Wyszukaj

30 września 2014

Konfrontacja: Judas Priest - Painkiller vs Manowar - Louder Than Hell


Witam was w kolejnej konfrontacji! Przykro mi z tego powodu, że na kolejną konfrontację musieliście czekać znacznie dłużej niż w przypadku poprzednich; nie jestem jakimś tam wielkim fanem zespołów grających New Wave Of British Heavy Metal, ale warto się powołać na różnorodność na naszym blogu, a nie tylko thrash metal, death metal i tym podobne. Dzisiaj zajmiemy się zespołami na których się wychowałem; pamiętam jakby to było wczoraj jak katowałem Judas Priest i Manowar (a konkretnie tylko 3 utwory), kapele naprawdę niczego sobie. Najprawdopodobniej na dłużej się przy nich nie zatrzymam, ale chociaż na ten czas recenzji. Przed wami weterani NWOBHM, Brytyjski prekursor gatunku Judas Priest z albumem Painkiller, oraz amerykańska legenda łącząca ten gatunek z power metalem: Manowar i Louder Than Hell.


Judas Priest - Painkiller


Painkiller jest dwunastym albumem brytyjskiej grupy Judas Priest grającej NWOBHM. Został wydany 3 września 1990 roku nakładem wytwórni Columbia Records. Po serii udanych albumów z lat 80-tych przyszedł czas na zagranie muzyki bardziej nowoczesnej, będącej dziełem łączącym w sobie starą, sprawdzoną szkołę grania z nowoczesnością. Okazja nadarzyła się gdy z grupy odszedł Dave Holland który współpracował z Judas Priest przez 10 lat; został on zastąpiony przez Scotta Travisa grającego wcześniej na basie w Racer X. Brzmienie grupy stało się bardziej agresywne i innowacyjne, przez co album został odznaczony licznymi nagrodami, z miejsca stał się jednym z najlepszych heavy metalowych albumów wszech czasów, zyskał 2 złote płyty i mnóstwo pozytywnych recenzji; album sprzedał się w nakładzie 2 milionów egzemplarzy w 1990 roku. Grupa długo nie cieszyła się z sukcesu, w 1992 roku zespół opuścił Rob Halford.

Okładka wygląda iście rasowo, jest wykonana jednocześnie w stylu Judas Priest. Na powyższej okładce widoczny jest tytułowy "zabójca bólu" w czarnej rycerskiej zbroi jadący na motorze o wyglądzie smoka który zamiast kół ma piły tarczowe. Unosi się on nad miastem niszczonym przez trzęsienie ziemi. Mark Wilkinson się postarał, stworzył naprawdę przyjemną dla oka okładkę która nie wygląda jakby przedstawiała lizaka (Turbo), czy chociażby zabawkowego megazorda (Defenders Of The Faith). Przypomina nieco okładkę najnowszego albumu grupy, Redeemer Of Souls.


1. "Painkiller"
Utwór tytułowy jest jednocześnie openingiem do albumu... ale takim openingiem z jajami, a nie jakieś nie wiadomo co. Na początku swój kunszt prezentuje nam Scott Travis, nowo zatrudniony perkusista. Widać że jest dobry w tym co robi. Po chwili zaczyna się prawdziwa, szybka jazda, coś czego fani Judas Priest jeszcze nie słyszeli - świetny riff, zabójcze tempo (jak na heavy metal), rasowość i atmosfera. Wprawdzie przypomina to odrobinę grę z albumu Defenders Of The Faith, jest jednak o wiele bardziej rozbudowana, więcej w niej nowoczesności i agresji; co chwilę coś zaskakuje, nawet gdy się przesłucha utwór po raz czterdziesty. Cała grupa się zajebiście popisuje - wokalista rasowo wrzeszczy, gitarzysta rytmiczny dobrze się zgrywa z prowadzącym, przy okazji tworząc świetne solówki, a perkusista... słyszeliśmy na początku :) Nie mam tu nic do zarzucenia, świetny początek. Utwór idealnie wpasowuje się do okładki, mianowicie przedstawia tytułowego "zabójcę bólu" - pierwsza zwrotka opisuje go kim jest, i jak wygląda ("szybszy niż pocisk [...] pół człowiek pół maszyna [...] ujeżdża metalową bestię ziejącą ogniem i dymem". W drugiej opisane jest po co przybył ("zniszczone planety, ludzkość upada"), a cała reszta utworu po prostu go wychwala ("szybszy niż pocisk laserowy [...] na wieczność wyzwolony). Tekst jest godny uwagi, warto go przeczytać.

Ocena: 10/10 (+2 za agresję, +3 za nowoczesność i atmosferę, +3 za wokal)

2. "Hell Patrol"
Ten utwór widocznie będzie wolniejszy i lżejszy od poprzednika - owszem, w intrze jest porządne walenie w werble i ostry riff, później jednak "Hell Patrol" zamienia się w przyjemny dla ucha heavy metalowy kawałek. Wprawdzie muzyka nie w moim stylu, ale słucha się jej całkiem przyjemnie, słychać że Sabaton na tej grupie się wzoruje. W porównaniu do Sabatonu Judas Priest brzmi o wiele lepiej, bardziej rasowo - słyszymy dobre rasowe sekwencje riffów, solówki, i kołyszącą lekkość. Wprawdzie wielu fanów docenia ten kawałek, dla mnie jest zwykłą słabostką. Utwór jest o piekielnym patrolu, który przybył by zniszczyć świat.

Ocena: 8/10 (+1 za wokal)

3. "All Guns Blazing"
W kolejnym utworze grupa podkręca tempo; kawałek przypomina nieco "Painkiller" zmieszane z utworami z albumu Defenders Of The Faith. "All Guns Blazing" pod względem nowoczesności nie wyróżnia się zbytnio, kawałek przypomina mi raczej zespolone ze sobą "Jawbraker" z "Painkiller". Pomimo tego kawałek jest całkiem przyzwoity - świetna sekwencja riffów, dobry agresywny wokal Roba Halforda i przede wszystkim perkusista, który po raz kolejny pokazuje swój kunszt. Jedyne co mi się nie podoba to tylko to, że "All Guns Blazing" jest takie krótkie, po Judas Priest spodziewałbym się raczej świetnie skomponowanego długiego utworu. Na tym wady się kończą, "All Guns Blazing" jest naprawdę dobrym kawałkiem metalu. Utwór opowiada o pewnej istocie chcącej zniszczyć ziemię (najprawdopodobniej jest to sam szatan). Nasyła na nią swoją armię.

Ocena: 9,5/10 (+1,5 za rasowość, +1 za wokal)

4. "Leather Rebel"
Początkowo po "Leather Rebel" spodziewałem się czegoś w deseń "Hell Patrol". Słysząc intro domyśliłem się że ten kawałek będzie pędził podobnie do "All Guns Blazing", czy "Painkiller". Wprawdzie jest nieco wolniejszy, ale agresja go nie odstępuje. Kawałek kojarzy mi się trochę z albumami Ram It Down, oraz z Powerslave grupy Iron Maiden. "Leather Rebel" tak samo jak "Hell Patrol" kojarzy się nieco z power metalem, i Sabatonem. Po raz kolejny powiem że jest to znacznie lepsze niż Sabaton; Rob Halford bardzo dobrze śpiewa, tak samo jak w poprzednikach słyszymy kilka świetnych riffów, perkusista daje w gary, ogólnie wszystko świetnie się ze sobą zgrywa. Utwór jest o "skórzanym rebeliancie", który uważa się za typowego super bohatera; osoba ta walczy ze swoimi przeciwnościami jak ze słabszym, nierównym sobie przeciwnikiem, przy okazji jest uważana za kogoś wielkiego. Początkowo myślałem że w "Leather Rebel" może chodzić o Herkulesa, potem jednak zdałem sobie sprawę że utwór może dotyczyć każdego kto bez trudu pokonuje swoje przeszkody.

Ocena: 9/10 (+1 za wokal)

5. "Metal Meltdown"
Po dłuższym wyczekiwaniu przyszedł czas na jeden z najszybszych kawałków na płycie. Utwór otwiera rasowa, heavy metalowa solówka zagrana przez K.K. Downinga. Potem zaczyna się cała akcja; szybkie tempo, bardzo dobre riffy, klimat i wokal. Wszystko wydaje się zgadzać, pamiętam że gdy jeszcze nie miałem styczności z metalem ekstremalnym, to słuchałem Judas Priest; przez jakiś czas słuchałem wszystkich utworów, jednak po jakimś czasie zacząłem mijać "Metal Meltdown", po prostu się znudził. Pomimo tego po tak długim czasie dostrzegam że kawałek jest niczego sobie, w sumie to zawiera wszystko co powinno mieć dzieło z gatunku NWOBHM - rasowe solówki, bardzo dobra kompozycja i przede wszystkim wokal Roba Halforda. Możliwe że wtedy zacząłem po prostu dostrzegać że to gatunek nie dla mnie ;) Utwór jest po prostu o sile metalu, grupa opisuje w sposób metaforyczny jak ten gatunek działa na człowieka.

Ocena: 9/10 (+2 za agresję, +1 za rasowość, +2 za wokal)

6. "Night Crawler"
Po kilku trochę słabszych utworach przyszedł czas na coś porządnego - "Night Crawler"; utwór rozpoczyna się klimatycznym intrem, w tle pogrywa lekki, ale klimatyczny riff. Po chwili zaczyna się właściwa część utworu; czyżby kawałek będący ciemną stroną power metalu? Kawałek kipi agresją i rasowością za razem, ma świetny klimat rodem z metalu lat 90-tych. Wprawdzie zwrotki nie brzmią tak dobrze jak refren, ale mi to nie przeszkadza - lepiej się wyczekuje na refren. Po solówce i dalszym pokazie wokalnym Roba Halforda przyszedł czas na jeden z najbardziej klimatycznych momentów na albumie, coś w rodzaju tego jaki fani słyszeli na "The Sentinel", tyle że o wiele lepszy. W rzeczywistości w "Night Crawler" wyczekuje się przede wszystkim tego momentu, który niszczy człowieka swoim mrokiem; porównać to można do brutalności "Hammer Smashed Face" Cannibal Corpse, tyle że w kategorii atmosfery. Utwór jest o pewnych diabelskich stworzeniach zwanych "night crawlers", które wypełzają spod ziemi, i atakują ludzi. Z tego powodu cała populacja zabezpiecza domy przed atakiem.

Ocena: 10/10 (+4 za atmosferę, +1 za rasowość, +1 za wokal, +2 za agresję)

7. "Between The Hammer & The Anvil"
Utwór rozpoczyna się dosyć niepozornym riffem. Przez chwilę nie mamy pojęcia co może się wydarzyć. W pewnym momencie do tego riffu dochodzi druga gitara tworząc ciekawą atmosferę. Po chwili "Between The Hammer & The Anvil" zamienia się w typowo heavy metalową nawalankę - dobre, motorowe tempo w stylu Iron Maiden, świetny riff, atmosfera i wokal. Kawałek przypomina trochę "Leather Rebel", jest jednak od niego niebo lepszy. Jest to zdecydowanie coś w starszym stylu Judas Priest, bardzo przyjemnie się tego słucha, dopiero teraz słychać że niektóre znajome grupy wzorowały się na tym albumie, tylko "Between The Hammer & The Anvil" ujawnił że tych podobieństw jest więcej niż nam się wydaje. Utwór jest o bogu który osądza grzeszników przekuwając ich grzechy w karę.

Ocena: 10/10 (+2 za atmosferę, +2 za żywiołowość, +1 za wokal)

8. "A Touch Of Evil"
Podobnie jak "Night Crawler", "Touch Of Evil" jest drugim najbardziej klimatycznym kawałkiem na płycie. Co najdziwniejsze, oba utwory mają tą samą długość (5 minut i 45 sekund). Utwór rozpoczyna się od klimatycznego, ciężkiego intra które rozpoczyna się już przy końcu poprzedniego utworu; ten zamykający utwór riff bardzo dobrze się wmieszał w atmosferę "A Touch Of Evil". Słyszymy ociężały (jak na Judas Priest) riff, agresję i przede wszystkim MROK. Sam utwór może wywołać ciarki, atmosfera dobija słuchacza przez cały czas. Podobnie jak w przypadku "Night Crawlera", w pewnym momencie (a konkretnie w czasie solówki) mroczna atmosfera sięga zenitu, przez co "A Touch Of Evil" jest jeszcze przyjemniejsze w słuchaniu. Zdecydowanie jeden z moich faworytów na płycie, obok dwóch poprzednich utworów i "Painkiller". Utwór jest o pewnym człowieku kuszonym przez szatana w skórze kobiety do popełnienia jakiegoś poważnego grzechu. Rob nie opisuje o jaki grzech chodzi, bardziej tutaj chodzi o to jak osoba kuszona traktuje kobietę która chce by zgrzeszył.

