie jeden z lepszych utworów. W utworze Ziemia jest porównywana do piekła.

Ocena: 8,25/10

6. "Mommy, Can I Go Out And Kill Tonight?"
Pierwsze co naprawdę rzuca się w oczy to fajny tytuł. Inną sprawą jest muzyka - beznadziejny wokal, Danzig brzmi trochę jak dławiący się Kurt Cobain. Miałem już skreślić ten utwór, dopóki nie dowiedziałem się że jest to intro do drugiej części - słyszymy tytułowe słowa, i kawałek przyspiesza. Pomimo tego niewiele to wprowadziło - dalej słyszymy chujowy wokal, i słabą kompozycję. Jedyne co mi się tutaj spodobało to tytuł, a tak to ziewam. Skreślam ten utwór! Utwór jest o seryjnym zabójcy z zaburzeniami osobowości. Opowiada nam o swoich fantazjach, co chciałby robić z ofiarami.

Ocena: 2,25/10

7. "Wolfs Blood"
Wydaje mi się że teraz przejdziemy do nieco innej części albumu. Jak widać nazwa krążka składa się z dwóch członów, tak więc mam nadzieję że teraz trafię na muzykę godną moich uszu. I tak jak myślałem - słyszymy hardcore'ową kompozycję. Kawałek nieco przypomina "Queen Wasp", chociaż wydaje się lepszy. Nie muszę po raz kolejny mówić co mnie wkurwia. Chociaż z drugiej strony, wokal jest taki cichy że słyszę tylko mruczenie, zupełnie jakby Danzig darł się z zupełnie innego pokoju. I rzeczywiście, to już bardziej przypomina hardcore - kawałek trwa nieco ponad minutę. Pomimo tego brzmi całkiem nieźle. Tekst akurat jest dosyć bezsensowny - utwór jest o pewnym umarlaku, co zabił niewinną istotę.

Ocena: 8/10

8. "Demonomania"
Wreszcie przechodzimy do czegoś szybszego. A może i nie "wreszcie". Kurwa mać, co to właściwie jest? Słyszymy słabowatą kompozycję, bezsensowny wokal... koszmar! I co najgorsze, utwór trwa mniej niż minutę! Nie zdążyłem się w niego wczuć, a ten już się kończy. Utwór jest czymś w rodzaju kontynuacji poprzednika. Utwór opowiada o umarlaku, którego ojciec jest wilkiem, a matka dziwką. Osoba ta cieszy się że nie jest człowiekiem, gdyż uważa że ludzie są słabi, i nie potrafią nic zrobić. Co za żenada...

Ocena: 2/10

9. "Bloodfeast"
No, chyba przyszła pora na coś ciekawszego - kawałek przypomina nieco przyszły projekt Danziga, zmieszany z brzmieniem w stylu Cro Mags. W porównaniu do poprzednika brzmi naprawdę dobrze - żywiołowa kompozycja z ciekawym klimatem, bardzo dobre riffy... o dziwo wokal również wypada całkiem nieźle, w porównaniu do poprzednich utworów. I jeszcze dodam, że dobrze że Misfits dało coś po raz pierwszy od "Green Hell" co trwa więcej niż półtorej minuty. Nie wiem czy się nie mylę, ale utwór najprawdopodobniej jest o kobiecie, która została pożarta przez niedźwiedzie.

Ocena: 8,5/10

10. "Hellhound"
Teraz słyszymy nieco bardziej typowo hardcore'owy kawałek, bardziej w stylu grupy Black Flag. Kawałek przypomina trochę "Revenge" wcześniej wspomnianej grupy. Słyszymy dobry, żywiołowy riff, średni wokal, i dobre tempo. Ogólnie mówiąc znowu trafiłem na coś ciekawego. Niby nie jest to coś pierwszej klasy, nie brzmi to tak dobrze jak Black Flag, ale zniosę. Tak sobie tego słucham, i pomyślałem jakie kiedyś standardy panowały w hardcorze, skoro Misfits wzorowało ten utwór na Black Flag. "Hellhound" jest o piekielnych psach, które zrodziły się w piekle po to by służyć dla szatana.

Ocena: 8/10

11. "Die, Die My Darling"
W porównaniu do poprzedników brzmi zupełnie inaczej, trochę jak cover. Pomimo tego jest to oryginał. Słyszymy wyżej nastrojoną gitarę i wolniejsze tempo. Trochę więcej w tym wszystkim przyszłego Danziga. Kawałek brzmi trochę mdławo - słychać że kompozycja jest dosyć żywiołowa, chociaż do czegoś takiego nie chciałbym uczestniczyć w circle pit. Wydaje mi się że grupa grała to po pijaku. Tak czy siak znacznie bardziej podoba mi się wersja stworzona przez Metallikę z albumu Garage Inc. Tamta wersja jest znacznie żywsza, ma w sobie znacznie więcej ostrości, oraz przede wszystkim - ma klimat. Utwór jest o zabójstwie kobiety, przez seryjnego zabójcę.

Ocena: 6,75/10

12. "We Bite"
Kolejny kawałek wreszcie ma coś w sobie - niżej nastrojona gitara, dobry riff, oraz dobre tempo. Wokal oczywiście straszy, ale praktycznie jego nie słychać, uwierzcie mi ;) Słucha się tego całkiem nieźle, chociaż znacznie bardziej wolałem "Earth A.D.", czy "Green Hell". Cóż, przynajmniej słychać jakieś różnice. Utwór jest o krwiożerczych wilkach, które polują na ludzi w nocy.

Ocena: 7,25/10

Podsumowując przy Earth A.D./Wolfs Blood męczyłem się niemiłosiernie. Nie wiem, albo to dlatego że nienawidzę punka czystej krwi, albo dlatego że to po prostu zostało lipnie wykonane. Chociaż myślę że jest to bardziej druga opcja, gdyż to czego słuchałem, to był horror punk, a ten gatunek sam w sobie brzmi całkiem nieźle. Przeczuwam że tutaj klęskę ponieśli przede wszystkim producent, autor utworów i wokalista, oraz wytwórnia płyt. Nie wierzę że dałem radę wytrwać do końca! Wiele utworów zanudziło mnie praktycznie na śmierć, Danzig gwałcił moje uszy beznadziejnym wokalem. Gdybym żył w latach 80-tych, nie spodziewałbym się tego, że ktoś taki jak Danzig byłby w stanie później podbić amerykańskie playlisty. Widać że punk nie jest dla niego, i najlepiej sprawdza się w rocku. Tak czy siak, wiem że więcej nie sięgnę po ten krążek. Męczarnia dla uszu i strata czasu. I dopiero teraz się nie dziwię, dlaczego Danziga wyjebali z zespołu.

Okładka: 8,5/10
Teksty: 6/10
Kompozycje: 5,5/10

Ogólna ocena: 5/10

12 lipca 2014

Recenzja: Suicidal Tendencies - Lights... Camera... Revolution (Lato z Hardcore Punk 2014)


Witam w pierwszej recenzji z kolekcji "Lato z Hardcore Punk 2014". Po napisaniu ostatniej konfrontacji z rodzaju "codziennych", rozpoczynamy wakacyjne słuchanie hardcore'u. Jakiś czas temu trafiłem na grupę Suicidal Tendencies, która wydaje się być tym dla hardcore punka czym jest Acid Drinkers dla polskiego thrash metalu. Przed wami jeden z trzech najważniejszych albumów tej grupy: Suicidal Tendencies - Lights... Camera... Revolution.

