Wyszukaj

31 stycznia 2015

Recenzja: Fear Factory - Archetype


Witam. Ostatnio rzadziej pisałem recenzje, zajmował się tym głównie mój kolega z bloga. Czas nadrobić zaległości. Wypowiem się na temat albumu "Archetype" Fear Factory. Ostatnio dużo słucham tego zespołu. Postanowiłem poznać wszystkie ich albumy. Po przesłuchaniu świetnego "Demanufacture" i całkiem dobrego "Obsolete" przyszedł czas na "Archetype". Album zrobił na mnie duże wrażenie. Opiszę swoje wrażenia ze słuchania.

"Archetype" jest piątym albumem studyjnym grupy. Został wydany 20 kwietnia 2004 roku. Jest to pierwszy krążek Fear Factory bez Dino Cazaresa, który odszedł z zespołu jakiś czas przed wydaniem albumu. Niektórzy mogli pomyśleć, że bez tego gitarzysty grupa nie zrobi niczego ciekawego - był on w końcu jednym z filarów Fear Factory. Miejsce Dino Cazaresa zajął dotychczasowy basista Christian Olde Wolbers, którego z kolei zastąpił Byron Stroud ze Strapping Young Lad.

Na początku standardowo opiszę okładkę. Widnieje na niej logo Fear Factory utworzone z mechanicznych kończyn. Pomysł przyznam, że ciekawy. Na obrazie nie ma zbyt wielu elementów, jednak wygląda to dobrze. Można powiedzieć, że jest podobnie jak w przypadku okładki "The Black Albumu" Metalliki (chociaż tamta była o wiele prostsza). Prosty pomysł, a dobry. Podoba mi się.



Lista utworów:

1. Slave Labor
2. Cyberwaste
3. Act of God
4. Drones
5. Archetype
6. Corporate Cloning
7. Bite The Hand That Bleeds
8. Undercurrent
9. Default Judgement
10. Bonescraper
11. Human Shields
12. Ascension
13. School (Nirvana cover)

Już w pierwszym utworze - Slave Labor - grupa pokazuje, że bez Dino Cazaresa też potrafi dobrze grać. Slave Labor to ciężki i zarazem melodyjny kawałek, który na długo mnie wciągnął. Następny jest Cyberwaste. Szybszy i agresywniejszy od poprzednika. Numer trzy: Act of God to kawałek bardziej w stylu "Demanufacture". Warto zwrócić uwagę na świetny refren. Przyjemnie się tego słucha. Jednakże to jeszcze nic, następny utwór - Drones bije poprzednie na głowę. Od początku towarzyszy nam mroczny, tajemniczy klimat. Gdy słuchałem tego pierwszy raz, to przypomniała mi się Replica z "Demanufacture". Zdecydowanie jeden z moich ulubionych utworów Fear Factory. Następny to tytułowy Archetype. Tym razem grupa postawiła na melodyjną grę, co bardzo wyraźne jest w refrenie oraz pod koniec utworu. Mimo to, w Archetype nie brakuje ostrości. Również świetny utwór. Zaraz po nim słyszymy Corporate Cloning. Jest to dosyć ociężały, lekko psychodeliczny kawałek. Trochę przypomina "Demanufacture". Następny - Bite The Hand That Bleeds - dla odmiany jest nieco spokojniejszy. Undercurrent z kolei to cięższy utwór. Przypomina nieco tytułowy ArchetypeDefault Judgement jest kolejnym kawałkiem na naszej liście - ciężki utwór z riffem rodem z "Demanufacture". Jak widać, na tej płycie pełno jest momentów kojarzących się z najbardziej znanym albumem Fear Factory. Niestety następny utwór Bonescraper, nie robi już takiego wrażenia. Brzmi dobrze, lecz w porównaniu do poprzednich kawałków wypada blado. Human Shields to ostatni utwór z wersji podstawowej płyty. Jest to ballada. Album podobnie jak "Demanufacture" i "Obsolete" został zakończony czymś spokojniejszym. Czyżby grupa miała taką tradycję? :) Ostatnimi utworami, jakie omówię, są bonusy. Zawsze w przypadku płyt Fear Factory podchodzę do nich sceptycznie. Słuchając bonusowych utworów na płytach "Demanufacture" i "Obsolete" bardzo się zawiodłem. No i cóż, okazuje się, że i w przypadku "Archetype" miałem rację. Pierwszy z bonusowych kawałków (Ascension) jest zwyczajnym zapychaczem. Nie dzieje się w nim absolutnie nic, słychać tylko jakieś ciche dźwięki. Ostatnim utworem bonusowym jest School - cover Nirvany. Dobre zostało to zagrane, ale to nie jest mój styl. Zdecydowanie wolę podstawową wersję albumu. Uznajmy te bonusowe utwory za nieporozumienie.