Ocena: 10/10 (+4,5 za atmosferę, +1,5 za rasowość, +2 za wokal, +1 za agresję)

9. "Battle Hymn"
Utwór jest 58-sekundowym intrem do utworu "One Shot At Glory". W czasie gdy gra ten "Battle Hymn" słyszymy klimatyczną grę na gitarze w podniosłym stylu. Po raz kolejny kojarzy mi się to z Sabatonem, tyle że ta grupka ze Szwecji dodałaby jeszcze jakieś trąby i chórki. Nie, nie nie! Zdecydowanie wolę to intro bez dodatków, niech tak zostanie.

10. "One Shot At Glory"
Ostatni, jednocześnie najdłuższy kawałek na płycie. Od razu od początku kojarzy się nieco z utworami Manowara i "Hell Patrol". Przez dłuższy czas słyszymy świetny riff, do tego dopasowana perkusja i wokal. Wszystko jest ze sobą idealnie połączone, przez co utworu słucha się jakby został stworzony przez jakichś bogów. Zresztą, wystarczy posłuchać tego podniosłego stylu. Definitywnie, "Battle Hymn" świetnie napędził mnie do posłuchania tego kawałka, zwłaszcza że uważałem go za dosyć przeciętny. Chociaż właściwie grupa Judas Priest nie wie co to znaczy przeciętność, utwór ma świetny, podniosły styl; wprawdzie do Painkillera w ogóle mi on nie pasuje, ale i tak zasługuje na uwagę, zwłaszcza że każda sekunda z tym utworem jest bardzo przyjemna w odsłuchu. Utwór ma iście Sabatonowy klimat i kompozycję, tyle że bez zbędnych chórków i trąbek. "One Shot At Glory" jest czymś w rodzaju hymnu napędzającego do wojny, tyle że w wersji metalowej. Opowiada on o żołnierzach którzy idą na wojnę by walczyć dla chwały.

Ocena: 10/10 (+5 za atmosferę, +3 za intro, +2 za wokal)

Podsumowując fajnie było sobie przypomnieć Painkillera. Jest to definitywnie coś co wyróżnia się pośród tłumu, przy okazji nadając własny nurt. Album można nazwać "ojcem power metalu", głównie dlatego że Painkiller ma po prostu mnóstwo elementów które zbudowały ten gatunek, chociaż wydaje mi się że świat nie potrzebował gatunku power metal; sam album bez orkiestry i chórków brzmiał bardzo dobrze. Wiele rzeczy potrafiło powalić na kolana: otwierający utwór miażdżył, wokal dobijał, porządna atmosfera i mnóstwo zmian w związku z poprzednikiem dolewały oliwy do ognia, właściwie to cała grupa porządnie mną wstrząsnęła. Byle bym zapomniał dodać, że każdy utwór był inny. Wprawdzie można było wyczuć podobieństwa między "Leather Rebel" a "Between The Hammer & The Anvil" czy chociażby "Night Crawler" i "A Touch Of Evil", lecz tak naprawdę nic to nie znaczy. Wszystko brzmi tak jak powinno. Jak już mówiłem NWOBHM nie jest moim ulubionym gatunkiem metalu, ale każdy kto reprezentuje subkulturę metalowców powinien zapoznać się z tym krążkiem (zanim zapyta "dlaczego to gówno jest uważane za jeden z najlepszych albumów heavy metalowych wszech czasów").

Zalety:
- Świetny wokal
- Świetne kompozycje
- Bardzo dobre teksty
- Atmosfera
- Żywiołowość
- Różnorodność
- Początek albumu
- Ciekawy element napędzający do dalszego słuchania albumu ("Battle Hymn")

Wady:
- Nie znalazłem

Okładka: 9,75/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 10/10

Ogólna ocena: 10/10 (album idealny)


Manowar - Louder Than Hell


Louder Than Hell jest ósmym albumem studyjnym amerykańskiej heavy metalowej grupy Manowar. Został wydany 29 kwietnia 1996 roku nakładem wytwórni Geffen Records. Tak naprawdę ósmy album Manowara niewiele wniósł do grupy, no poza tym że na koncertach pojawił się kolejny hit pod nazwą "The Gods Made Heavy Metal". Przy okazji po kilku latach nieobecności do grupy ponownie przyłącza się Scott Columbus, bębniarz grupy. Louder Than Hell było stosunkowo nisko oceniane, nie został również lepiej wyróżniony w porównaniu do poprzednich albumów. Jedyne co mi mówi że ten album nie będzie klapą to trzecie miejsce wśród najczęściej słuchanych albumów Manowara na last.fm (to i tak dużo).

Okładka albumu przedstawia maskotkę grupy - nie wiem jak mam konkretnie go nazwać, jest to jakaś umięśniona postać przypominająca herosa. Ten heros uderza w kowadło (będące symbolem metalu) z taką siłą że rozrywa łańcuchy. Można więc powiedzieć że okładka może mieć swoje przesłanie, w tym przypadku mianowicie chodzi o to że metal ma ogromną siłę, jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody. W sumie to mnóstwo grup nawiązuje do siły wiążącej się z muzyką (np. Biohazard na albumie Urban Discipline, czy chociażby Metallica na The Black Album); Manowar chciał to jednak zobrazować, i jak widać udało się - postać na okładce przedstawiona jest jako potężna istota z którą nie można zadzierać. Okładka nie wygląda źle, ale nie jest też idealna - stwierdziłbym że to raczej coś neutralnego.

1. "Return Of The Warlord"
Od razu na początku można usłyszeć, że pierwszy utwór z albumu Louder Than Hell nie dowali tak mocno do pieca jak "Painkiller" grupy Judas Priest. Nie jest to jednak zarzut, nie byłbym zadowolony, gdyby Manowar dopierdolił tak samo mocno jak Judas Priest. "Return Of The Warlord" ma jednak swoje zalety: żywe, motorowe tempo rodem z "Between The Hammer & The Anvil", dobra sekwencja riffów i świetny refren. Pomimo tego, że utwór jest z 1996 roku, Manowar zagrał iście oldschool'owo, słuchając metalu z lat 90-tych zauważyłem, że muzyka była prostsza i krótsza. "Return Of The Warlord" jest z kolei szybkie, skomplikowane, i ma zajebisty klimat rodem z metalu z lat 80-tych. Nie mam nic do zarzucenia, tak samo jak "Painkiller" utwór jest idealnym rozpoczęciem albumu; "Return Of The Warlord" jest czymś w rodzaju hymnu motorowców. Wokalista oddaje im hołd, opowiadając nam o motorowcach jak o oddzielnej subkulturze, której nikt nie rozumie.

Ocena: 10/10 (+2,25 za atmosferę, +2 za żywiołowość, +1 za rasowość i wokal)

2. "Brothers Of Metal Pt. 1"
Intro do tego utworu jest raczej słabe, rozpoczyna się brzdęknięciem w gitarę, i krzykiem w stylu Roba Halforda. Potem zaczyna się trochę bardziej klimatyczna część utworu, przez co zapominamy o słabym intrze. Ta część kojarzy mi się to trochę z "One Shot At Glory", a także "Return Of The Warlord". Styl, w jakim został napisany utwór kojarzy mi się nieco z Judas Priest, można usłyszeć, że "Brothers Of Metal Pt. 1" ma tak samo podniosły klimat jak wiele kawałków grupy Judas Priest. To mi jednak nie przeszkadza, "Brothers Of Metal Pt. 1" jest bardzo przyjemnym dla ucha kawałkiem, nawet pomimo tego że grupa nie zrezygnowała z power metalowych przyzwyczajeń. Manowar wychwala gatunek heavy metal ponad wszystkie inne, uważając, że ten gatunek sam w sobie jest doskonały głównie za sprawą ciężkiego brzmienia. Podczas słuchania utworu doszedłem do wniosku, iż "Brothers Of Metal" brzmi jakby miał jednoczyć wszystkie grupy grające metal, a także ich fanów.

Ocena: 9,5/10 (+1 za atmosferę, +2 za żywiołowość i rasowość, +1 za wokal)

3. "The Gods Made Heavy Metal"
Najprawdopodobniej mój numer jeden na tej płycie, "The Gods Made Heavy Metal" jest czymś w rodzaju kontynuacji "Brothers Of Metal Pt. 1". Jest jednak od niego szybsze, i bardziej brytyjskie. Tak samo jak w poprzednich utworach wokalista świetnie manipuluje swoim głosem powodując, że utwór ma świetny, podniosły klimat. Oprócz dobrego wokalu słyszymy również dosyć prosty jak na ten gatunek riff, pomimo tego nie przeszkadza mi to. Wciąż można pomyśleć, że "The Gods Made Heavy Metal" został nagrany w połowie lat 80-tych. Inną zaletą jest to, że utwór ma dosyć prosty tekst, przez co łatwo jest się go nauczyć. Do dzisiaj "The Gods Made Heavy Metal" jest jednym z najlepiej wspominanych przeze mnie utworów, głównie za sprawą prostego tekstu, żywiołowości i jednocześnie samego znaczenia tego utworu, mianowicie "The Gods Made Heavy Metal" tak samo jak poprzedni utwór wychwala heavy metal ponad wszystkie inne gatunki, zupełnie jakby został stworzony przez bogów.

Ocena: 10/10 (dałbym nawet 11)

4. "Courage"
Początkowo w przypadku "Courage" dałem się nabrać na dowcip z intrem. To co mnie jednak najbardziej zaskoczyło to to, że to nie jest intro! Po chwili słyszymy spokojnym głosem zaśpiewaną zwrotkę, zupełnie jakby Eric Adams (wokalista) uważał się za drugiego Axla Rose'a lub Freddiego Mercury'ego. Po ponad minucie utwór się wzmacnia, pianino cichnie, i rozbrzmiewają gitary. Jak widać "Courage" jest zwykłą balladą z bardzo dobrym klimatem. Porównując ten utwór do ballad Metalliki (nie wliczając przereklamowanego "Nothing Else Matters") czy chociażby Nirvany można uznać że ta ballada jest dosyć słaba, po trzech agresywnych utworach liczyłbym raczej na coś co wprawdzie nieco zwolni tempo, ale nie aż tak! Prawdopodobnie gdybym nie zdążył poznać wcześniej wymienionych artystów, uznałbym to za balladę dobrą, tak to po prostu nie jest w moim stylu. "Courage" jest utworem skierowanym do fanów, by ci pomimo trudności myśleli pozytywnie, i potrafili walczyć ze swoimi przeciwnościami. By ich do tego zachęcić, jako przykład podają żołnierzy którzy walczą na wojnie.

Ocena: 7,5/10

5. "Number 1"
Po spokojnym "Courage" grupa wraca do motorowych klimatów. "Number One" od samego początku kojarzy mi się z paroma utworami grupy Megadeth. Wprawdzie czekałem na solidne pierdolnięcie jak w przypadku trzech pierwszych utworów. Tymczasem tutaj czegoś brakuje, zupełnie jakby ktoś z niego coś usunął. Gdy zaczyna się wstęp do refrenu, utwór brzmi jak zwolnione "The Gods Made Heavy Metal", chociaż jest nieporównywalnie gorsze. Zabrakło mi trochę tej głębi i żywiołowości, kawałek tak łatwo w ucho nie wpada, i rozkręca się dopiero pod koniec. Nie brak tutaj jednak rasowego klimatu, który działał bardzo pozytywnie na każdy utwór. Gdy posłuchałem solówki trochę się zaniepokoiłem, mianowicie nie jest ona tak dobra jak w przypadku poprzednich utworów; gdy tam na nie czekałem, ta z "Number 1" wydaje mi się wykastrowana ze wszelkiej zajebistości. Pomimo tego utwór mieści się w normach, i na pewno powyżej 8,5 dostanie. "Number 1" jest swego rodzaju dopingiem skierowanym do fanów. Ma im to pomagać w osiągnięciu celu na który ciężko pracują.

Ocena: 9/10 (+1,25 za rasowość, +1 za klimat i wokal)

6. "Outlaw"
W porównaniu do poprzedników akcja zaczyna się praktycznie od razu; słychać że utwór jest ostrzejszy od poprzedników. Manowar chciał to najprawdopodobniej osiągnąć za sprawą podwójnej stopy, i ostrzejszego brzmienia gitary rytmicznej, zupełnie jakby "Outlaw" pochodziło z innego albumu. Wprawdzie lubię ostrzejsze kawałki, ale im dłużej tego słucham tym szybciej dochodzę do wniosku iż do Manowara ten styl kompletnie nie pasuje. Wydaje mi się to trochę przesadzone, zupełnie jakby grupa chciała się podporządkować grupom grającym cięższe odmiany metalu. W przypadku tego utworu jedyną ciekawą rzeczą jest solówka, dalej to po prostu robi się zwykła ciężka napierdalanina bez serca i bezsensowne darcie ryja (tak, rapsy gratulujcie mi, metale skrytykujcie). Po prostu pod koniec zacząłem zasypiać przed monitorem, to takie nudne... Utwór jest o pewnym kowboju który uważa się za mistrza pojedynków. Tak w ogóle, samo znaczenie "Outlaw" skojarzyło mi się z "Faster Than You'll Ever Live To Be" Exodusa z albumu Pleasures Of The Flesh.