Lights... Camera... Revolution został wydany 3 lipca 1990 roku nakładem Epic Records. Album miał być czymś nietypowym jak na Suicidal Tendencies, mianowicie to już nie był hardcore punk i crossover thrash. Kolejnym gatunkiem jaki grupa postanowiła grać był thrash metal, w każdym razie do następnego albumu. Tak więc ten album można nazwać "eksperymentem". Z tego co widziałem na last.fm jest on w miarę popularny, tak więc najwidoczniej eksperyment się udał :) Album zyskał złoto w 1995 roku, oraz nagrodę Grammy w 1991 roku za teledysk do utworu "You Can't Bring Me Down".

Okładka albumu jest fotografią grupy będącej wówczas w Vista Theatre we wschodnim Hollywood. Czytając informacje na temat okładki zauważyłem, że w zespole wówczas występował Robert Trulijo (tak, on - basista Metalliki). Okładka owszem, jest ładnie wykonana, dla kogoś słuchającego hardcore może się spodobać. Mnie jednak wydaje się średnia, jest zdecydowanie czymś, co lepiej dodać do albumu rodzinnego. Niby o gustach się nie rozmawia, jednak w tym przypadku niestety muszę.


1. "You Can't Bring Me Down"
Pierwszy utwór... i już słychać pierwsze oznaki zajebistości. Słyszymy rasowo zagrane intro, coś jak w filmach wojennych. Takie połączenie intra z utworu "Beneath The Remains" Sepultury, z intrem utworu "Cemetery Gates" Pantery. Przyjemny dla ucha akcent, chociaż brzmi jakby był skopiowany. Zresztą, nawet by mnie to nie zdziwiło - rok 1990. Po 1 minutowym intrze zaczyna się akcja - ostry riff, nieco w stylach Metalliki i Sodoma. Coś też tak czuję że ten album będzie czymś w rodzaju thrash metalu. Przez większość czasu kawałek brzmi jak mieszanina Anthraxa, Metalliki, Megadethu, Misfits, Sepultury i Sodomu. Pomimo tego na początku lat 90-tych nikomu się nie śniło by połączyć thrash metal z hardcorem (no, może prócz Suicidal Tendencies). W każdym razie ten kawałek nie jest zbyt ciekawy, przez większość czasu przewija się ten sam schemat, więc często go przewijałem. Utwór jest o człowieku, który będąc uniwersalnym musi się zmierzyć z wieloma przeciwnościami.

Ocena: 7/10

2. "Lost Again"
W drugim utworze ponownie słyszymy klimatyczne intro. Tym razem zapowiada się na coś ciekawszego; intro nieco w stylu Kreatora i Slayera. Potem się zaczyna - typowy crossover thrash - ciężki, i rytmiczny. W porównaniu do poprzednika słucha się tego przyjemniej, nie brzmi już tak jednolicie. Słychać tutaj wyraźną inspirację grupą Cro Mags. Po drugim refrenie utwór przyspiesza, zmienia się w coś co nieco przypomina Metallikę. Potem znowu wracamy do crossovera. Całe szczęście. Będzie tak aż do końca; niby nie jest to idealne, ale da się znieść. Utwór jest o trudzie życia w rzeczywistości. Wokalista opisuje tutaj walkę o pozycję w społeczeństwie, i związane z nią porażki. Ogólnie mówiąc główny bohater opisuje siebie jako kogoś kto w życiu przegrał, i nic nie jest w stanie zrobić.

Ocena: 7,75/10

3. "Alone"
Wydaje mi się że będzie to coś spokojniejszego - słyszymy spokojną kompozycję w stylu "This Love" Pantery, i spokojny wokal. Przez dłuższy czas w utworze słychać ten sam schemat - po minucie wszystko się zmienia. Kawałek przypomina coś w stylu crossover thrash. Dodatek spokojnego wokalu do ostrej kompozycji robi trochę dziwne wrażenie. Nie powiem że słucha się tego nieprzyjemnie, właściwie to jest to całkiem niezłe. Miejscami kojarzy się z "Rock House" grupy Circle Jerks. Utwór jest o różnicy między typowym społeczeństwem a oryginalnymi ludźmi. Do takich ludzi porównuje się wokalista, i twierdzi że w społeczeństwie czuje się samotny.

Ocena: 7,75/10

4. "Lovely"
Po tytule sądzę że znów usłyszymy spokojny początek. Tymczasem: na początku tytułowe słowa wypowiada Mike Muir "pedalskim" głosikiem. Po chwili zaczyna się akcja - typowy crossover thrash. Słucha się tego bardzo przyjemnie. Przyjemne w brzmieniu zwrotki, bardzo dobra kompozycja, widać tutaj dużą inspirację Cro Mags. Bardzo fajnie się słucha prześmiewczych akcentów "I feel so lovely - lolololovely", zaśpiewane w charakterystyczny, najbardziej gejowski sposób. Gdy utwór przyśpiesza słyszymy kompozycję lekko w stylu Acid Drinkers, i ten śmieszny wokal Mike'a Muira. Początkowo myślałem że utwór jest o gejach którzy są dyskryminowani przez społeczeństwo, później jednak zobaczyłem że "Lovely" jest bardziej o ludzkości która ma gdzieś sprawy innych, na co wokalista mówi "oko za oko".

Ocena: 8,5/10

5. "Give It Revolution"
Słyszymy kolejny utwór w stylu crossover thrash. Utwór brzmi jak połączenie Iron Maiden i Cro Mags. Sam crossoverowy początek to nie wszystko. Niedługo potem pojawia się nawet niezła zwrotka. Tak samo jak poprzednik, utwór wydaje mi się być całkiem ciekawą pozycją na liście. W utworze słyszymy świetny refren - bardzo dobra praca gitar, świetny wokal (idealny na koncerty). W utworze dominuje przede wszystkim żywiołowość. W porównaniu do poprzedników nie ma tu szybszych momentów, cały kawałek jest crossoverowy, jakby wyjęty z zupełnie innego albumu. Tak więc dopiero tutaj zaczyna mi towarzyszyć to składankowe uczucie. Wraz z rozpoczęciem trzeciej minuty utwór trochę przyspiesza, jednak świetny klimat nie mija. W dodatku jest podkreślany przez rasowe solo. Utwór jest o buncie ludzkości przeciwko tyranom, który ma wkrótce nadejść.

Ocena: 9,25/10

6. "Get Whacked"
Utwór rozpoczyna się dziwnie znajomym intrem, wziętym jakby z teatru, ewentualnie z utworu "Symphony Of Destruction" grupy Megadeth. Następnie znów słyszymy crossover, tym razem brzmiący jak w pierwszym albumie Biohazard. Wraz z rozpoczęciem zwrotki wydaje mi się że słyszałem to już w Cro Mags, kawałek przypomina nieco "Hard Times" z albumu Age Of Quarrell. Pomimo tych podobieństw utworu słucha się naprawdę przyjemnie, kolejny przykład na to że album brzmi składankowo. Bardzo dobry wokal i kompozycja, żywiołowość i ciekawość nieodstępująca mnie na krok. Utwór jest o życiowej samodzielności, która nigdy nie powinna być odbierana.