Co do tekstów, to nie zawiodłem się. Nie są monotematyczne, w każdym utworze grupa ma coś ciekawego do przekazania. Slave Labor traktuje o ludziach, którzy w proteście przeciwko władzom, popełnili samobójstwo (np. Kathy Change). Utwór Cyberwaste jest adresowany do osób wierzących w to, że w Internecie są bezpieczne i anonimowe. Tekst bardzo prawdziwy. Jak dotąd nie spotkałem się z czymś takim w metalu. W Act of God grupa atakuje religię chrześcijańską. Zadaje pytanie "skoro Bóg jest tak dobry, to czemu na świecie jest tyle nieszczęść?". Jeden z lepszych tekstów na płycie jest też w Drones. Opowiada o ludziach, którzy przez brak pewności siebie nie rozwijają się i marnują swoje życie. To też jest bardzo prawdziwy tekst. Wydaje mi się, że opisuje życie wielu ludzi. Z kolei adresatem tytułowego utworu Archetype jest były gitarzysta grupy Dino Cazares. Słowa "this infection has been removed / the soul of this machine has improved" mówią właśnie o nim. Tekst Corporate Cloning mówi o zagrożeniach dla ludzi płynących ze zbyt wysokiego poziomu technologii. Chodzi o klonowanie. Podmiot liryczny sugeruje, że gdy ludzie nauczą się klonować na masową skalę, to klony mogą stać się zagrożeniem dla życia ludzi - mogą się zbuntować. W tekstach Bite The Hand That Bleeds i Undercurrent podmiot liryczny zwraca się do kogoś niegodnego zaufania, prawdopodobnie swojego wroga. Opisuje nieszczęścia, których za sprawą tej osoby doświadczył. Default Judgement to utwór o ważnym przesłaniu. Fear Factory w tekście przekazuje nam, że nie warto osądzać pochopnie ludzi. Można kogoś tym skrzywdzić. W Bonescraper opisany został człowiek, który na skutek doznanych cierpień stał się odporny i nieczuły na wszystko. W ostatnim utworze (Human Shields) poruszona została kwestia bezsensownych wojen, w których pożytek widzą tylko rządzący, a nie zwykli obywatele. Podmiot liryczny mówi w imieniu obywateli "nigdy więcej przemocy w naszym imieniu". Jak widać teksty na tej płycie zostały dobrze napisane.

Podsumowując, "Archetype" to świetny album. Grupa udowodniła, że bez Dino Cazaresa potrafią zagrać bardzo dobrze. Kompozycje robią naprawdę duże wrażenie. "Archetype" zawiera to, co w stylu Fear Factory najważniejsze - elementy elektroniki, połączenie brutalności z melodią. Nie było ani jednego utworu, który by mi się nie spodobał (z wyjątkiem bonusowych). To album, który zachęcił do poznania pozostałych. Polecam.

Zalety:
- bardzo dobry wokal
- bardzo dobre kompozycje
- świetny klimat
- bardzo dobre teksty
- różnorodność
- elementy przypominające album "Demanufacture"
- łączenie agresji z melodyjnością

Wady:
- beznadziejne utwory bonusowe

Najlepsze utwory: "Slave Labor", "Drones", "Archetype", "Corporate Cloning, "Undercurrent".