Ocena: 6/10 (-2 za słabą grę, +1 za wokal)

7. "King"
O nie... kolejny utwór zagrany na pianinie. Na 100% będzie to coś w stylu "Courage". Najbardziej mnie dziwi to, że ten utwór jest lepszy. Eric Adams pokazuje że ma potężny głos nawet w tak lekkim brzmieniu, poza tym sama kompozycja wydaje mi się przyjemniejsza dla ucha. Najbardziej jednak zostałem zaskoczony w połowie pierwszej minuty. Myślę sobie "to jednak nie będzie ballada!". Od tej pory utwór przypomina nieco "Return Of The Warlord", kawałek wydaje się być strasznie pusty... w każdym razie tylko w czasie zwrotki, bo w czasie refrenu się rozkręca. Po niedługim czasie "King" nabiera na rasowości przez co staje się jednym z najbardziej rasowych kawałków na albumie. Jednak w tym przypadku muszę powiedzieć że to nie jest tak dobre jak trzy pierwsze utwory, ale ujdzie. Tak samo jak w przypadku "Number 1", utwór jest swego rodzaju dopingiem który ma pomóc w osiągnięciu celu.

Ocena: 8,5/10 (+4 za rasowość, +2 za bardzo dobry wokal na początku)

8. "Today Is A Good Day To Die"
Na początku nie słyszymy nic, dopiero potem słyszymy wszelką kompozycję. Czego mógłbym się spodziewać po "Today Is A Good Day To Die"? Wydaje mi się że jest to ballada. Owszem, ma w sobie poważny klimat rodem z "Battle Hymn", jednak jest znacznie dłuższe. Dopiero po jakimś czasie domyśliłem się że ten utwór jest tak naprawdę utworem instrumentalnym. Nie ma bata, ten kawałek kipi poważnym klimatem, do tego dodać jeszcze parę scenek z filmu "Władca Pierścieni" i mamy bardzo dobrze zespolony ze sobą obraz i dźwięk. Szczerze powiedziawszy tak na pusto, bez filmu słucha się go dosyć dziwnie. Co najdziwniejsze, nie chciało mi się przełączać na następny utwór, przesłuchałem to do końca.
Ocena: 9,5/10 (+6 za atmosferę)

9. "My Spirit Lives On"
Utwór jest czymś w rodzaju kolejnej części "Today Is A Good Day To Die". Na początku słyszymy szybkie pogrywanie na gitarze, zupełnie jakbyśmy za chwilę mieli się spodziewać rasowej thrashowej sieczki. Niedługo potem zauważyłem że jest to kolejny instrumental, a konkretnie gitarowa solówka. Czyżby grupa chciała udawać Metallikę? Najprawdopodobniej się tego nie dowiem. Szczerze powiedziawszy wolałbym gdyby "My Spirit Lives On" był po prostu częścią "Today Is A Good Day To Die", po co właściwie nagrywać kolejny utwór tylko po to by zaprezentować gitarowe solo? Nie mam pojęcia po co jest ten zabieg, jedyne co mi tutaj pasuje to to, że gitarzysta potrafi grać melodyjne kompozycje.

Ocena: 6,75/10 (+2 za profesjonalizm gitarzysty)

10. "The Power"
Ostatni utwór jest wreszcie czymś bardziej normalnym. Od początku słyszymy całkiem niezłą, rasową kompozycję. Zdecydowanie odzwyczaiłem się od szybszych utworów Manowara po przesłuchaniu dwóch poprzednich kawałków. Właściwie to słychać że "The Power" jest praktycznie tak samo ostre jak "Outlaw", w porównaniu do niego zostało jednak jakoś tam zagrane; jest znacznie bardziej rasowo, uszy się nie męczą, a grupa nie brzmi jakby brała skądś tam niepotrzebne wzorce. Po prostu jest to nieco cięższy utwór, i tyle. Ponownie słyszymy podwójną stopę, głośny werbel, ostrą solówkę. Utwór jest o pewnej tajemniczej mocy w człowieku, która pozwala mu pokonywać wszelkie przeciwności.

Ocena: 8/10

Podsumowując Louder Than Hell jest całkiem sympatycznym albumem. Niestety, spodziewałem się czegoś znacznie lepszego. Manowar niezbyt się popisał, bowiem z tej płyty mógłbym wyróżnić raptem 4 utwory, reszta jest raczej słaba. Wprawdzie grupa grała według starych standardów rodem z lat 80-tych, wokalista się nieźle popisywał, a gitarzyści i perkusista brzmieli nieźle, ale w paru momentach po prostu wszystko się sypało (np. "Courage", czy chociażby "Outlaw"). Do Manowara kompletnie nie pasują agresywne utwory które w tym przypadku psują podniosły klimat. Ballady stworzone z ich rąk również kuleją; są po prostu nijakie, są raczej utworami na 1 raz. Gdyby nie te potyczki Louder Than Hell byłby zapewne czymś co można porównać do Painkillera.

Zalety:
- Pierwsze 3 utwory (totalne mistrzostwo!)
- Świetne teksty
- Mistrzowska rasowość
- Żywiołowość
Świetny wokal
- Ciekawe utwory instrumentalne
- Wielka miłość do gatunku

Wady:

- Cięższe utwory nie zawsze są lepsze
- Słabe ballady

Okładka: 7,5/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 8,75/10

Ogólna ocena: 9/10

22 września 2014

Recenzja: Six Feet Under - Graveyard Classics


Witam w kolejnej recenzji! Z reguły na naszym blogu nie zajmujemy się albumami kompilacyjnymi, wydaje mi się jednak że dzisiaj miałem pewien powód. Najprościej było wytłumaczyć to, że po prostu chciałem zapoznać się z twórczością byłego wokalisty death metalowców z Buffalo, Chrisa Barnes'a. Ponieważ były wokalista grupy na początku lat 90-tych nie miał sobie równych w gatunku brutal death metal, postanowiłem sprawdzić jak sobie radzi obecnie. Przesłuchałem kilka utworów z różnych albumów, jednak najbardziej przyciągnęły moją uwagę znane tytuły (nie te z Cannibal Corpse) z albumu Six Feet Under - Graveyard Classics

Graveyard Classics jest czwartym albumem (w tym pierwszym kompilacyjnym) grupy Six Feet Under. Został wydany 24 października 2000 roku nakładem Metal Blade Records. Chris Barnes jest znany nie tylko z ostrych występów w Cannibal Corpse. Fani którzy bardziej zagłębili się w jego twórczość wiedzą, że Chris kocha klasyczny hard rock i metal. Ci którzy wolą go jako brutal metalowego wokalistę nawet nie próbowali zagłębiać się w jego twórczość poza Cannibal Corpse. Słuchając niektórych utworów Six Feet Under mam wrażenie że ich niechęć jest bardzo uzasadniona; sam miałem problem z zagłębieniem się w jakikolwiek album. Do Graveyard Classics przyciągnęły mnie dziwnie znajome tytuły, takie jak "T.N.T.", czy chociażby "Piranha". W sumie wiem że są to covery innych znanych zespołów, zobaczymy jednak czy Chris Barnes nie zabrał się za nie od dupy strony. Album wyjątkowo słabo się sprzedawał, zyskiwał przy tym niskie noty.

Okładka przedstawia czaszkę wykopaną z ziemi trzymaną przez człowieka. Artwork został wykonany przez Paual Bootha, tatuażystę i malarza. Wygląda ona naprawdę dobrze, z początku skojarzyła mi się ze zdjęciem Dead'a z Mayhem z albumu Dawn Of The Black Hearts z 1995 roku. Czaszka trzymana przez pewną osobę jest przedstawiona w bardzo brutalny, brudny i niepokojący sposób, zapewne jedyny bez kiczu. Jedyne co mi trochę przeszkadza, to pewne zboczenie związane z Cannibal Corpse. Zastanawiam się, gdzie jest krew? Gdzie rozczłonkowane ciała, porozwalane flaki, trupy uprawiające seks, czy chociażby zarobaczone narządy płciowe (taak, zboczenie to słowo bardzo na miejscu)? W każdym razie na wszystkich albumach Six Feet Under będzie nam tego brakować. Nie ma sensu dalej o tym wspominać, porozrzucane flaki na kartce papieru zastępuje nam świetnie narysowana czaszka.


1. "Holocaust"
Rozpoczyna się pierwszy utwór z albumu Graveyard Classics; "Holocaust" oryginalnie został stworzony przez grupę Savatage. Od samego początku pokazywana jest bardzo pozytywna strona tego albumu. Słyszymy bardzo dobry riff zagrany przez nisko nastrojone gitary, oraz porządną perkusję. Nie brzmi to jak rock, czy chociażby heavy metal. Słychać że ten kawałek jest czymś bliżej groove metalu, jednak nie jestem pewien. Po wokalu można się spodziewać tego że jest to death metal, nie zrozumcie mnie źle, jednak ten kawałek wydaje mi się ciut za lekki na death metal. Nie potrafię więc tego określić. Pomimo tego album całkiem nieźle się rozpoczął, "Holocaust" jest do polubienia. Oryginał również brzmi całkiem nieźle, chociaż tak naprawdę Savatage nie jest w moim stylu. Utwór grupy Six Feet Under wydaje się być bardziej do polubienia. Utwór jest o niepewnej przyszłości, która może czekać świat. Grupa Savatage w ten sposób chciała ukazać ludzki strach przed przyszłością, wojną i cierpieniem.

Ocena: 9,25/10 (+1 za rasowość)

2. "T.N.T."
Jak można się domyśleć, utwór jest coverem AC/DC. Szczerze powiedziawszy trochę boję się tego utworu, zwłaszcza dlatego że w oryginale brzmi on naprawdę kosmicznie. Wydaje mi się że połączenie gatunku death metal z muzyką AC/DC jest idealnym przepisem na katastrofę. Dobra, włączam - na początku utwór bardzo fajnie się rozkręca w heavy metalową mini rozróbę. Nawet "oj, oj" zrobione przez wokalistę brzmi dobrze, idealnie na koncerty. Chyba niepotrzebnie się... zaczyna się zwrotka, i moje uszy zostają zgwałcone przez niepotrzebnie brutalny wokal Chrisa. Cholera, co to właściwie jest?! Świetna kompozycja z nisko nastrojonymi gitarami nakręca do dalszego słuchania, a wokal kaleczy mózg! Zamiast muzyki Metalliki w więzieniach powinni stosować ten kawałek, słuchając tego gówna chciałbym sobie strzelić w łeb! Nie rozumiem, jak można zniszczyć klasykę hard rocka jaką jest "T.N.T."?! Zdrada! Utwór jest po prostu o pewnym człowieku, który opisuje się jako ktoś z kim nie powinno się zadzierać. AC/DC pokazało w ten sposób, że ktoś kto walczy o swoje marzenia może w przyszłości być kimś ważnym. Może być też osobą z którą wszyscy będą się liczyć.

Ocena: 3/10 (+3 za kompozycję, -7 za wokal)

3. "Sweet Leaf"
Utwór jest coverem grupy Black Sabbath. Przewiduję to samo co w przypadku poprzednika: świetną kompozycję, i niedopasowany wokal. Zobaczymy; na początku słyszę kaszel, potem natomiast rozbrzmiewają gitary i perkusja które grają całkiem przyjemną dla uszu kompozycję. Ten riff zagrany na nisko nastrojonej gitarze kojarzy mi się trochę z "In Bloom" Nirvany z albumu Nevermind. Co do tego utworu to raczej mam mieszane uczucia, mianowicie wokal brzmi lepiej niż w poprzedniku. Pomimo tego dalej drażni, bardzo gryzie się z kompozycją. Z czasem po prostu się zamyślam, i ignoruję ten wokal. Wiem jednak że prawdziwy fan Black Sabbath by tego nie przełknął, i ocenił utwór z miejsca 0/10. By nikogo tu nie obrazić, powiem że jedyne co brzmi naprawdę ciekawie to kompozycja, wokal z kolei jest głupim żartem ze strony byłego lidera Cannibal Corpse. "Sweet Leaf" jest o człowieku który "zakochał się" w liściu. Liść w tym przypadku jest symbolem osoby wyzwolonej, nieprzejmującej się problemami i wiejącej na wietrze. Można więc powiedzieć że wokalista dziękował dla tej osoby za to czym emanuje. Zdecydowanie, Chris Barnes wybrał zły utwór na to by zaśpiewać go w stylu "Hammer Smashed Face".