Ocena: 9,25/10

7. "Send Me Your Money"
Tym razem będziemy mieli do czynienia z czymś jeszcze bardziej nietypowym od "Lovely". Słychać żywiołową, rock'n roll'ową kompozycję. Pomimo tego, słychać wyraźną inspirację hardcorem. Sama kompozycja jest napisana w ciekawy sposób, rock'n roll'owe brzmienie bardzo pasuje do ostrej zwrotki, i w miarę spokojnego refrenu. Według mnie bardzo dobrze się to zgrywa z crossoverem z jakim mamy do czynienia przez cały czas. Tekst naprawdę mnie rozbroił, jak na hardcore jest on naprawdę brutalny (dla chrześcijan). Utwór jest o instytucji kościoła, która "w zamian za zbawienie" domaga się pieniędzy. Mike porusza ten problem, by uświadomić ludzkość, że tak naprawdę to nie od kościoła zależy ludzki los, udowadnia nam że kościół jest tylko instytucją, i nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Ocena: 9,25/10

8. "Emotion No. 13"
Od razu na początku słyszymy że muzyka jest wyjęta z nie wiadomo skąd - kolejny przykład na to, że album wygląda jak składanka. Na początku słyszymy spokojny wokal, brzmiący trochę jak w muzyce rockowej/popularnej. W porównaniu do poprzednich utworów słyszymy zupełnie inną pracę instrumentów oraz wokalu. Aż trudno uwierzyć że słucham w tej chwili Suicidal Tendencies! Na wszelki wypadek upewniam się czy to jest ten utwór, ale tak - to jest to. W porównaniu do poprzedników, ten kawałek średnio się słucha, coś jak te wszystkie z początku płyty. Przez cały czas kawałek ma ten sam schemat, nie ma żadnych zwrotów akcji, można trochę przyziewnąć. Utwór jest o kobiecie, która nie darzy szacunkiem ludzi. Wokalista najprawdopodobniej był w niej zakochany, i wytknął jej bycie samolubną.

Ocena: 7/10

9. "Disco's Out, Murder's In"
Przyszedł czas na mojego faworyta z płyty. Słyszymy klimatyczne, crossoverowe intro, by następnie usłyszeć słowa "Extra, extra! Read all about it!". Początkowo myślałem że on darł się "We have a party!", ale nic. Każdy mógłby zrozumieć na swój sposób. Następnie kawałek nabiera tempa, i zaczyna się przyjemna w słuchaniu zwrotka. Przez cały utwór słyszymy nawet dobrą, rasową kompozycję (w szczególności po drugim refrenie), i dobrze dopasowany wokal. Gdy słuchałem utworu miałem wrażenie że w utworze zawarty jest pewnego rodzaju humor, słychać go głównie w drugiej zwrotce. Utwór jest o mediach, które poprzez chęć dużego zarobku, wrabiają niewinnego człowieka w zabójstwo, przy okazji mówiąc że "ta osoba będzie zabijać więcej jeśli nie zostanie powstrzymana". Podając ten przykład, wokaliście chodziło o to, byśmy nie wierzyli we wszystko co pokaże się w telewizji.

Ocena: 8,75/10

10. "Go'n Breakdown"
Początek... i znowu mam z czymś skojarzenia! Utwór brzmi trochę jak "Orion" Metalliki" i "Symphony Of Destruction" Megadeth'u. Tak se słucham tego utworu, i już wiem na kim wzorowało się Suicidal Tendencies, by stworzyć coś thrashowego. Gdyby nie skopiowana kompozycja powiedziałbym że jest nawet nieźle. Zdecydowanie najlepiej w utworze brzmi wokal - bardzo rasowy. Połączenie melodyjności i ostrości. Pomimo tego że kawałek jest kopią bardziej znanych utworów, słucha mi się go całkiem przyjemnie. Byłby całkiem niezłym kandydatem na koncerty. Jak komuś nie przeszkadza ta spora wada, to spoko - ja mam tylko mieszane uczucia. Tak samo jak w poprzedniku, w utworze jest zawarty pewnego rodzaju humor, chociaż widać go dopiero po przeczytaniu tekstu. Jednym z przykładów jest zdanie "Kick you in the balls now you're a soprano singer". Ogólnie mówiąc utwór nie ma sensu. Pełno jest w nim bezsensownych, niepołączonych ze sobą zdań. Nie wiem czemu miało to służyć.

Ocena: 6,25/10

Album jako taki po japońsku. Lights... Camera... Revolution jest jednym z najbardziej nietypowych albumów jakie zdążyłem przesłuchać. Utwory były całkiem niezłe, niektóre właściwie zrobiły na mnie całkiem spore wrażenie. Nie sądzę żeby ten album wniósł wiele do hardcore punka, właściwie to słyszałem znacznie lepsze niż ten. Przez cały czas towarzyszyło mi składankowe uczucie, miałem wrażenie że słucham kompilacji z różnych albumów. Kompozycje były nawet niezłe; było rasowo, przyjemnie i ogólnie dobrze. No... miejscami. Czasem jednak utwory się nudziły, przez co traciły na ocenie. Najlepsze wrażenie zrobiły teksty, posiadające pewnego rodzaju humor, i "morał". Mike Muir w utworach (zazwyczaj) poruszał ważne kwestie, czy to oszustwa mediów, czy kościoła, ktoś powinien nam powiedzieć że zostaliśmy osaczeni przez nieciekawe społeczeństwo/instytucję.

Okładka: 6,25/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 7,5/10

Ogólna ocena: 7,5/10

6 lipca 2014

Konfrontacja: Pantera - Vulgar Display Of Power vs Sepultura - Chaos A.D.


Jakiś czas temu obiecałem sobie, że nie będę zabierał się za grupę którą recenzowałem powiedzmy tydzień temu, ewentualnie dwa. Ostatnio musiałem to złamać, mianowicie mój szanowny kolega z bloga, MrCommando1995 namówił mnie, byśmy przerobili kilka recenzji. Ponieważ jedna z recenzji była tak nieudana że musiałem ją przerobić, znowu niestety zabieram się za Sepulturę. Tak więc następna recenzja związana z tą grupą pojawi się najprawdopodobniej pod koniec roku. Grupy które dzisiaj wezmę pod młotek mają ogromny wkład w groove metal lat 90-tych; albumy które dzisiaj przedstawię są z kolei najważniejszymi dziełami z tego gatunku metalu. Pantera - Vulgar Display Of Power i Sepultura - Chaos A.D.


Pantera - Vulgar Display Of Power


Vulgar Display Of Power jest szóstym albumem studyjnym Pantery, i trzecim z Philem Anselmo na wokalu. Został wydany 25 lutego 1992 roku nakładem ATCO Records. Album ten miał być rozwinięciem formuły opracowanej w 1990 roku przez grupę, mianowicie: kontynuację tworzenia groove metalu, oraz jego rozwój. Muzyka stała się cięższa i ostrzejsza, przy okazji lepsza w odbiorze. Przez wielu album jest uważany za najważniejsze dzieło z gatunku groove metal, znalazł się na 44 miejscu rankingu Billboard 200, i w USA zyskał 1 złotą płytę, oraz 3 platynowe (2 w 1997, 1 w 2004).