Okładka: 9/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9,5/10

Ocena ogólna: 9,5/10

29 stycznia 2015

Recenzja: Ektomorf - Redemption


Witam w kolejnej recenzji. Nie mam zamiaru wam mówić ile czasu ten album gnił czekając na swoją kolej na zabranie się za niego. Przez jakiś czas postanowiłem od Ektomorfa odpocząć robiąc miejsce dla takich artystów jak Fear Factory, czy chociażby Sodom. Powoli będzie nadchodził ten okres, kiedy najstarsze potwierdzone recenzje zaczną się pojawiać na naszym blogu. Nie chcę jednak dawać spoilerów, tak więc od razu powiem że w tym momencie przedstawiam wam pierwszy album spośród trójki najdawniej potwierdzonych albumów na naszym blogu. Przed wami: Ektomorf - Redemption.

Redemption jest siódmym albumem węgierskiej grupy groove metalowej Ektomorf. Został wydany 17 grudnia 2010 roku nakładem AFM Records. Ci czytelnicy którzy przeczytali chociaż końcówkę recenzji What Doesn't Kill Me... zapewne wiedzą że album oceniłem słabo, możliwe że nawet sami mają o nim kiepską opinię, ewentualnie nie wiedzą że taki szajs nawet istnieje. Co ciekawe, Redemption wydaje się swego rodzaju rozwinięciem poprzednika; gdy Zoltan pokazał, że bez brata nie potrafi sobie poradzić, na Redemption stara się ten "mit" obalić. Czy mu się uda? W czasie gdy album był świeżo wydany, zarówno krytycy jak i fani przyjęli ciepło ten album. Obecnie dzieło nie cieszy się tak dużą popularnością.

Jak już mówiłem, Redemption jest rozwinięciem What Doesn't Kill Me... Skoro tam okładka była beznadziejna, to tutaj chyba też musi być, jak wy to odbieracie? Oczywiście przedstawiony jest wokalista Zoltan Farkas w trzech pozach (z czego jedna jest lustrzanym odbiciem innej). Patrząc na nią wydaje mi się, że grupa za wszelką cenę starała się ciąć koszty, by potem wystarczyło na nagrania płyty.


Lista utworów:

1. Last Fight
2. Redemption
3. I'm In Hate
4. God Will Cut You Down
5. Stay Away
6. Never Should
7. Sea Of My Misery
8. The One
9. Revolution
10. Cigany
11. Stigmatized
12. Anger
13. Kill Me Now