Ocena: 3,25/10 (+2,75 za kompozycję, +0,5 za rasowość, - 6 za wokal)

4. "Piranha"
Tego utworu boję się tak samo jak jego dwóch poprzedników. Tym razem nie dlatego że jest to hard rock, mianowicie przeraża mnie to że jest to cover... Exodusa! A pamiętam że "Piranhą" długo się rajcowałem, bardzo go lubiłem; jedyne co mnie tam nie przekonywało to tylko to że kawałek był trochę niespójny (ale Paula Baloffa na wokalu się ceniło, i to jak!). Na początku słyszymy słynne walenie w gary, i dobry riff. Muszę jednak powiedzieć że ten został sknocony, znacznie lepiej zagrała to nowa Sepultura w wersji bonusowej albumu Roorback (o dziwo). Tam nie pasował mi wokal, i sztuczność wokalisty. Tutaj najprawdopodobniej słysząc jeden wyraz krew mi pójdzie z uszu. Przez dłuższy czas "Piranha" brzmi całkiem przyzwoicie; do wokalu. Nawet oryginalnie "Piranha" jest bardzo agresywna, wersja zagrana przez Six Feet Under jest bardzo mocno przesadzona. Wprawdzie wiele osób nie ma nic przeciwko thrashowym utworom przemianowanym na death metalowe, ale Chris przesadził, i to grubo. "Piranha" jest o piraniach jako zwierzętach o szatańskiej naturze. W utworze nazywane są "pupilami Lokiego".

Ocena: 1/10 (+1 za kompozycję -7 za wokal)

5. "Son Of A Bitch"
Kolejny utwór jest coverem niemieckiej grupy Accept. Grupy praktycznie nie znam, wiem jedynie że jest niemieckim odpowiednikiem Judas Priest. Jeżeli się nie mylę, to najprawdopodobniej i ten cover będzie do dupy. Na początku wita nas całkiem niezła kompozycja, budząca lekkie skojarzenia z Cannibal Corpse. W tym momencie brakuje mi trochę napierdalania Paula Mazurkiewicza. Po chwili riff się zmienia, i pojawia się wokal. Kompozycja jest naprawdę przyjemna dla ucha, "Son Of A Bitch" pod tym względem brzmi naprawdę rasowo. Wokal jest rzeczą która psuje wszystko... całe szczęście nie jest jego dużo, tak więc nasze uszy nie są nadmiernie kaleczone. Refren również został sknocony, w wersji instrumentalnej "Son Of A Bitch" na pewno dostałby ode mnie całkiem wysoką ocenę, a tak... niestety. Oryginał jest o niebo lepszy. Utwór jest skierowany do pewnego kłamcy, który obiecuje ludziom których spotkał drogę na szczyt. Pomimo tego wszyscy wiedzą, że ten nie wywiąże się z obietnicy.

Ocena: 5/10 (+3 za kompozycję, -4 za wokal)

6. "Stepping Stone"
"Stepping Stone" oryginalnie został stworzony przez zespół Paul Revere And The Riders. Ten utwór jest zdecydowanie najdziwniejszym coverem na płycie. Kto wie, może będzie nawet lepszy od poprzedników? Paul Revere And The Riders jest grupą która gra muzykę przypominającą trochę The Beatles (!). Od początku "Stepping Stone" przypomina nieco "Smells Like Teen Spirit" Nirvany zmieszane z klasycznym punk rockiem. Tak samo jak w przypadku poprzedników kawałek został fajnie zagrany (słyszymy bardzo dobry, rasowy riff), ale... też kiepsko zaśpiewany, właściwie chyba najgorzej spośród wszystkich! Chris Barnes wydaje z siebie dziwne dźwięki przypominające najaranego metalowca... właściwie to nawet bym się nie zdziwił (Chris Barnes jest również znany z palenia marihuany przed śpiewem). Gdyby ten cover stworzyła grupa Dead Kennedys, czy chociażby Nirvana, na pewno słuchałoby się tego zajebiście, a tak to pozostał tylko niesmak, coś jak w przypadku "Apes Of God" nowej Sepultury. Zdecydowanie, dla Chrisa Barnes'a powinno się dawać kawałki grup pokroju Deicide, Nile, czy chociażby Behemoth; to co zostało rasowo zagrane, zostanie również przez niego źle zaśpiewane. Utwór jest skierowany do dziewczyny, która nie chce chodzić z chłopakami z niższych sfer.

Ocena: 6,25/10 (+2,5 za kompozycję, -7,25 za wokal)

7. "Confused"
Utwór jest coverem grupy Angel Witch. Nazwa zespołu od którego oryginalnie pochodzi "Confused", kojarzy mi się nieco z Black Sabbath, tak więc mam wrażenie że wiem czego się spodziewać. Poza tym, tytuł "Confused" również niczego dobrego nie wróży. Po włączeniu utworu wiecie już co chcę powiedzieć: "zajebista kompozycja, chujowy wokal". Nie chce mi się tego dłużej komentować, wokal ssie na całej linii. Utwór w oryginale kojarzy mi się trochę z albumem Ride The Lightning, ale to już nawiasem mówiąc; przynajmniej jest to lepsze niż wersja Six Feet Under. Utwór jest o samotnej osobie, która szuka zrozumienia w społeczeństwie. Po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że to jest niemożliwe.

Ocena: 0,5/10 (+0,5 za kompozycję, -8 za wokal)

8. "California Uber Alles"
Nie mam pojęcia czego mogę się spodziewać po punkowym coverze grupy Dead Kennedys. Wszystko jednak wskazuje na to że utwór będzie tak samo spieprzony jak poprzednie; 7 kawałków, i żadnych większych zmian! Dobra, włączam. Na początku słyszymy kompozycję nieco w stylu nowej Sepultury z czasów Against; początkowo brzmi to całkiem nieźle, po chwili jednak dochodzi wokal. I tego zresztą się spodziewałem, kaleczenia całkiem niezłego kawałka. Gdy się rozkręca, możemy usłyszeć śmieszny krzyk ala Seth Putnam (najlepszy moment na całej płycie). Kto zna Anal Cunt, ręka w górę! Szczerze mówiąc wolałbym usłyszeć "California Uber Alles" zaśpiewane przez Setha Putnama, głównie dlatego że z czasem riff zaczyna ryć banię (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), a niezrozumiałe darcie mordy do punkowej muzyki może brzmieć naprawdę zabawnie; jak ktoś chce wiedzieć o co mi chodzi, polecam zapoznać się z Anal Cunt. Ogólnie mówiąc kawałek jest całkiem niezły, wprawdzie nie jest to jakieś wielkie objawienie, ale dla kogoś kto lubi Anal Cunt na pewno się spodoba. Utwór jest o byłym gubernatorze Kalifornii, Jerrym Brownie; opisywana jest tu jego historia.

Ocena: 7,5/10 (-2 za wokal, +2 za kompozycję, +3 za "IAAAAAAAAA!!!")

9. "Smoke On The Water"
Utwór jest coverem grupy Deep Purple. Tak samo jak w przypadku "Confused" i poprzednich numerów spodziewam się czegoś słabego. Co najlepsze, mam już styczność z tym utworem po raz drugi; mianowicie "Smoke On The Water" słyszałem już na albumie Dirty Money, Dirty Tricks grupy Acid Drinkers. Z reguły covery oceniam dosyć nisko, ale tamten mi się spodobał (zresztą, jak chcecie wiedzieć więcej odsyłam do recenzji Acid Drinkers). Utwór rozpoczyna się całkiem nieźle, chociaż zdecydowanie bardziej jestem przyzwyczajony do wyższego nastrojenia gitar w tym numerze, ale nie szkodzi - póki co brzmi bardzo przyzwoicie. Gdy kawałek się rozkręca słyszymy, że ciężkie brzmienie zostało tutaj wmuszone na siłę: w czasie gdy pogrywa riff słyszymy bas, który jest o wiele głośniejszy niż gitara (co już źle świadczy). Co najdziwniejsze, wokal Chrisa nie brzmi aż tak źle w czasie zwrotki. Nie pasuje mi on jedynie w czasie refrenu, ale i tak nie spodziewałem się tego że wokal będzie brzmiał w miarę dobrze. Znacznie bardziej przeszkadza mi wcześniej wspomniany bas. Utwór jest o pożarze który odbył się pod koniec 1971 roku w kasynie Franka Zappy. Deep Purple miało mieć sesję nagraniową w studiu nagraniowym wynajętym od The Rolling Stones.

Ocena: 6,25/10 (-2,5 za wokal, -3,25 za bas głośniejszy od gitary)

10. "Blackout"
Utwór jest coverem niemieckiej grupy The Scorpions. Ponieważ słyszałem kilka utworów tej grupy, dobrze wiem że Chris Barnes spieprzy ten utwór; wiadomo że grupa gra mieszaninę heavy metalu i hard rocka. No to zaczynamy... Gdy utwór się rozpoczyna wydaje się że nie będzie aż tak źle. Kompozycja brzmi całkiem nieźle, ostrzejsze brzmienie bardzo dobrze tutaj pasuje. W zwrotce wokal brzmi beznadziejnie, w ogóle nie pasuje do kompozycji. Co do refrenu, to jestem miło zaskoczony - Chris Barnes zatrudnił byłego wokalistę Anthraxa, Johna Busha który zaśpiewał refren na rockowo. Chociaż i tak na dłuższą metę nawet on nie pomaga, w końcu Graveyard Classics to zespół Chrisa Barnes'a. Pomimo tego ten utwór mogę uznać za jedyny w miarę normalny na tej płycie, John Bush ratuje utwór w najlepszych momentach. Zdążyłem przy okazji zapoznać się z oryginałem, który wprawdzie nie jest w moim stylu, ale brzmi naprawdę przyzwoicie; wszystko wydaje się być idealnie ze sobą zespolone, ale kto wie - może szerzej wypowiem się na ten temat kiedy indziej? Zobaczymy. "Blackout" jest o pewnym człowieku, który zawsze uciekał przed swoimi problemami. Gdy zdał sobie sprawę, że nie da rady przed nimi uciec, zdobywa się na odwagę by z nimi walczyć.

Ocena: 5/10 (+3 za wokal Johna Busha, -3 za wokal Chrisa Barnes'a)

11. "Purple Haze"
W przypadku tego utworu (tak samo jak w "Stepping Stone" spodziewam się czegoś naprawdę złego, mianowicie utwór jest coverem... Jimiego Hendrixa! Ile Chris zielska wypalił, że zechciało mu się robić cover takiego gitarzysty jak Hendrix?! Wiem że w oryginalnej wersji "Puprle Haze" utwór brzmiał bardzo rasowo (zdecydowanie jeden z najbardziej rasowych kawałków jakie słyszałem). Im dłużej tego słucham tym bardziej wydaje mi się że to co zrobi Chris to namiastka gówna. Ale dobra, zamiast pieprzyć o Jimim Hendrixie lepiej zajmę się Six Feet Under. Na początku utwór nie brzmi aż tak źle; kompozycja jest całkiem przyzwoita. Nagle po wysłuchaniu słonecznego wstępu słyszymy darcie mordy Chrisa, które NISZCZY przyjemność ze słuchania utworu. Spośród wszystkich utworów na płycie, tutaj wokal brzmi najgorzej; zapewne dlatego że Chris zaśpiewał do muzyki, która względnie jest bardziej rockowa od poprzednich numerów. Sama kompozycja sprawia że można pomyśleć o lecie, do czasu gdy usłyszymy samego wokalistę. Aż mnie ciary przechodzą, właściwie to nie wierzy mi się że to słyszę! Koszmar! Patrząc na tekst utworu nie dziwi mnie wcale ta delikatna, nieagresywna kompozycja; utwór jest o kimś, kto zjarał się marihuaną, przez co bełkocze o tytułowej fioletowej mgiełce.

Ocena: 0/10 (+1 za kompozycję, -9 za wokal)

12. "In League With Satan"
Utwór jest coverem grupy Venom. Wreszcie, coś na czym w przypadku Six Feet Under można zawiesić ucho! Patrząc na tytuł mam wrażenie że kawałek będzie ostrą jazdą; może niekoniecznie w stylu Cannibal Corpse, ale na pewno będzie to lepsze od poprzednich kawałków. Na początku słyszymy odwrócone walenie w werbel, i jakąś wiadomość (trochę jak intro do utworu "Bonzai Kamikazi" grupy Cavalera Conspiracy). Wiem że w grupie Venom to intro tworzyło świetny, szatański klimat... tutaj z kolei brzmi jakby zostało zrobione na odpierdol, wydaje mi się to takie dupowate. Im dalej tego słucham tym bardziej zdaje mi się że "In League With Satan" będzie słabe. Słyszymy spokojną, aczkolwiek rasową kompozycję, oraz ostry wokal Chrisa Barnes'a. Kompozycja owszem, jest niezła, ale sam wokal wywołuje we mnie mieszane uczucia, mianowicie w ogóle nie pasuje do kompozycji, ale do tekstu już tak (jak dłoń w rękawiczkę)! Utwór jest o osobie, która uważa się za antychrysta. Opowiada o tym, jak przechodzi się po piekle, i osacza wszystkich którzy przechodzą się w nocy w samotności.