Okładka jest fotografią przedstawiającą mężczyznę uderzonego w twarz pięścią. Fotografia została stworzona przez Brada Guice (wcześniej współpracował z grupą podczas tworzenia okładki do Cowboys From Hell). Fotograf tłumaczył, że chciał stworzyć coś naprawdę wulgarnego, coś co z pewnością będzie szokować. Początkowo okładka miała przedstawiać boksera w rękawicach, jednak zrezygnowano z tego pomysłu. Ogólnie mówiąc okładka stała się tak kultowa, że zaczęto ją nawet parodiować (przykładem jest obrazek dwóch bijących się kotów który łatwo można znaleźć w Google Grafika). Owszem, okładka emanuje tą agresją. W porównaniu do innych z tej grupy jest jednak średnia, bardziej podobała mi się pierwotna wersja Far Beyond Driven (to nie tak jak myślicie), ewentualnie The Great Southern Trendkill.

Album do przesłuchania

1. "Mouth For War"
W miarę spokojny początek zagrany na gitarze elektrycznej. Następnie zaczyna się cała akcja - widać że grupa jeszcze nie zrezygnowała ze schematu który został zaprezentowany na albumie Cowboys From Hell. Żywiołowy i jednocześnie ostry kawałek, z wysoko nastrojoną gitarą (jak na Panterę po 1988 roku). Atmosferę lat 90-tych czuć wyraźnie; jak na tamte czasy na pewno brzmiało bardzo nowocześnie. Dzisiaj jest trochę podstarzale, ale jak dobrze wiemy dzisiaj lepiej nie być nowoczesnym, bo z tego gówno wyjdzie. Pod koniec utworu, słyszymy przyśpieszenie - kawałek przypomina nieco "Domination" z poprzedniego albumu. Utwór jest o pewnym żołnierzu który postanawia zemścić się na swoim wrogu. W ramach tego torturuje go.

Ocena: 8,75/10

2. "A New Level"
Noo, przyszedł czas na coś cięższego, znacznie bardziej ociężałego. W tym momencie widzimy "główkę" albumu Far Beyond Driven, "A New Level" to ta typowa Pantera z lat 90-tych. Świetny początkowy riff, bardzo dobra zwrotka, refren... wszystko co groove metalowe tu jest. Cały czas w utworze słyszymy ten breakdown'owy klimat, uroku dodaje gitara niżej nastrojona jak w poprzednim numerze. Przy okazji, w pewnym momencie słyszymy solówkę w stylu albumu Cowboys From Hell, typowa teksańska naparzanina. Utwór jest o człowieku, który pod wpływem ludzi którzy z niego szydzili, zmienił się na lepsze. Utwór motywuje człowieka do zmiany na lepsze, przypomina to trochę namawianie grubego do intensywnych ćwiczeń.

Ocena: 9,75/10

3. "Walk"
Jeden z najbardziej znanych utworów z gatunku groove metal, taki bliski przyjaciel "Roots Bloody Roots". Mianowicie na koncertach metalowcy często przy nim skaczą (jak we wcześniej wspomnianym utworze). Wersja studyjna jest średnia, ale na koncerty... jak znalazł. Bardzo dobre wyczucie i rytmika perkusisty, świetny pomysł gitarzysty, oraz charyzmatyczny wokalista. Tyle wystarczy by z kilku linijek utworu zrobić coś naprawdę ciekawego. Kawałek jest bardzo często wymieniany wśród najlepszych utworów metalowych jakie powstały. Nie byłem na koncercie Pantery/Downa (obecny zespół Phila Anselmo), to nie będę tego kwestionował, wystarczy mi to co oglądałem na YouTube... i widziałem że to robiło naprawdę wielką furorę, sam bym przy takim utworze się pobawił :) W "Walk" zawarte jest przesłanie: "nie patrz na ludzi którzy krytykują cię za to kim jesteś, bądź sobą".

Ocena: 10/10

4. "Fucking Hostile"
Przyszedł czas na coś znacznie szybszego. Zdecydowanie jeden z szybszych utworów na płycie... początkowo myślałem że należy do albumu Far Beyond Driven. Kawałek jest kolejną ciekawą pozycją na tej liście. Zresztą, groove metal to nie tylko "thrash na prochach nasennych", ale też typowy hardcore, stąd ta prędkość. Przez cały utwór słyszymy dwa riffy, które bardzo pasują do takiej napierdalaniny. Solówka jest średnia, ale i tak w porównaniu do reszty by odstawała. Wszystko jest pięknie zgrane - riff, perkusja, wokal. Warto posłuchać. Utwór jest tak jakby kontynuacją poprzednika, "Fucking Hostile" opowiada o grupie ludzi mających swój sposób na życie, są oni jednocześnie krytykowani przez innych.

Ocena: 9,5/10

5. "This Love"
"This Love" jest typową balladą zaserwowaną przez Panterę. Wprawdzie nie przypomina to "Cemetery Gates", ale jest równie ciekawe. Na początku słyszymy spokojną gitarę, potem jeszcze dochodzi spokojna perkusja i melodyjny wokal. Wszystko tworzy taką ciekawą, magiczną całość. I tutaj też Metallica wysiada ze swoim "Nothing Else Matters". Dużymi zaletami są krótkie solówki między zwrotkami a refrenami, bardzo ciekawie się komponuje ze wszystkim innym. Po jakimś czasie utwór się wzmacnia na dłuższą chwilę, i tego również nie spartolili. To wzmocnienie nieco kojarzy się z utworem "The Day That Never Comes" (również balladą) Metalliki, gdyż pierwsza część jest delikatna, a reszta to mocna napierdalanina. Pomimo tego w przeciwieństwie do Metalliki nawet tutaj udało się zachować jakąś granicę piękna (no, nie wliczając breakdownu). Utwór jest o mężczyźnie, który głęboko zranił swoją kobietę, najprawdopodobniej ją bił. Nie może sobie tego wybaczyć, i zastanawia się co nim kierowało że zgotował takie piekło kobiecie którą kochał. Wie już, że ona go kochała, a on to tak bezczelnie wykorzystał.

Ocena: 9,75/10

6. "Rise"
Tak jak myślałem, "Rise" będzie czymś szybszym. Przypomina nieco "Fucking Hostile", wydaje się jednak agresywniejsze. Słyszymy szybką, thrashową perkusję, mocny i szybki riff. Póki co wokalu nie ma, ale chwila. Niedługo potem utwór nieco zwalnia, i pojawia się pierwsza zwrotka. Wokal Phila przypomina nieco głos Lemmy'ego z Motorhead, chociaż ta część jest średnia. Część przed refrenem, oraz sam refren są bardzo ciekawe, po raz kolejny utwór wydaje się być całkiem niezłym wyborem na koncerty, głównie za sprawą żywiołowości, prostego refrenu ("It's time to rise, rise, rise!"). Utwór jest o konflikcie pokoleń, który opiera się przede wszystkim na nienawiści do kogoś innego. Przykładem może być konflikt między dorosłymi w dwóch rodzinach, i przyjaźń ich dzieci.

Ocena: 9/10

7. "No Good (Attack The Radical)"
Gdy po raz pierwszy usłyszałem ten utwór dostałem skojarzeń związanych z albumem Far Beyond Driven. Na początku słyszymy nieskomplikowany riff, niewiele wnoszący do utworu. Prawdziwa akcja zaczyna się w czasie zwrotki. Gitara cichnie, i słyszymy spokojny, niemelodyjny wokal. Po chwili robi się bardziej żywiołowo - od czasu zwrotki jakoś tak lepiej się tego słucha. Kawałek brzmi jak typowa wizytówka lat 90-tych. Wówczas było to bardzo nowoczesne, teraz jednak gdy to słyszę, wydaje mi się to przestarzałe. Pomimo tego bardzo zagłębiłem się w utwór, przesłuchałem do ostatniej sekundy. Pod koniec może nieco się skojarzyć z "This Love", głównie za sprawą długiego zakończenia ostrej części. Utwór jest o rasizmie panującym w stanach. Phil dedykuje ten utwór wszystkim dyskryminowanym, chce by ci "byli panami swojego losu, by znali swoją wartość".

Ocena: 9,75/10

8. "Live In A Hole"
Pantera nieco zwolniła tempo. Tu z kolei widać wyraźną inspirację Metalliką, od razu od początku riff i praca perkusji skojarzyły mi się z "Leper Messiah" z albumu Master Of Puppets. Przy okazji, zauważyłem że gitara ponownie jest wyżej nastrojona (jak na "Mouth For War"). Ten riff przed zwrotką brzmi jak kompromis między Far Beyond Driven a Cowboys From Hell. Ogólnie mówiąc utworu całkiem nieźle się słucha; słyszymy przyjemne dla ucha riffy, nieco popową zwrotkę (ale da się znieść), refren zresztą również. Pomimo tego da się słuchać... chociaż słuchając tego cały czas mam skojarzenia z Metalliką. W utworze Phil opisał jeden z ważniejszych momentów w jego życiu, mianowicie "wewnętrzną przemianę" podczas której chciał zerwać z przeszłością, zmienić się na lepsze. Będąc nastolatkiem Phil chciał być dopasowany do społeczeństwa, jednak gdy zauważył że nic mu to nie daje, zerwał z tym. Po tym jak zaczął być "uniwersalny", akceptowała go tylko mniejszość. Pomimo tego poczuł się szczęśliwy.

Ocena: 9,25/10

9. "Regular People"
Utwór rozpoczyna się ostrym riffem, trochę jak w "Mouth For War" (tyle że z niżej nastrojoną gitarą). Następnie dostajemy coś, co Pantera już przerabiała 2 lata przed Vulgar Display Of Power. Słyszymy bardzo podobną kompozycję do tej z utworu "Cowboys From Hell" - taka sama praca perkusji, bardzo podobny riff. Pomimo tego nie narzekam, ten kawałek wydaje się być równie dobry. Żywiołowość, świetne zgranie oraz pewnego rodzaju skomplikowanie. Właściwie to tutaj możemy zauważyć ile się zmieniło w porównaniu do albumu "Cowboys From Hell". Po długim wstępie pojawia się wreszcie zwrotka. Przez chwilę jest spokojnie, dopiero potem się rozkręca. Głównie za sprawą dobrego tekstu i świetnej gitary bardzo dobrze się tego słucha. Pewnie fani by się na mnie obrazili za to, że tak to skomentuje, ale wydaje mi się że jest wielu perkusistów którzy dorównują Vinniemu Paulowi, ale niewielu jest gitarzystów którzy dorównywali Dimebagowi Darrellowi. Taka prawda. Utwór jest o typowym człowieku, który musi zmagać się z życiowymi trudnościami, pomimo tego cieszy się z tego co ma (a na pewno jest to coś wartościowego, np. rodzina), i nie chce by inni ludzie mieli jego własność.

Ocena: 10/10

10. "By Demons Be Driven"
Wracamy ponownie do stylu który zaprezentowała Pantera w utworze "A New Level" - wstęp do utworu jest ociężały i ostry, głównie za sprawą dobrego riffu. Następnie słyszymy zwrotkę, bardzo różniącą się od tego wstępu. Jeszcze jedna ciekawą rzeczą jest solówka. Z kolei najlepszym momentem w utworze jest refren (jeden z lepszych na albumie). I na tym chyba zalety się kończą. Mianowicie początkowo rajcowałem się tym utworem, znudził mi się po niecałej godzinie. Niedługo potem poznałem "A New Level", i bawiłem się nim dosyć długi czas, tak więc widać różnicę poziomów. Nie ma tu żywiołowości, miejscami jest ta niespokojna/mroczna atmosfera, jednak jest jej trochę za mało dla mnie, a słuchając kilku innych utworów grupy dobrze wiem na co ich stać. Utwór jest o usilnym wpajaniu religii przez dorosłych w dzieci. Phil uważa, że wpajanie dzieciom czegoś, co uznają za niepotrzebne, może powodować problemy rodzinne.

Ocena: 8,25/10

11. "Hollow"
Przyszedł czas na ostatni utwór, i przy okazji balladę na tej płycie. Taka typowa rockowa ballada, trochę nie w stylu Pantery, aczkolwiek brzmi bardzo rasowo, i to się słyszy - przyjemny dla ucha riff, spokojna perkusja oraz melodyjny, zrównoważony wokal Phila w zwrotce i refrenie. Im dłużej tego słucham, tym bardziej się w ten smutny klimat zagłębiam. Wiem już że by takie coś napisać trzeba poświęcić mnóstwo czasu, i kartek papieru. Wydaje mi się że niewiele ballad dostaje do takiego poziomu, znam jedynie trzy dorównujące ("Wind Of Change" Scorpionów, "The Unforgiven" Metalliki i Heart-Shaped Box Nirvany). Po drugim refrenie przyjemny, spokojny nastrój zamienia się w niepokój, a następnie dostajemy solidną dawkę metalu w stylu tej grupy. Grupa nieco to sknociła, pomimo tego ten fragment również mogę uznać za udany (chociaż kompletnie tu nie pasuje). I niestety, już tej przyjemnej kompozycji dalej nie będzie. Utwór jest o przyjacielu Phila z dzieciństwa (nie ujawnił imienia), który uległ poważnemu wypadkowi. Chłopak pozostaje w śpiączce, przez co wokalista skupił się przede wszystkim na emocjach, opisał odczucia matki, i innych bliskich osób.

Ocena: 9,75/10

Nie wiem jak miałbym go opisać. Vulgar Display Of Power dla wielu jest albumem idealnym, dla mnie jednak ma pewne wady. Owszem, chłopaki z Pantery mają dobry smak związany z muzyką, jednak zdecydowanie, w niektórych miejscach posunęli się za daleko, i w niektórych momentach utwory się nie kleiły. Pomimo tego większość z nich naprawdę mi się spodobała - teksty tutaj są jednym z większych atutów, bardzo często miały ważne przesłanie, np. uniwersalność, rasizm w Ameryce, czy utrata bliskiej osoby. Z pewnością robi to duże wrażenie na słuchaczu. Kompozycje również były bardzo dobre, pomimo tego na 10 bym je nie ocenił. Liczy się tu również duże zgranie chłopaków, oraz pomysłowość. Tak więc można powiedzieć że Vulgar Display Of Power jest albumem prawie idealnym.