Ocena: 5/10 (-3 za niedopasowanie, -2 za beznadziejne intro)



Podsumowując album jest zły. I bynajmniej nie chodzi mi o to że jest szatańsko zły jak Chris w czasie swojej kariery w Cannibal Corpse, ten album jest tak beznadziejny że klękajcie narody! Słuchając tego albumu domyślałem się że album ocenię nisko, ale żeby aż tak? Praktycznie wszystkie utwory zostały spierdolone, słuchając tego krwawiły mi uszy! Świetna, rockowa kompozycja + brutal death metalowy wokal Chrisa? Niee, to się po prostu nie klei! Chłopaki z Six Feet Under mieli całkiem niezły pomysł na wyostrzenie tego albumu, jednak to było do przewidzenia że album się tak po prostu zepsuje z powodu wokalu. W tym przypadku bardzo pasuje komentarz Setha Putnama z Anal Cunt na temat samego Chrisa w utworze "Chris Barnes Is A Pussy" ("Wywalili cię z Cannibal Corpse bo jesteś do dupy, założyłeś Six Feet Under, i oni też są do dupy!"). Może i Chris w dzisiejszych czasach gra kiepsko, ale w Cannibal Corpse na pewno nie był do dupy, szczerze powiedziawszy znacznie bardziej wolę go od George'a Fishera. Na otarcie łez macie Chrisa Barnes'a w formie w jakiej powinien być zawsze. Ave \m/


Zalety:
- Świetne, rasowe kompozycje
- Różnorodność
- Brak nudy

Wady:
- Niedopasowany wokal Chrisa
- POMYSŁ NA ALBUM


Okładka: 9,75/10
Teksty: BRAK OCENY
Kompozycje: 8,75/10
Dodatkowa ocena (wokal): 0,25/10

Ogólna ocena: 2/10

15 września 2014

Konfrontacja: KAT - 666 vs Exodus - Pleasures Of The Flesh


Witam w kolejnej konfrontacji! Metal nie jest dla mnie nowością - przez 5 lat jarania się tym gatunkiem muzyki zdołałem poznać całkiem sporą ilość grup i albumów. Zatrzęsienie tego powstało jednak po utworzeniu naszego bloga; czasem usilnie staramy się szukać albumów do recenzji. Częściej jednak szukamy albumów na spokojnie, bez nerwów i pośpiechu. Postanowiłem zabrać się za kolejny polskojęzyczny album. Dotychczas uważałem że muzyka metalowa w polskiej wersji nie jest dobra (aby od tego zacząć postanowiłem przesłuchać kilka utworów Frontside, niestety wydały mi się one słabe). Postanowiłem natrafić na trochę bardziej zapomniany zespół, mający swoje najlepsze czasy w latach 80-tych. Tak przesłuchałem KATa; ponieważ nie wiedziałem z czym miałbym skonfrontować ich pierwszy polskojęzyczny album, postanowiłem zrobić konfrontację polskiego weterana thrash/black metalu z dawnym czarnym koniem amerykańskiego thrash metalu. Przed wami: KAT - 666 i Exodus - Pleasures Of The Flesh.


666 jest drugim albumem KATa. Został on wydany w maju 1986 roku nakładem wytwórni Klub Płytowy Razem. Ponieważ album jest polskojęzyczną wersją albumu Metal And Hell, od razu lepiej omówię początki (a wcześniej wspomnianego albumu nie będę nawet recenzował, uznajmy to za jedno i to samo). Początki KATa jakiego dzisiaj znamy są dosyć nietypowe. Grupę założył Piotr Luczyk, gitarzysta grupy. Facet w miarę szybko pozbierał skład, znalazł też menedżera... pozostało tylko zatrudnić wokalistę i gitarzystę rytmicznego. Grupa jeszcze bez Romana Kostrzewskiego grała rock instrumentalny, dopiero potem gdy zatrudniono Romana, ten wprowadził własną wizję grupy, i zaproponował by KAT wzorował się na takich osobistościach jak Venom, czy chociażby Metallica. Roman Kostrzewski przejął pełną kontrolę: napisał wszystkie utwory (nie licząc "Nocy Szatana"). Krążek do dziś jest najbardziej cenionym dziełem KATa, został sklasyfikowany na 8 miejscu w plebiscycie "najlepsza płyta w historii polskiego metalu".


Okładka na górze przedstawia czaszkę na którą pada światło (najprawdopodobniej księżyca). W centrum widnieją liczby "666", z kolei na górze jest ukazane logo KATa. Widać że grupa nie miała zamiaru wydawać fortuny na stworzenie okładki... zresztą, co jak co jest to drugi album studyjny grupy, więc nie spodziewajmy się fajerwerków. Wydaje mi się że KAT chciał w prosty sposób ukazać mroczną atmosferę albumu. Znacznie bardziej wolę okładkę anglojęzycznego odpowiednika, Metal And Hell; ta z kolei (dolna) przedstawia pentagram ozdobiony w łańcuchy, płomienie, oraz narzędzie katów. Wydaje mi się że ta okładka została wykonana lepiej, poza tym pomysł był całkiem fajny. Wprawdzie nie lubię prostych okładek, ale ta wygląda bardzo fajnie (zwłaszcza jako okładka pierwszego albumu).


1. "Metal I Piekło"
Ten utwór powinien uzyskać pierwsze miejsce w rankingu "Top 10 najlepszych rozpoczęć albumów" (o ile taki ranking istnieje) - na początku słyszymy niepozorne intro, które za chwilę przeistoczy się w świetny riff rodem z Ameryki (w kwestii pierwszego utworu znacznie lepiej prezentuje się od "Hit The Lights" Metalliki i "Evil Has No Boundaries" Slayera). Jak na grupę biorącą wzorce z zachodu przystało, wokal Romka w czasie zwrotek jest niezrozumiały. Niestety, jest to dosyć spora wada: Romek jest tak przesterowany, że brzmi jak stara babcia która nawołuje swoje wnuki na herbatę. Pomijając wokal utwór brzmi naprawdę znakomicie - "Metal I Piekło" rozpoczął album na miarę "Bonded By Blood" Exodusa - agresja, przebojowość i przede wszystkim "piekło" które miały nakręcić słuchacza na następne utwory. Co do wersji z albumu Metal And Hell, nie mam zamiaru szerzej tego komentować - Romek nie potrafi śpiewać po angielsku, i to najprawdopodobniej jest największa wada "Metal And Hell". Utwór jest skierowany do fanów, którzy ze względu na to że są metalami, są nierozumiani; wówczas KAT podaje im rękę, i mówi że "rozdepcze kłamców".

Ocena: 9,75/10 (+1 za świetny początek, +2 za rasowy thrash/speed, +1 za żywiołowość, -1 za wokal)

2. "Diabelski Dom, część I"
Drugi utwór jest wolniejszy od poprzednika, jednak dobra atmosfera nie jest przerywana - początek utworu kojarzy mi się trochę z albumami Kill 'Em All Metalliki oraz Are You A Rebel grupy Acid Drinkers. Gdy utwór przyspiesza, możemy usłyszeć naprawdę rasową kompozycję; wprawdzie mało ma to wspólnego z "Metal I Piekło", ale nie narzekam - pierwsza część "Diabelskiego Domu" również brzmi przyzwoicie. Można tego słuchać i słuchać, głównie za sprawą (jak już mówiłem) rasowości która wręcz wylewa się z głośników, zapewne w tym momencie grupa inspirowała się Motorhead'em. Jedyną wadą jest najprawdopodobniej refren, który trochę drażni. Co do wokalu, ten raczej ujdzie. Znacznie gorzej słuchało mi się romka na "Metal I Piekło". Utwór jest o pewnym człowieku który ze względu na swoją ciekawość odwiedził tajemniczy, tytułowy diabelski dom. Wokalista opisuje nam wizje i obiekty które główny bohater zastał w tym domu. Czytając tekst utworu można zauważyć, że "Diabelski Dom" przypomina nieco wiersz.

Ocena: 10/10 (+3 za rasowość +2 za żywiołowość)

3. "Morderca"
Pierwsza dwójka dała solidnie w kość; przyszedł czas jednak na coś, co na pewno doleje oliwy do ognia. Początkowy riff, i cała reszta tylko nakręcają mnie do tego, bym posłuchał tego dłużej. Pamiętam jak pierwszy raz posłuchałem tego albumu; początkowo uznawałem że nie ma nic lepszego niż "Metal I Piekło" i "Diabelski Dom, część I". "Morderca" jednak jest świetny, raczy nas swoim brutalnym, mrocznym i żywiołowym (jak w Exodusie) klimatem. Najlepszą częścią utworu jest zdecydowanie refren: wówczas słyszymy świetny riff, poważny głos Romka i chórki robiące "uuuuuuuuuuu". Nie widziałem wcześniej podobnego zabiegu w muzyce; może jestem niedouczony w tej sprawie, ale to naprawdę dodaje klimatu do utworu. To co mi przeszkadza w tym utworze to wokal Romka który brzmi jakby miał anginę, oraz część po refrenie składająca się ze słów wyłącznie po angielsku. Najprawdopodobniej Romek nie miał pomysłu na tekst. Niby jest to jedyna wada utworu, ale wydaje mi się że nonsensem byłoby skreślać "Mordercę" z tego powodu. Jak sam tytuł wskazuje, utwór jest o mordercy. Tytułowy bohater nie ma na celu zabijać każdego, jego celem są ludzie którzy grzeszą.

Ocena: 9,75/10 (+3 za atmosferę, +1 za żywiołowość i agresję, -1 za wokal)

4. "Masz Mnie Wampirze"
W przypadku tego utworu, na wstępie zniechęca mnie intro - riff wydaje się być kiepskim wyborem na intro. Dopiero potem zaczyna się cała akcja, i utwór zaczyna przypominać nieco "Diabelski Dom, część I". Potem jednak się rozkręca - słyszymy dobrze dopasowaną kompozycję do riffu, bardzo dobrą zwrotkę... i słabszy refren. Wiedziałem że ta chwila kiedyś nastąpi. Nawet po jednym z najciekawszych wstępów z jakimi miałem do czynienia musiał zdarzyć się kwiatek w postaci "Masz Mnie Wampirze". Pomimo tego jest jedna ciekawa zaleta: niepozorny utwór, a ma mnóstwo zwrotów akcji. Dwa najciekawsze według mnie to "ooooo" wykonane przez Romka w piętnastej sekundzie pierwszej minuty, oraz solówka w 20 sekundzie drugiej minuty (dziwnie znajoma, ludowa melodia). Zapewne ta zaleta ratuje utwór. Pomimo tego "Masz Mnie Wampirze" nie jest taka dobra jak poprzednie utwory. Utwór jest o pewnym mężczyźnie, który zakochał się w wampirzycy. Pod względem tekstowym utwór przypomina trochę stare polskie piosenki z lat 60-tych, poniekąd świadczy to o rasowości.

Ocena: 8,25/10 (+2 za rasowość)

5. "Czas Zemsty"
Patrząc na tytuł można pomyśleć że to kolejna napierdalanka w stylu "Morderca" lub "Metal I Piekło". Okazuje się że jest to ballada... ba. Bardzo delikatna ballada, trochę jak "The Unforgiven" Metalliki. Utwór jest magiczny: mroczny i smutny nastrój sprawia że utwór przenosi nas na chwilę na stary koncert KATa w późnych latach 80-tych. Brakuje mi tu tylko deszczowego dnia, szarych bloków, oraz Nysek, Polonezów i Maluchów jadących z punktu A do B. Im dłużej się tego słucha, tym więcej znajdujemy ciekawych momentów. Raz znajdziemy świetny riff, innym razem naprawdę przygnębiającą chwilę... czasem też ciekawy zwrot akcji. I kompozycja, i tekst są na naprawdę wysokiej jakości. Oczywiście miałem też okazję zapoznać się z anglojęzyczną wersją tej ballady. Tamtą wersję najprawdopodobniej oceniłbym 8,25/10, ze względu na beznadziejny tekst. Tutaj jest wszystko w najlepszym porządku. Nawet Romek który brzmi jakby wetknął sobie w nos gałąź bardzo dopasował się do tego utworu. Utwór "Czas Zemsty" został zainspirowany jedną z najbardziej znanych historii biblijnych: Apokalipsą św. Jana. Mowa jest tu o pewnej biblijnej postaci - Abaddonie; kreatura ta była aniołem zagłady, wyłaniała się z piekielnych czeluści by karać wszystkich tych którzy nie mają bożej pieczęci na czołach.