Okładka: 7/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9,75/10

Ogólna ocena: 9,75/10

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Świetne teksty
- Świetny wokal
- Szczerość
- Różnorodność (przechodzenie od lekkości do ociężałości)
- Uniwersalne brzmienie
- Ważny przekaz
- Nieustająca ciekawość i radość ze słuchania

Wady:
- Czasem zdarzyły się nieścisłości w brzmieniu


Sepultura - Chaos A.D.


Chaos A.D. jest szóstym albumem Sepultury (wliczając Bestial Devastation). Został wydany 2 września 1993 roku nakładem Roadrunner Records. Ponieważ grupa uznała że pomiędzy Arise a Beneath The Remains "nie było zbytnich różnic" postanowiono spróbować czegoś uniwersalnego. Cavalera z miejsca zaproponował połączyć hardcore punk z thrash metalem, przez co powstał nowy gatunek: groove metal. Ponieważ grupy nie miały zbyt wiele wspólnego ze sobą, wokalista nie wiedział że taką samą formułę opracowali Phil Anselmo i Dimebag Darrell 3 lata przed premierą Chaos A.D. Tak powstał kolejny, uniwersalny krążek z tego gatunku. Płyta dostała się na 32 miejsce w rankingu Billboard 200, otrzymała 6 złotych płyt i 2 srebrne.

Okładka została wykonana przez Michaela Whelana. Nie jestem w stanie stwierdzić co ona przedstawia, chociaż jeśli się nie mylę, to widzę tutaj mumię wkładaną do jakiejś dziwnej maszyny, przez inną dziwną maszynę. Z dołu stoją ludzie z wyciągniętymi rękami, z kolei w tle widnieje mur z graffiti. Co najdziwniejsze, okładka nazywa się "Cacophony", co może sugerować że ta mumia jest wkładana do jakiejś beczki z gównem/gównianą muzyką. Poprzez sam tytuł możemy pomyśleć że album tak jak okładka, będzie kakofoniczny, chociaż zapewniam was - album nie ma nic wspólnego z kakofonią, w przeciwieństwie do następnych albumów grupy z Derrickiem Greenem na czele. Odstawiając znaczenie okładki na bok, powiem że podoba mi się. Przyjemnie się na nią patrzy, bardzo pasuje do utworów. Nie mam nic do zarzucenia, no może prócz tego tytułu "Cacophony".

Album do przesłuchania

1. "Refuse/Resist"
Utwór rozpoczyna się biciem serca Zyona w łonie matki. Po chwili słyszymy coś zupełnie odmiennego od Arise - mocny riff, dziwnie spokojna perkusja (trochę w stylu Roots). Dopiero potem się rozkręca. Może utwór nie jest tak samo agresywny jak te z Arise, czy Beneath The Remains, jednak robi wrażenie. Słyszymy świetny (już kultowy) riff, co pewien czas zmieniający się. Prawdziwy piorun uderza nas w czasie zwrotki. Pamiętam że jak pierwszy raz posłuchałem albumu Arise, uznałem że Cavalera był raczej "mdłym" wokalistą. Tutaj brzmi lepiej, jednak z biegiem czasu wydaje mi się że na poprzednim albumie również brzmiał świetnie. Cóż, może to nie jest jakieś groove metalowe objawienie, ale zdecydowanie ważny kamień milowy w tym gatunku. W wersji studyjnej nie brzmi to tak dobrze jak na żywo, ale cóż - od tego wszystko się zaczęło. Utwór jest o ulicznych zamieszkach spowodowanych przez ludzi mających dość władzy.

Ocena: 9,75/10

2. "Territory"
Początek - słyszymy Igora bębniącego na perkusji. Z tego co kiedyś czytałem, to perkusista chciał w ten sposób zaprezentować swoje nowe umiejętności związane z grą. Po chwili dochodzi gitara. Według mnie ten wstęp do utworu jest jednym z najciekawszych jakie znam. Następnie - grupa zaczyna grać ociężale. Następnie jest krótka zwrotka, i refren. Wydaje się że wszystko będzie przebiegać szybko, że utwór będzie dosyć krótki. Pomimo tego warto się zagłębić, utwór w rzeczywistości ma prawie 5 minut, całkiem niezłe zwroty akcji; bardzo podoba mi się tutaj wokal Maxa, i perkusja Igora, widać jak wiele się zmieniło od czasu Arise. Utwór jest o pewnym nieznanym polityku, który postanowił dojść do władzy, i rozpętać wojnę. Udało mu się to pod wpływem oszustwa w wyborach, manipulacji.

Ocena: 9,5/10

3. "Slave New World"
Początkowo utwór kojarzy się nieco z nowszymi albumami grupy Biohazard. Nawet mnie to nie dziwi; utwór napisali Max Cavalera, oraz Evan Seinfeld z wyżej wymienionej grupy. Po chwili kawałek się rozkręca, w coś szybszego od "Refuse/Resist" i "Territory". Albumu Arise też nie przypomina, zapewne jest to coś pomiędzy. Utwór brzmi nawet nieźle; widać w tym elementy przyszłego Soulfly, oraz nowej Sepultury z Derrickiem Greenem, w każdym razie fani Cavalery dobrze wiedzą kto czyją wiedzę wykorzystał w tamtym przypadku. Pomimo tego że na pierwszy rzut oka utwór brzmi całkiem nieźle, wydaje mi się taki trochę bezpłciowy. Podobnie jak poprzednicy mają prosty schemat, jednak ten wydaje się być uproszczony do granic możliwości. "Slave New World" opowiada o plemiennej ludności żyjącej w Brazylii; w utworze omawiany jest wpływ polityki na życie, i kulturę tych plemion.

Ocena: 8,25/10

4. "Amen"
Kolejny utwór na liście. Ten znacznie bardziej przypomina "Territory". Początkowo wita nas całkiem przyjemny dla ucha riff. Niedługo potem rozpoczyna się całkiem niezła zwrotka. Pamiętam że jak słuchałem pierwszy raz tego utworu brzmiał naprawdę ociężale, i złowieszczo. Początek owszem, wciąga i to bardzo, ciągle zastanawiasz się co będzie dalej. Przez większość czasu towarzyszy nam całkiem niezła kompozycja. Pomimo tego znacznie bardziej wolałem poprzednie utwory, ten kawałek jest zdecydowanie bliżej albumu Roots z 1996 roku. Miejscami ma ciekawe momenty, chociaż według mnie nie jest idealny. Widać że Sepultura zaczyna oddalać się od tego co zaczęła, co trochę mnie martwi. Utwór jest o religijnych wojnach, które toczą się na Ziemi. Max omawia cierpienie ludzkości związane z walkami "w imię boga".

Ocena: 8,5/10

5. "Kaiowas"
"Kaiowas" jest utworem którego nikt by się nie spodziewał. W każdym razie gdy Sepultura dopiero wkraczała w ten groove metal. Utwór jest instrumentalną balladą (!). Na początku słyszymy spokojne pobrzdękiwanie gitary, następnie nagrany ambient z plaży, a potem "robi się ostro". Utwór niby jest lekki i spokojny, jednak jak na tego typu granie nie brakuje mu ostrości - słyszymy plemienną pracę perkusji, oraz dwie gitary akustyczne w stylu flamenco. Ten kto słucha obecnego Soulfly dobrze wie, że Marc Rizzo (obecny gitarzysta prowadzący grupy) gra w tym samym stylu, zapewne dlatego jest jednym z najstarszych członków grupy. Ale dość o Soulfly, przez te 3 ostatnie lata istnienia grupy "Kaiowas" było grane na koncercie tak po prostu, przy pomocy gitar elektrycznych i normalnej perkusji, tak więc ostrości mu nie brakowało.

Ocena: 7,5/10

6. "Propaganda"
No, po spokojnym brzdąkaniu zwanym "Kaiowas" przyszedł czas na coś zdecydowanie ostrzejszego, jeden z moich pierwszych utworów Sepultury, tym samym jeden z moich ulubionych. Po lekkiej części Chaos A.D. przyszedł czas aby naprawdę dowalić do pieca, czymś w deseń Beneath The Remains. Niby nie jest to thrash metal, ale zawsze coś. Tutaj dopiero groove brzmi jak groove. Na początku niby słyszymy dziwną pracę gitary rytmicznej, ale potem się poprawia - słyszymy szybki i energiczny riff. Najlepszymi momentami utworu są zdecydowanie zwrotki i refren, bardzo energiczne, nieco w stylu Beneath The Remains. Grupa próbuje nam udowodnić że groove metal nie musi być nudny, i to im się udaje. Słyszymy wiele ciekawych zwrotów akcji, bardzo dobrą solówkę i klimatyczny refren kojarzący się z tym tytułem. Słyszymy "Don't - don't believe what you see. Don't - don't believe what you read". Utwór jest o ludziach, którzy zostali skrytykowani przez ludzi którzy wyrobili swoje zdanie na podstawie tego co usłyszeli, lub przeczytali. Max zarzuca krytykom, by zamiast wierzyć innym, przyszli i przekonali się jaka jest prawda.

Ocena: 10/10

7. "Biotech Is Godzilla"
Kolejny utwór z którym warto się zapoznać. Tym razem Sepultura zagrała coś znacznie bardziej hardcore'owego - szybko-thrashowy i krótki utwór. Pierwsza zwrotka jest średnia, ale jeszcze pamiętam jak w to się zagłębiałem. Bardzo spodobały mi się te refreny, które za każdym razem brzmiały inaczej. Na początku słyszymy 3 razy "Biotech", w pierwszym refrenie "say what", w drugim "is godzilla", i w trzecim "is AIDS". Utwór łatwo wpada w ucho. Po drugim refrenie słyszymy bardzo ciekawy moment - przez chwilę wszystkie instrumenty pracują, następnie cisza, zostaje bas - i ponownie zaczyna się ostra napierdalanina, tyle że z innym riffem. Utwór jest o biotechnologii jako zagrożeniu dla człowieka. Max opowiada nam w utworze o wszystkich wadach tego przedsięwzięcia - chorobach genetycznych, eksperymentach na ludziach. Pomimo tego stwierdza, że biotechnologia nie jest zła w rękach normalnych ludzi, gorzej jest gdy zabiorą się za nią politycy i lekarze którym zależy jedynie na pieniądzach.

Ocena: 9,75/10

8. "Nomad"
Kolejny utwór jest nieco spokojniejszy. Przypomina nieco "Amen" i "Territory", pomimo tego coś w nim jest. Kompozycja przed pierwszą zwrotką jest zdecydowanie największą zaletą. Potem z czasem coś zaczyna się psuć - owszem, zwrotki dalej są świetne, kompozycja dalej się trzyma jako tako, jednak definitywnie coś jest nie tak. Refren jest dosyć słaby, można było wymyślić coś lepszego. Od drugiej minuty gdy kawałek przyspiesza zdecydowanie czegoś zaczyna w nim brakować. Pomimo tego pamiętam że jak pierwszy raz posłuchałem tego utworu, nie zważałem na tego typu błędy. Ogólnie mówiąc cały utwór był ciekawy, jednak tak czy siak nie należał do moich ulubionych. Utwór jest o czasie jako sile która niszczy. Potęga czasu jest omawiana na przykładzie plemion, których tradycje zaczynają wygasać.

Ocena: 9,25/10

9. "We Who Are Not As Others"
Zdecydowanie jeden z dziwniejszych utworów jakie słyszałem. Pomimo tego zawiera jakąś głębię w sobie. Początkowo słyszymy całkiem ciekawy, przyjemny dla ucha riff. Kawałek przypomina mi nieco mocniejsze "Kaiowas". W sumie to ma nawet parę wspólnych cech - dosyć podobny riff, przez dłuższą chwilę utwór jest instrumentalny. Następnie przez cały utwór słyszymy słowa "We Who Are Not As Others". Utwór ma bardzo prostą budowę, pomimo tego ma zdecydowaną głębię. Przyjemnie się go słucha, w szczególności w czasie solówki w drugiej minuty. Nie wiem czemu Soulfly i nowa Sepultura nie grają tego na koncertach, przecież to jest coś co zdecydowanie nadaje się na tego typu przedsięwzięcia. Utwór jest o ludziach, którzy obwieszczają swoją oryginalność. Może to dotyczyć ludzi związanych z jakąś subkulturą, ewentualnie plemion. Zdecydowana głębia.

Ocena: 9,5/10

10. "Manifest"
Kolejna całkiem ciekawa pozycja na liście Chaos A.D. "Manifest" jest dosyć niepozornym utworem, ze skomplikowanym schematem. Na początku słyszymy słowa wypowiedziane przez Maxa, potem jest krótka zwrotka, chwila skomplikowanej części instrumentalnej, a następnie znowu słowa Maxa. Riffy często się zmieniają. Kawałek może wydawać się nieco nudnawy, pomimo tego warto posłuchać. Za pierwszym razem może wciągnąć, przede wszystkim z powodu tej atmosfery w stylu utworu instrumentalnego. Utwór kojarzy mi się nieco z "City Of Dis" nowej Sepultury z albumu Dante XXI. "Manifest" jest zdecydowanie czymś w stylu tego całego chaosu naszej ery, zresztą, jak większość utworów na tej płycie. Pomimo tego ten utwór wyjątkowo dotyczył wydarzeń z lat 90-tych. "Manifest" jest o masakrze w więzieniu w Carandiru w Sao Paulo która odbyła się 2 października 1992 roku w bloku Pavilhao Nove. Wówczas zginęło ponad 100 więźniów z rąk policjantów. Max w jednym ze zdań mówi że "wszyscy dobrze wiedzą, że Brazylijska policja jest niezwykle brutalna".