Ocena: 10/10 (+3,5 za atmosferę)

6. "Noce Szatana"
"Noce Szatana" rozpoczyna się rasowym, speed metalowym riffem. Kawałek od samego początku jest bardzo żywiołowy, chyba najbardziej spośród wszystkich utworów z tego albumu. Wydaje mi się że po takiej balladzie jak "Czas Zemsty", taki szybki, wesoły utworek jest tutaj przydatny. Podoba mi się w "Nocach Szatana" ta nieopisana rasowość w stylu Venoma, nie jest to jeszcze styl jaki KAT będzie prezentować w przyszłości, jednak ten kawałek już prezentuje się naprawdę ciekawie. Słyszymy w nim zajebisty, koncertowy refren oraz solówki. Przesłuchując wersję z singla "Ostatni Tabor", miałem pewien niedosyt pod względem brzmieniowym. Utwór brzmiał trochę biednie, jednak gdybym tak naprawdę oceniał sam wokal, dałbym mu 10/10. Tutaj oczywiście Roman Kostrzewski brzmi jakby połknął żywą rozdymkę. Tak samo jak w przypadku "Masz Mnie Wampirze" tekst utworu ma charakter starej polskiej piosenki. Utwór można raczej określić jako mroczny odpowiednik muzyki w której tekst najczęściej dotyczy tańca.

Ocena: 9,5/10 (+2 za rasowość, -1 za wokal)

7. "Diabelski Dom, część III"
Początkowo zastanawiałem się, czemu na tym albumie nie było części drugiej "Diabelskiego Domu". Dopiero potem zauważyłem ją na krążku Oddech Wymarłych Światów (chociaż mam wrażenie że wytwórnia zapomniała po prostu dodać część drugą). Tak samo jak w części pierwszej jest rasowo. Tempo jest jednak nieco szybsze; widać że utwór jest słabszy niż część pierwsza. Rasowości jednak również mu nie brakuje; przez cały utwór słyszymy przyjemny, oldschool'owy riff trochę w stylu Motorhead, do tego towarzyszy mu perkusja która w ogóle nie zmienia tempa (widać że tutaj najważniejszym elementem są gitary). Ogólnie mówiąc trzecia część "Diabelskiego Domu" jest bardzo zgrabnym, przyjemnym w słuchaniu kąskiem. Tekst w porównaniu do części pierwszej dotyczy czegoś zupełnie innego; gdy część pierwsza "Diabelskiego Domu" była o... wizjach w tym domu, w części trzeciej jest mowa o pewnym sługusie szatana, który poszukuje dziewicy do... igraszek.

Ocena: 9,5/10 (+ 0,25 za atmosferę, +2 za rasowość)

8. "Wyrocznia"
Po czterech lżejszych utworach przyszedł czas na kawałek który powinien miażdżyć tak samo jak "Morderca" lub "Metal I Piekło". Intro jeszcze na to nie wskazuje, jednak po chwili "Wyrocznia" ukazuje swoje prawdziwe oblicze - KAT postawił tutaj bardziej na mroczny klimat i ciężką grę, niżeli na iście rasowe kawałki... nie oznacza to jednak że "Wyrocznia" nie jest rasowa. Przez dłuższy czas słyszymy sekwencję ciekawych riffów, do tego dobra zwrotka i niezrozumiały refren (pomimo tego ten tylko dowala poważnej, mrocznej atmosfery do utworu). W połowie drugiej minuty kawałek przeistacza się w typowo thrashową napierdalaninę; zawsze słuchając tego fragmentu nazywam go "Exodusem", głównie dlatego że... to po prostu jest moment żywcem wyciągnięty z utworu "Piranha" z albumu Bonded By Blood. Wokalnie "Wyrocznia" prezentuje się podobnie jak "Noce Szatana", czy "Metal I Piekło", mianowicie nie jest to jakieś wielkie objawienie. Utwór jest o tytułowej wyroczni, która przewiduje katastrofy jakie wkrótce nawiedzą świat.

Ocena: 9,75/10 (+3 za atmosferę, +0,5 za rasowość, -1 za wokal)

9. "Czarne Zastępy"
Ten utwór mogę uznać jako mojego faworyta, głównie z tego powodu że jest to pierwszy utwór KATa jaki polubiłem. Początkowo wita nas krótkie, niepozorne intro. Po chwili zaczyna się cała akcja: słyszymy szybką, thrashową kompozycję, z mrocznym klimatem przypominającym najbardziej "Mordercę". Według mnie "Czarne Zastępy" obok "Czasu Zemsty" jest najlepszym kawałkiem na płycie, przede wszystkim za sprawą najlepszej kompozycji i ciekawych zwrotów akcji (najlepszy to gwizdy wokalisty pod koniec pierwszej minuty). Co najdziwniejsze, utwór brzmi nawet nieźle w wersji z albumu Metal And Hell (jedyne do czego bym się tutaj przyczepił to tytuł "Black Hosts"). W przypadku wokalu, w "Czarnych Zastępach" KAT osiągnął szczyt. Głos Romana wprawdzie jest przesterowany podobnie jak w poprzednich utworach, jednak tutaj brzmi on naprawdę okropnie, trochę jak becząca koza, albo dziecko! Utwór jest o duszach które za swoje grzechy poniewierają się w piekle.

Ocena: 9,75/10 (+3 za atmosferę, +1 za agresję)

10. "666"
Album kończy się utworem, który tak samo jak "Metal And Hell" ciekawie się rozpoczyna - na początku słyszymy wrzaski, słowa "szatan" i dobry riff. W czasie zwrotki utwór przeistacza się w coś co wydaje się być kompromisem pomiędzy trzecią częścią diabelskiego domu, a "Wyrocznią". Tak samo jak w trzeciej części "Diabelskiego Domu", świetny rasowy klimat ciągnie się bardzo długo. W przypadku tego utworu szatański klimat daje się bardziej odczuć w porównaniu do poprzedników. Sam utwór wydaje mi się średni; w każdym razie po tylu świetnych utworach, ostatni lekko niepozorny utwór może zmęczyć. Zdecydowanie najciekawszą rzeczą w utworze jest tekst. Jak sama nazwa wskazuje, utwór jest o tematyce satanistycznej. Tak samo jak w utworach "Masz Mnie Wampirze" i "Noce Szatana", pod względem tekstowym kawałek może skojarzyć się ze starymi polskimi piosenkami tanecznymi. Nie potrafię dokładniej rozwinąć o czym jest ten utwór, więc po prostu powiem że jest on o szatanie.

Ocena: 9/10

Podsumowując album 666 jest czymś co zdecydowanie zasługuje na podziw. Początkowo uznawałem krążek za idealny, do czasu gdy nie posłuchałem go ponownie. W słuch rzucił mi się przesterowany wokal. Co gorsza, można było tego uniknąć! Roman brzmiał jakby najadł się mentosów i popił je dietetyczną Colą, czasem też darł się jak staruszka. Co do reszty: teksty brzmią raczej dobrze, nie są one jakieś idealne. Wiem że KAT czekał jeszcze na zmiany, ale i tak chłopaki byli na dobrej drodze. Co do kompozycji, nie mam żadnych zastrzeżeń, chłopaki z Katowic zagrali naprawdę na wysokim poziomie; trochę zawiało Venomem, Motorheadem i Exodusem, ale to szczegół. Każdy utwór jest inny. Jedyne co je łączyło to to, że wszystkie były agresywne, rasowe, i miały bardzo dobrą atmosferę. Na pewno wpłynie to na ocenę ogólną. Pomimo tego że 666 ma jakieś tam wady, zdecydowanie gorąco polecam się z nim zapoznać, rasowe, polskie granie. Udowodniliśmy obcokrajowcom że Polska nawet za czasów komuny potrafiła zagrać z mocą :)

Zalety:
- Różnorodność

- Świetne kompozycje
- Żywiołowość
- Bardzo dobre teksty
- Świetny, mroczny klimat

Wady:
- Słaby angielski Romana Kostrzewskiego (dotyczy wersji anglojęzycznej Metal And Hell)

- Kiepski, przesterowany wokal



Okładka: 6,5/10 (PL), 8/10 (ENG)
Teksty: 8,5/10 (PL), 3/10 (ENG)
Kompozycje: 10/10

Ogólna ocena: 9,5/10



Exodus - Pleasures Of The Flesh


Pleasures Of The Flesh jest drugim albumem studyjnym Exodusa. Został wydany 7 października 1987 roku nakładem wytwórni Combat Records. Po udanym Bonded By Blood z powodu konfliktu z Garym Holtem, z grupy odchodzi Paul Baloff, tekściarz i wokalista grupy. W zamian został zatrudniony Steve Zetro Souza, niegdysiejszy wokalista grupy Testament. Reakcja fanów była oczywista; wszyscy byli niezadowoleni z tego powodu, że po wydaniu świeżo upieczonego klasyka thrashu odchodzi ważny wokalista. Z tego powodu Pleasures Of The Flesh nie był już taki popularny. Ba, zyskiwał niskie noty! Pomimo tego wiem, że ocenom z internetu nie zawsze warto ufać. Najlepszym dowodem jest to, że album zyskał 82 miejsce w rankingu The Billboard 200. Kto wie, może nawet wysoko go ocenię?

Okładka przedstawia ówczesny skład Exodusa. Od lewej do prawej: Tom Hunting (perkusja), Rick Hunolt (gitara prowadząca i rytmiczna), Rob McKillop (gitara basowa), Gary Holt (gitara prowadząca i rytmiczna) oraz Steve Souza (wokal). Chłopaki z Exodusa siedzą sobie w barze Cannibal Bar*Grill, i czekają na żarcie/piwo. Jak już mówiłem w czasie recenzji Wonderful grupy Circle Jerks, nie przepadam zbytnio za okładkami które przedstawiają zdjęcia danych grup. Nie chodzi mi raczej o to, że chłopaki na zdjęciu wyszli śmiesznie, albo po prostu są do bani (ale nie są); bardziej chodzi mi o to że grupa poszła na łatwiznę, poza tym jak mówiłem wcześniej, zdjęcie grupy pasuje bardziej do albumu rodzinnego.


1. "Deranged"
Album rozpoczyna się bezsensowną, długą opowieścią jakiegoś gościa. Mówi nam o jakiejś rozróbie, i jedzeniu sałatek... nuudy! Ja tu czekam na muzykę! Po niecałej minucie zaczyna się - widać że to nie ma nic wspólnego z poprzednikiem, Bonded By Blood. Utwór jest szybki i thrashowy, ogólnie nie został zagrany najgorzej - słyszymy całkiem niezły riff, oraz dobrą perkusję. Nawet Zetro bardzo dobrze się wpasował, chociaż tak naprawdę Paul Baloff zaśpiewałby to lepiej. W pewnym momencie utwór zaczyna się nudzić. W kółko pogrywa ten sam riff, żadnej zmiany tempa, perkusista napierdala jak drum machine... Dopiero po jakimś czasie coś zaczyna się dziać - zmienia się riff. Tyle... niedługo potem następuje koniec utworu. Widać że grupa żyła jeszcze końcówką albumu Bonded By Blood, przez co "Deranged" zostało widocznie sknocone. Utwór jest o pewnej osobie, która zamordowała niewinnego. Osoba ta wie, że po całym zdarzeniu zostanie poddana lobotomii, dlatego by tego uniknąć próbuje udawać wariata. Psychiatra jednak ustala, że podmiot liryczny jest zdrowy psychicznie.

Ocena: 6,25/10

2. "'Til Death Do Us Part"
Drugi utwór rozpoczyna się bębnieniem perkusji, trochę w stylu "Piranha". Po chwili zaczyna się akcja; kawałek przypomina połączenie starych dobrych utworów z Bonded By Blood z innymi, nowszymi. Póki co nie narzekam - słyszymy dobry riff, tempo w stylu "And Then There Were None". Widać że grupa próbowała wypracować styl zupełnie odmienny od tej który miała Metallica za czasów Kill 'Em All. Ogólnie mówiąc kawałek nie wygląda aż tak źle; w tym przypadku wokal Steve'a Souzy trochę mnie irytuje, po raz kolejny jest to kawałek idealny dla Paula Baloffa. Kompozycja sama w sobie jest całkiem niezła: dobre riffy i praca perkusji, i poważna atmosfera utworu trochę jak w "Piranha" i "A Lesson In Violence"... kawałek nieporównywalnie lepszy od "Deranged", aczkolwiek nie taki dobry jak te pierwsze z Bonded By Blood. Utwór jest o twórczości Exodusa. W "'Til Death Do Us Part" wokalista przekazuje wiadomość dla tych, którzy ich nie rozumieją że będą grali pomimo wszystkich przeciwności.