Ocena: 9/10

11. "The Hunt"
W tym momencie słyszymy jeden z lżejszych utworów na płycie; "The Hunt" jest punkowym coverem rockowej grupy New Model Army. W porównaniu do oryginału znacznie więcej jest w tym pomysłowości. Ponieważ udało mi się przesłuchać i oryginał, i wersję Sepultury, można powiedzieć że po raz kolejny cover przewyższył oryginał. Gdy tamten kawałek był bezpłciowy i nie miał w sobie nic ciekawego, tutaj słyszymy znacznie większy kunszt. Wystarczy tylko utwór nieco przyspieszyć, zmienić nieco schemat i nastrojenie instrumentów - cover idealny. Same brzmienie utworu jest bardzo rasowe. Pamiętam jak przesłuchałem po raz pierwszy ten utwór, początkowo myślałem że będzie to coś w stylu "Slave New World". Wyraźna była jednak większa głębia. Nie ma w tym zbyt wielkiej ostrości, pomimo tego jest dobre wyczucie smaku. Podoba mi się to. Różnica między "The Hunt" a resztą utworów z Chaos A.D. kojarzy mi się nieco z różnicą utworu "The Pretender" Ektomorfa (cover Foo Fighters) z resztą utworów z albumu Black Flag. Utwór jest o policji, która poszukuje seryjnego mordercy. Podążają oni za przestępcą przy pomocy śladów jakie on zostawił, tymi śladami byli martwi ludzie. Można też zinterpretować go inaczej - może opowiadać o mafii ścigającej pewnego człowieka.

Ocena: 9,5/10

12. "Clenched Fist"
Intro do utworu - spokojne, aczkolwiek klimatyczne. Następnie pojawia się kompozycja bardzo w stylu poprzednich utworów. Kawałek przypomina nieco "Slave New World", tyle że jest od niego lepszy. Przypomina nieco "Slave New World", z tą różnicą że schemat jest lepszy. Sam kawałek jest nieco dłuższy, i znacznie więcej w nim zwrotów akcji. Przy okazji, sama kompozycja jest lepiej dopracowana. Słuchając tego utworu po raz pierwszy trudno mi było się połapać w tym schemacie, pomimo tego cały czas byłem zaciekawiony. Jednym z lepszych momentów w utworze jest połowa drugiej minuty - solówka, oraz część po solówce - refren, i breakdown. Pamiętacie utwór "Apes Of God" z albumu Roorback? Ten końcowy breakdown jest dokładnie ten sam. Z tą różnicą że w tamtym przypadku nazwałbym to kopiowanie. Sam album kończy się całkiem ciekawie, zdecydowanie "Clenched Fist" pasuje na koniec wersji studyjnej. Same outro utworu (nie chodzi o te piski) nazywa się "Demonic Laughing", jest to nagranie śmiechu członków zespołu stworzone "dla jaj". Niby gówno, ale wiadomo że chłopaki byli zgrani. Utwór jest o brutalności życia codziennego. W utworze opisany jest chaotyczny (czasem nerwowy) kontakt z rzeczywistością.

Ocena: 9/10

13. "Chaos B.C."
Przyszedł czas na edycję bonusową. A tam: remix "Refuse/Resist" stworzony przez Roya Mayorgę, przyszłego perkusistę Soulfly. Początkowo słyszymy nawet niezłe intro. Początkowo myślałem że będzie to jakiś ciekawszy, odrębny gitarowy utwór. Jeszcze w czasie tego "I Reeeefuse, I Reeeesist" słyszymy fragment gitary rytmicznej wzięty z utworu "Manifest", potem ten moment zamienia się w intro z "Nomada". Gdy dochodzi jeszcze ten gwizd zaczynam myśleć że ten remix został stworzony dla jaj. Pomimo tego mam wątpliwości - utwór brzmi bardziej jak hymn na mistrzostwa piłki nożnej w Brazylii, skonstruowany ze wszystkich utworów z tego albumu. Według mnie stworzenie tego utworu to po prostu była strata czasu; za każdym razem krzywiłem się słysząc elementy techno. Nie no, rozumiem że Chaos A.D. w przyszłości mógł być całkiem niezłą bazą dla industrial metalu, ale nie lepiej żeby inni wykonawcy tworzyli inne piosenki wzorując się na Chaos A.D., a nie tworząc remixy? Owszem, intro jest całkiem niezłe, ale ja myślałem że to będzie METAL a nie techno. Ja pierdole. Inaczej tego nie skomentuję.

Ocena: 3/10 (ocena za intro)

14. "Policia"
Utwór jest dodatkiem do wersji specjalnej albumu Chaos A.D. Jest to cover grupy Titas, przerobiony ze zwykłego punk rocka na hardcore punk. Początkowo utwór wydawał mi się średni, pomimo tego jest do polubienia. Jest w nim jakaś ostrość. W porównaniu do pozostałych utworów kawałek jest bardzo przebojowy, jest przyjemny dla ucha, ma coś w sobie. Krótki i szybki kawałek, typowy hardcore. Stara Sepultura często grała ten utwór, mieszając go z "Walk" Pantery, "Retribution" Biohazardu oraz "Gene Machine" Bad Brains. Obecnie bardzo często na koncertach gra go Soulfly (w szczególności po wydaniu albumu Conquer). Od tamtej pory Soulfly zazwyczaj łączy ten utwór z "Walk" Pantery, "The Trooper" Iron Maiden, i jeszcze innym którego nazwy nie znam. Utwór jest o brutalności Brazylijskiej policji.

Ocena: 8,75/10

15. "Crucificados Pelo Sistema"
Utwór formalnie nie należy do albumu, ale został dołączony do singla "Refuse/Resist". Utwór jest coverem Ratos De Porao, pomysłodawcą był Andreas Kisser będący fanem tej grupy. Tak samo jak "Policia" jest to typowy hardcore punk - pomimo tego że jest cholernie krótki, jest całkiem ciekawy - słyszymy dobry riff, szybką perkusję i totalny chaos. Pomimo tego utwór może się podobać. Utwór jest o ludziach których los został przypieczętowany przez policję, przez co są "ukrzyżowani przez system".

Ocena: 7/10

Podsumowując Chaos A.D. wygląda nieźle. Zagłębiłem się w niego najlepiej jak się tylko dało, poznając jego zalety i wady. A muszę przyznać warto było tego posłuchać - przez dłuższy czas słyszeliśmy że Sepultura ma niezwykłe poczucie smaku. Teksty i kompozycje zdecydowanie rządziły, niegdyś świeżutkie brzmienie dzisiaj brzmi trochę podstarzale, pomimo tego fajnie się tego wszystkiego słucha. Może i nie jest to aż tak dobre jak Arise, jednak przykro mi to mówić, ale Chaos A.D. był ostatnim tak wielkim sukcesem grupy. Utwory były różnorodne - raz były brutalne i ociężałe, innym razem delikatne, a czasem też pędziły jak popierdolone. Tak samo jak w bonusowej edycji Arise, słyszeliśmy covery które zdecydowanie przerosły oryginały. Chaos A.D. jest albumem z którym każdy fan twórczości Cavalery (ewentualnie groove metalu) MUSI się zapoznać.

Okładka: 10/10
Teksty: 9,75/10
Kompozycje: 9,75/10

Ogólna ocena: 9,75/10

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobre teksty
- Świetny wokal
- Szczerość
- Różnorodność (przechodzenie od lekkości do ociężałości)
- Uniwersalne brzmienie
- Ważny przekaz
- Nieustająca ciekawość i radość ze słuchania

Wady:
- Czasem zdarzyły się nieścisłości w brzmieniu

Obserwuj nas!