Ocena: 7,75/10

3. "Parasite"
Od razu kawałek kojarzy mi się nieco z utworem "Dziewczyna w Cierniowej Koronie" KATa, z albumu Oddech Wymarłych Światów. W każdym razie na początku słyszymy bardzo podobny riff. Niedługo potem rozkręca się - słyszymy agresywne, bezsensowne granie - perkusista wkurza co chwilowym waleniem, przy okazji zagłusza gitary. Najprawdopodobniej w tym utworze najbardziej wysilił się Zetro - jego wokal jest dobrze dopasowany do atmosfery utworu (zamierzonej). Przez cały czas utwór brzmi jak Circle Jerks na sterydach, mianowicie: ma bezsensowne i nudne brzmienie. Jedyną ciekawszą rzeczą w utworze jest solówka która rozświetla ten utwór. Chociaż i tak dla "Parasite" raczej nie ma ratunku. Solówka pasowałaby gdyby Gary Holt i Steve Souza bardziej postarali się nad utworem. "Parasite" jest o końcu świata, który zostanie spowodowany przez pasożyty. Zostaną one wprowadzone do ludzkiego organizmu przez wściekłe owady.

Ocena: 6,75/10

4. "Brain Dead"
Sprawdzam informacje na Wikipedii na temat utworu, i widzę że utwór napisał Paul Baloff... Noo, może po takim czasie usłyszę w końcu coś ciekawego? Od początku słychać że kawałek jest bardzo w stylu Bonded By Blood... słyszymy bardzo dobry riff, dopasowaną perkusję i ciekawy, heavy metalowy klimat. Wiem że Paul Baloff zaśpiewałby to najlepiej, chociaż Zetro również się postarał. Jego wokal nie jest taki agresywny, ale ujdzie. Wprawdzie nie jest to takie dobre jak pierwszy utwór z poprzedniego albumu, ale ujdzie, przynajmniej lepsze to niż trzy pierwsze kawałki. W pewnym momencie utwór zaczął się nudzić, na całe szczęście pod koniec - widać że Paul wiedział kiedy najlepiej jest przestać, i wybrał na to niezły moment. Utwór jest skierowany do człowieka będącego albo sparaliżowanym, albo w wiecznej śpiączce. Grupa zastanawia się nad tym, czemu takich ludzi utrzymuje się przy życiu, jak oni przecież "nie żyją".

Ocena: 8,5/10 (+1 za rasowość)

5. "Faster Than You'll Ever Live To Be"
Patrząc na twórców tego tekstu wydaje mi się, że i ten utwór będzie czymś trudnym do przełknięcia. No nic, zobaczmy. Włączam. Na początku słyszymy ciekawe intro, następnie utwór rozkręca się w coś co przypomina nieco "A Lesson In Violence" zmieszane z "Metal Command". Przez dłuższy czas kawałek prezentuje się całkiem nieźle. Słyszymy dobrą kompozycję i wokal, nic na siebie bez pytania nie włazi, a utwór nie jest nudny. I po raz kolejny muszę również stwierdzić że lepiej zaśpiewałby były wokalista, Paul Baloff. Utwór jest o pewnym kowboju który znany jest z tego, że szybko wykańcza swoich przeciwników. Opowiada on o uczestnictwie w pojedynkach, które jak można się domyśleć, zawsze wygrywał.

Ocena: 8,75/10 (+1,25 za rasowość, +0,5 za żywiołowość)

6. "Pleasures Of The Flesh"
Utwór rozpoczyna się czymś, co nieco przypomina odgłosy kanibali w dżungli. Kojarzy mi się to nieco z intrem do albumu Are You A Rebel grupy Acid Drinkers... jeśli ktoś czytał tą recenzję (i słuchał tego albumu) zapewne pamięta jak dziwne było to intro. Tak samo to z "Pleasures Of The Flesh" robi z mózgu krojone kotlety. W każdym razie jak na Exodusa jest to bardzo nietypowe, ale pasuje do tytułu. Wydaje mi się że to intro ma budować napięcie do właściwej części... powiem że nawet się sprawdza; od początku kawałek kojarzy mi się z "Bonded By Blood". Zresztą, patrząc na to kto napisał ten utwór nawet nie dziwi mnie to dlaczego wszystko jest tak spójne. Oczywiście Paul Baloff to pisał. Przez cały czas towarzyszy nam ciekawa, typowo Exodusowa atmosfera. Słyszymy kilka ciekawych riffów, oraz porządną kompozycję. Wprawdzie "Pleasures Of The Flesh" nie jest tak dobre jak "Bonded By Blood", ale znacznie bardziej pasuje jako utwór otwierający w zamian za "Deranged". Utwór jest o plemieniu kanibali żyjącym w dżungli. Grupa opisuje jego brutalność która pojawia się podczas kontaktu z ludźmi ze świata zewnętrznego.

Ocena: 9/10 (+1 za rasowość, +1 za żywiołowość)

7. "30 Seconds"
"30 Seconds" jest 40 sekundowym (?) utworem instrumentalnym zagranym na gitarze akustycznej. Przypomina trochę budową i stylem utwór "The Abyss" Sepultury z albumu Schizophrenia. W porównaniu jednak do dzieła Sepultury ten kawałek jest znacznie bardziej prymitywny, i nie ma w nim absolutnie żadnego piękna; brzmi jakby został zagrany przez naćpanego Hiszpana z paraliżem palca środkowego. Co do tytułu, jest on trochę dwuznaczny; z jednej strony oznacza długość utworu, a z drugiej... nieważne, rozpisałem się. "30 Seconds" przypomina mi bardziej jakiś zapychacz, który pojawił się znikąd, widać jednak że efekt nie do końca udał się dla Exodusa.

Ocena: 4/10

8. "Seeds Of Hate"
Po marnym "30 Seconds" dostajemy po raz kolejny kawałek stworzony przez Paula Baloffa. Widać na pierwszy rzut... uchem, kto pisze lepsze utwory. Od początku jesteśmy raczeni bardzo dobrą kompozycją w stylu albumów Show No Mercy i Bonded By Blood. "Seeds Of Hate" wydaje mi się być raczej trollingiem ze strony Paula; kawałek nadzwyczaj mocno przypomina "Crionics" Slayera, nie tylko z kompozycji ale i wokalu. Może wokalista wiedział że Gary zamierza go wyrzucić z zespołu, i specjalnie napisał coś co pogrąży Exodusa? Nie wiem, możemy się tylko domyślać. Co do samego utworu, jest on dosyć długi i zróżnicowany. W pewnym momencie ten Slayerowski klimat znika, i ujawnia nam się w całej swojej krasie Bonded By Blood. Utwór jest o nienawiści, która według grupy jest rozpylana na Ziemi niczym zaraza.

Ocena: 8,5/10

9. "Chemi-Kill"
Niestety, jak na razie (do czasu albumu Tempo Of The Damned) koniec z utworami napisanymi przez Paula Baloffa. Powracamy do prymitywnych brzmień. Chociaż czy aby na pewno? Numer piąty pomimo że został napisany przez Steve'a Souzę i Gary'ego Holta oceniłem wysoko. Zobaczymy jak będzie teraz... utwór rozpoczyna się całkiem nieźle brzmiącym intrem. Niedługo potem rozbrzmiewa całkiem porządny kawałek: słyszymy dobry riff, ze świetną atmosferą. "Chemi-Kill" przypomina nieco "Piranhę". Widać że w tym przypadku główną inspiracją były teksty pisane przez Paula Baloffa; Zetro zaśpiewał to naprawdę przyzwoicie; cały kawałek brzmi bardzo dobrze, nie mam większych zastrzeżeń. W sumie czegoś takiego bym się od Zetro nie spodziewał. Grupa najprawdopodobniej myślała wówczas o następcy Pleasures Of The Flesh, stąd ta zmiana. W utworze grupa krytykuje ludzi (polityków), którzy są odpowiedzialni za zanieczyszczanie środowiska. Grupa porównuje tą czynność do zabijania ludzi.

Ocena: 9,5/10 (+1 za rasowość, +2 za atmosferę)

10. "Choose Your Weapon"
Ostatni utwór zaczyna się oldschool'owym riffem będącym nieco w stylu Metalliki i Suicidal Tendencies. Niedługo potem zaczyna się "akcja". Słyszymy średni riff, oraz perkusję która brzmi jak zacięta płyta. Poza tym, wokalista brzmi dosyć słabo; ogólnie mówiąc mamy powrót do początków albumu. Aż się dziwię że "Choose Your Weapon" został wybrany jako ostatni utwór, przecież to nie jest zbyt ciekawe; kawałek przypomina mi "Deranged", głównie dlatego że jest on niesamowicie prosty, a jedyną ciekawą rzeczą jest rasowa solówka. I tyle w temacie. Utwór jest skierowany do człowieka, który uważa że lubi ryzyko. Grupa jednak przedstawia się jako prawdziwi ryzykanci, i "udowadniają" pozerom co to znaczy ryzyko. Nie do końca rozumiem sens tego utworu. Możliwe że "Choose Your Weapon" jest skierowane do jakiejś osoby, którą Gary lub Zetro znali.

Ocena: 6,5/10

Podsumowując zawiodłem się na tym albumie. Nie sądziłem że po odejściu Paula Baloffa grupa byłaby w stanie aż tak mocno spaść z poziomu! Co najlepsze, jest to bardzo dobrze uwidocznione: mamy utwory pisane przez Zetro, oraz Paula. Widać gołym okiem które są lepsze, a które nie. W utworach pisanych przez Zetro mieliśmy do czynienia najczęściej z muzyką prymitywną i nudną, niewiele się działo, a schematy były powtarzalne. Co do utworów pisanych przez Paula nie miałem większych zastrzeżeń, wszystkie brzmiały bardzo dobrze. Jedyne czego mi najprawdopodobniej w nich brakowało, to samego Paula Baloffa który zdecydowanie był mistrzem w swoim fachu. Słuchając tego "dzieła" wydaje mi się że pewna część fanów ma rację; może rzeczywiście Exodus skończył się na Bonded By Blood? Może po prostu nie powinienem brnąć dalej w muzykę grupy? Zobaczę z czasem.

Zalety:
- Dobre teksty
- Niezły wokal

- Niektóre utwory zostały napisane przez Paula Baloffa
- Różnorodność

Wady:
- Brak rasowości

- Okładka
- NUDA
- Znaczne obniżenie poziomu w porównaniu do poprzedników
- Słabe kompozycje


Okładka: 4/10
Teksty: 8/10
Kompozycje: 6,75/10

Ogólna ocena: 6,25/10

7 września 2014

Recenzja: Grip Inc. - Power Of Inner Strengh


Witam w kolejnej recenzji! Na początku wytłumaczę się z rezygnacji z nowego wyglądu. Zmiana wyglądu recenzji była nieco spontaniczna, bardziej to był mój pomysł żeby co nieco pozmieniać. Recenzja ta była prezentacją dla mojego wspólnika MrCommando1995 (nie wiedziałem jak miałem opisać projekt, wolałem więc sprawdzić czy będzie to dobrze wyglądać na blogu). Ponieważ wprowadzanie zmian na naszym blogu opiera się na pozytywnej decyzji obu stron, rezygnujemy z tej zmiany; wszystko zostaje po staremu. Dzisiaj na warsztat wezmę recenzję od dawna przez nas planowaną: Grip Inc. - Power Of Inner Strengh.

Power Of Inner Strengh jest pierwszym albumem Grip Inc. Został wydany 7 marca 1995 roku nakładem SPV Records.Wielu fanów ciężkiego brzmienia wie kim jest Dave Lombardo. Odpowiedź nasuwa się sama: "perkusista Slayera". Cóż... wielu fanów do dzisiaj twierdzi, że bez Dave'a Slayer się nie liczy, jest tylko jedną z wielu grup thrash metalowych. Chociaż powiem wam, że albumy z Paulem Bostaphem również miały coś w sobie (wiecie, eksperymenty). Były bębniarz Slayera założył Voodoocult w 1993 roku, a po rozpadzie Grip Inc. w 1995 roku. Tak naprawdę między Grip Inc. a Voodoocult nie było większych różnic, dlatego nie rozumiem czemu Waldemar Sorychta i Dave Lombardo musieli zakładać nową grupę Grip Inc. Album zyskiwał pochlebne recenzje.

Okładka jest fotografią pewnej komórki / szczepu / mięśnia w ludzkim ciele. Nie potrafię w 100% stwierdzić, co przedstawia ta fotografia... Kto wie, możliwe że są to migdałki, krwinki, komórki obronne, czy chociażby... nowotwór. W sumie to nawet nie zdziwiłbym się gdyby to właśnie nowotwór był obiektem na okładce. W sumie tytuł bardzo pasuje, "Power Of Inner Strengh" oznaczające niezbyt znaną, niszczycielską siłę. Fotografia kojarzy się nieco z okładkami Metalliki w połowie lat 90-tych ( albumy Load i Reload), z tą różnicą że nie ma tutaj rozlanego moczu czy krwi zmieszanej ze spermą, jest to po prostu prawdziwe zjawisko potrafiące narobić inspiracji do tworzenia. Pomysł bardzo ciekawy, podoba mi się.


1. "Toque De Mueto"
"Toque De Muerto" jest intrem do albumu. Kojarzy mi się nieco z albumem Roots Sepultury, głównie za sprawą tych plemiennych bębnów. Od razu widać, że intro miało zbudować napięcie. Na początku brzmi bardzo niepozornie, z każdą chwilą jednak bardzo się zmienia. Nie jest ono złe, jednak spodziewałem się większych fajerwerków, zwłaszcza że perkusistą był Dave Lombardo.

2. "Savage Seas (Retribution)"
Po "Toque De Muerto" zaczyna się akcja - od razu jesteśmy raczeni niezłą kompozycją - dobry riff, i wokal... niestety, perkusja nieco mnie zawiodła - trochę za mało tutaj pałera. Słucham jednak dalej. Pomimo tej słabej gry Dave'a, jestem dziwnie nakręcony, dobrze wiem że ten utwór jest ciszą przed burzą. Tak naprawdę Dave nie ma prawa nas zawieźć pod tym względem - może i ten kawałek jest w większości zagrany na stopie, ale pomimo tego kawałek ma coś w sobie. "Savage Seas" jest nawiązaniem do historii w biblii o 10 plagach, i potopie - mianowicie w utworze wypowiada się bóg, który raczej przypomina zwykłego kata i tyrana, niżeli miłosiernego i sprawiedliwego władcę. Być może grupa chciała nam w ten sposób przekazać fakt, iż bóg tak naprawdę przeczy sam sobie?

Ocena: 8/10 (wraz z intrem)

3. "Hostage To Heaven"
Początek utworu, i od razu grupa dowala do pieca: słyszymy Slayerowo - Testamentową sieczkę, z gitarą rytmiczną trochę jak w Incite. Gdy usłyszałem ten świetny riff, nie mogłem się doczekać co będzie dalej. I warto było. Świetne zwrotki i refren, bardzo dobre zgranie, ciekawe zwroty akcji, oraz agresja w stylu Slayera. Wszystko jest na swoim miejscu; kawałek kojarzy mi się nieco z "Silent Scream" Slayera z albumu South Of Heaven. Jak już mówiłem, Dave Lombardo grał wcześniej w Slayerze, tak więc nie mogę uznać tego brzmienia jako skopiowane, co najwyżej jako wcześniejsze doświadczenia bębniarza. W utworze grupa krytykuje religię, uznaje ją jako siłę godną ludzi słabych. Iście Slayerowo :)

Ocena: 10/10 (+2 za agresję i rasowy thrash)

4. "Monster Among Us"
Od razu jesteśmy witani przez dziwnie znajome intro, nieco w stylu Korna. Po chwili słyszany riff się wzmacnia; w tym przypadku mam wrażenie że nie jest to wszystko co grupa nam w tej chwili zaprezentowała, teraz czekam na więcej. Intro się trochę dłuży, jednak nie przeszkadza mi to. Intro nie pozwala mi zasnąć. 20 sekund po pierwszej minucie zaczyna się zwrotka, nieco spokojniejsza od intra, ale z klimatem. Po niedługim czasie dostrzegam że utwór jest oparty na jednym schemacie. Utwór jest raczej czymś na miarę "Savage Seas (Retribution)", jest to raczej odpoczynek po ciężkim "Hostage To Heaven". Pytanie po co? Każdy kto podziwiał Dave'a Lombardo, w tym przypadku czekał na niekończącą się jatkę rodem z Reign In Blood. Ale co ja tam wiem, może jest to wyższa rangą sztuka. Znacznie ciekawszym elementem utworu jest tekst, bardzo niepokojący i wciągający jak książki Tolkiena (zapewne jest to aspekt ratujący ten utwór). W utworze opisywane jest zło jakiego dokonują pedofile, a także cierpienie jego ofiar i ich najbliższych.

Ocena: 8,5/10 (+2,25 za tekst)

5. "Guilty Of Innocence"
Tak samo jak poprzednik, utwór rozpoczyna się budującym napięcie intrem. Nieco później zaczyna się cała akcja. Riff się nie zmienia przez dłuższy okres (ciągnie się przez dwie minuty). Myślę że znacznie ważniejsza w tym utworze jest praca perkusji, która zresztą brzmi całkiem dobrze. Ja jednak uważam, że gitara również powinna współpracować, a ta gra przez dłuższy czas ten sam riff. Tak czy owak riff brzmi nawet nieźle, nawet pomimo tego że tak długo się ciągnie. Samo "Guilty Of Innocence" raczej nie jest tak ciekawe jak dwa poprzednie kawałki, dosyć szybko mi się znudził. Utwór jest o żołnierzach, którzy żyją w przekonaniu że urodzili się i byli "hodowani" po to, by zginąć na wojnie. Po raz kolejny tekst ratuje utwór!

Ocena: 8,25/10 (+1 za tekst)

6. "Innate Affliction"
Tego mogłem się spodziewać. Po raz kolejny słyszymy bardzo klimatyczne intro. W porównaniu do poprzednich utworów, "Innate Affliction" ma żywsze tempo, jest ciekawiej ułożone. Póki co najciekawszą rzeczą jest kompozycja: bardzo dobry riff spleciony z rytmiczną perkusją. Niedługo potem pojawia się zwrotka; tak naprawdę niezbyt wiele wnosi do utworu, zwłaszcza że wciąż słyszymy to samo. Pomimo tego nie narzekam, utwór jest naprawdę przyzwoitym kawałkiem groove metalu. Nie jest to może perfekcyjne, ale znośne. Utwór jest o pewnym człowieku, który jest skazany na samotność. Każdy kontakt z człowiekiem jest dla niego udręką.

Ocena: 8,75/10

7. "Colors Of Death"
Utwór rozpoczyna się poważnym, klimatycznym intrem - słyszymy walenie w bębny, spokojny riff i agresywny wokal. Po chwili słyszymy ciekawą, groove metalową kompozycję. W przypadku Grip Inc. spodziewam się raczej riffu który będzie się ciągnąć przez cały utwór. I nie myliłem się - przez dłuższy czas słyszymy to samo (riff w stylu Incite). Zdarzą się tu i ówdzie jakieś zmiany, zwroty akcji czy wciągające momenty, jednak uważam że jak na 3 minuty jest to trochę za mało. Riff jestem w stanie jakoś przetrzymać, jednak jak dla mnie było stanowczo za krótko - można było wymyślić coś ciekawszego, zrobić z tego utwór instrumentalny, czy coś w ten deseń, aby to jakoś wyglądało. A tymczasem dostaliśmy kawałek lekko bezpłciowy. "Colors Of Death" jest o pewnym człowieku, który pragnął rozwiązać swoje problemy poprzez zabójstwo. Po dokonaniu tego czynu, zdał sobie sprawę że był to zły pomysł.

Ocena: 7,5/10

8. "Ostracized"
Zaczyna się "Ostracized" - póki co nic nie wskazuje na to że utwór może być czymś ciekawym. Po 10 sekundach rozkręca się - słyszymy typowo groove metalowe granie - bardzo przebojowe, rytmiczne, żywe, ze świetnym riffem. W każdym razie jest to znacznie lepsze niż poprzednie kawałki - jest znacznie ostrzejszy pod względem brzmieniowym - przez dłuższy czas słyszymy bardzo dobry, przebojowy riff ze współpracującą perkusją, równie dobrą. Koneser gatunku na kompozycji na pewno się nie zawiedzie, wszystko brzmi naprawdę dobrze. Nie ma zbyt wielu zwrotów akcji, a schemat jest prosty, ale nie ma powodów do nudy, mamy tu przyzwoitą i żywiołową grę. "Ostracized" krytykuje obojętność. W utworze jest ona uznawana jako cecha ludzi zadufanych w sobie. Jako przykłady na które trzeba zareagować grupa podała wojny, oraz ludzi dotkniętych jakąś tragedią.

Ocena: 9,25/10 (+1 za żywiołowość)

9. "Cleanse The Seed"
Pierwsze skojarzenie: "Cleanse The Soul" Slayera z albumu South Of Heaven; póki co tylko podobny tytuł łączy te dwa utwory, zobaczymy jak będzie od strony brzmieniowej. Jesteśmy witani przez spokojne, klimatyczne intro kojarzące się nieco z utworem "Spill The Blood" Slayera z wyżej wymienionego albumu. Po niecałej minucie zaczyna się akcja - utwór jest wolniejszy od poprzednika, nie znaczy to jednak że jest gorszy. Słyszymy przyjemną dla ucha kompozycje - świetny riff, oraz do tego dopasowaną perkusję. W brzmieniu wyczuwam połączenie albumów Burn My Eyes grupy Machine Head z New World Disorder Biohazardu. Słysząc riff pod koniec drugiej minuty wydaje mi się że słyszałem bardzo podobny do tego w utworze "Mandatory Suicide" Slayera, również z albumu South Of Heaven. No ale kij z tym, według mnie grupa ma prawo do tego. Utwór jest o pogoni ludzkości za mocą, władzą i bogactwem. Wokalista porównuje te cechy do poważnej choroby.

Ocena: 9,25/10

10. "Heretic War Chant"
Kolejny utwór, i kolejny początek w stylu Machine Head. Zresztą, była to połowa lat 90-tych, więc nawet mnie to nie dziwi; nowsze grupy chcące grać jeszcze świeżutki gatunek chciały być jak któraś z trzech najważniejszych grup (Sepultura, Pantera, Machine Head). Po minucie zaczyna się akcja (oczywiście w stylu Machine Head). W porównaniu do poprzednich utworów tutaj nieco szwankuje kompozycja - słaby riff i dobra praca perkusji słabo się uzupełniają. Szczerze mówiąc nie jestem zaciekawiony, im dłużej tego słucham tym bardziej zaczynam się nudzić. Wprawdzie szwanki w kompozycji próbuje naprawiać złożony schemat, ale nie do końca się to udaje - nadal nie jestem zbytnio zaciekawiony. Jedyną ciekawą rzeczą jest tekst, bardzo złożony i łapiący za serce - utwór jest o wojnach, i ich wpływie na społeczeństwo.

Ocena: 7,25/10 (+2 za tekst)

11. "The Longest Hate"
Wydaje mi się że grupa chce nas pożegnać z hukiem - od razu jesteśmy witani przez dobry riff. Gdy ma się nadzieję na sieczkę, po chwili kawałek się uspakaja. Co najdziwniejsze, grupa bardzo fajnie się wybroniła - słyszymy bardzo ciekawy klimat w stylu grupy Killer Be Killed. Przy okazji, w tle pogrywa dziwnie znajomy riff, taki sam słyszałem w utworze "Bloodshed" grupy Soulfly z albumu Savages. Tutaj został jednak ciekawiej zagrany, znacznie bardziej pasuje do całego klimatu. W utworze da się również wyłapać momenty znane z grup Machine Head (szybka perkusja) oraz Biohazard (iście brutalne riffy)"Longest Hate" przez cały czas raczy nas świetnym klimatem, prawdopodobnie najlepszym z całego albumu. Szczerze to liczyłem na thrashową sieczkę, ale i tak nie narzekam... zwłaszcza że w zamian dostaliśmy świetny kawałek który przyciąga słuchacza mroczną atmosferą. W utworze osoba mówiąca zastanawia się nad sensem prowadzenia wojen. Pyta się siebie i ludzi prowadzących wojny: "dlaczego"? W tym przypadku zastanawia się nad pojęciami "rasizm", "ignorancja" i "faszyzm".

Ocena: 9,5/10 (+1 za atmosferę)

Podsumowując Power Of Inner Strengh grupy Grip Inc. jest całkiem ciekawym projektem. Według mnie fani starego Slayera powinni koniecznie tego posłuchać, głównie dlatego że jest to dosyć ciekawy kamień milowy w karierze Dave'a Lombardo, zwłaszcza dlatego że najprawdopodobniej po raz ostatni w latach 90-tych grał przyzwoicie (jak wiemy, na albumie Testamentu z 1999 roku nie popisał się zbytnio). Słyszeliśmy całkiem niezłe riffy i dobrze dopracowaną perkusję, a teksty często miały ważną tematykę. Nie brakowało też temu wad: w poszukiwaniu ciekawego, mrocznego nastroju Grip Inc. troszkę się pogubiło, i stworzyło kilka nudnych utworów. Co do wokalu (nic o nim nie wspominałem), to powiem tylko że był on nijaki, na pewno słyszałem o wiele lepszych wokalistów od Gusa Chambersa. Warto posłuchać tego albumu, najprawdopodobniej dlatego żeby móc "skontrolować" perkusistę czy po opuszczeniu Slayera jego poziom nie spadł. I radośnie zawiadamiam, że gra tak jak na Seasons In The Abyss.

Zalety:
- Ciekawa okładka
- Świetne teksty
- Żywiołowość
- Świetny, mroczny klimat
- Różnorodność

Wady:
- Miejscami grupa się pogubiła, i tworzyła utwory gorsze od reszty
- Zbyt duża inspiracja Machine Head

Okładka: 9,5/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 8/10

Ogólna ocena: 8,5/10

Obserwuj nas!