Jak to się mówi, nie ocenia się książki po okładce. Wnętrze opakowania zawiera płytę z całkiem dobrze napisaną muzyką. Zoltan postanowił nieco sięgnąć do starszych wydań grupy (zwłaszcza Instinct) i zmieszać je ze stylem What Doesn't Kill Me... W teorii pomysł wydaje się kiepski, bo po co właściwie łączyć cechy dobrych płyt z tą złą? Tak naprawdę Zoltan wiedział co robi, i połączył nowoczesność What Doesn't Kill Me... z folklorem i ideą poprzednich albumów, co w sumie dało coś na co warto zwrócić uwagę (zwłaszcza dla fanów). Zoltan znacznie bardziej dopracował utwory, pomimo tego że poprzedni album napisał rok wcześniej, słychać że wręcz kipiał nowymi pomysłami. Album otwiera utwór Last Fight; rozpoczyna się ponurym intrem, które już nam wróży że z Ektomorfem nie będzie żartów. Kawałek jest całkiem niezły, grupa właściwie od początku zaczęła się rozkręcać. Następne jest przebojowe Redemption. Jest to kolejny kawałek, który ukazuje Ektomorfa w innym świetle; wielu fanów uważa dwójka jest najlepszym numerem z tego albumu, ja jednak wiem że to jeszcze nie wszystko co Ektomorf zaprezentował. Numer trzy to I'm In Hate. Jest to ociężały, ponuro brzmiący utwór który ma lekki oddźwięk ballady. Następnym numerem na liście jest God Will Cut You Down; jest to jeden ze słabszych utworów z płyty, wprawdzie ma w sobie coś przyciągającego, jednak brak w nim inwencji twórczej, przez co wypada dosyć blado. Niedługo potem rozbrzmiewa Stay Away. Jeszcze jakiś czas temu nazwałbym go swoim faworytem. Utwór przesłuchałem mnóstwo razy, i bardzo go lubię za rasowość, klimat i w porównaniu do poprzednika a także za całkiem sporą inwencję twórczą. Wiem jednak że na albumie są lepsze utwory. Później słyszymy Never Should; kawałek dosyć klimatyczny. Bardzo dobry riff, klimat a także inwencja twórcza. Następna jest ballada Sea Of My Misery zagrana na akustyku. Całkiem przyjemny kawałeczek, o dziwo nie odbiegający specjalnie od poprzednich utworów. Nie ma raczej specyficznego klimatu, jednak powiem tyle: przyjemnie się jej słucha, i to powinno wystarczyć do tego żeby się z nią zapoznać. Po nim słyszymy The One zagrane wraz z Danko Jonesem. Kawałek nieco kojarzy mi się z Outcastem Jest to jeden z pierwszych utworów Ektomorfa jakie poznałem, toteż bardzo go lubię. Po nim słyszymy całkiem ciekawe Revolution. Niestety, na rzecz przebojowości utwór stracił na inwencji twórczej; w refrenie przez dosyć długi czas słyszymy słowa "Revolution, go, go!" co z czasem może zmęczyć. Przyszedł wreszcie czas na mojego faworyta, Cigany. Utwór łączy w sobie agresję Destroy, przebojowość Redemption, a także nowoczesność What Doesn't Kill Me... Zajebisty utwór, który tak naprawdę każdy fan groove metalu powinien docenić. Później jest ballada, Stigmatized. Dla mnie to jest trochę idiotyczne, że smutna ballada następuje po takim żywiołowym kawałku jak Cigany. Pomimo tego karygodnego błędu, ballada jest bardzo dobra, znacznie lepsza niż Sea Of My Misery. Kolejne jest Anger, przypominające nieco utwory Cigany i Redemption. Prosty riff kojarzy się trochę z poprzednim albumem, aczkolwiek i tak warto się z tym utworem zapoznać. Ostatnie jest Kill Me Now. Utwór brzmi jakby został napisany wraz z resztą albumu Outcast. Utwór znacznie odbiega poziomem od pozostałych, aczkolwiek nie jest źle.

Oczywiście jak na Ektomorfa przystało, teksty zazwyczaj zawiewają monotematycznością. Zoltan kieruje swoje słowa do wszystkich, którzy myślą stereotypowo wobec cyganów. W każdym razie jest to główna tematyka utworów. Czasem zdarzą się jednak kawałki o innej tematyce, co mnie cieszy, a nie tylko "ja jestem cygan, a ty mnie nienawidzisz, spierdalaj". Jedyną rzeczą jaką zawsze w nich lubiłem to to, że są takie wyraźne, przez co często można zrozumieć co ma na myśli wokalista, nawet pomimo tego że jest on Węgrem. Tutaj dochodzi jeszcze jedna zaleta: Zoltan pokusił się na inwencję twórczą, przez co czasem nawet teksty o cyganach brzmią jakby były o czymś innym. Last Fight, Sea Of My Misery, The One, God Will Cut You Down i Cigany są oczywiście typowymi utworami Ektomorfa; wokalista kieruje swoje słowa nienawiści do osób, które gardzą czyjąś odmiennością. Redemption, Revolution i Anger są zachętą do walki ze swoimi problemami, nawet wtedy gdy te są naprawdę poważne. W Stay Away, I'm In Hate i Stigmatized podmiotem lirycznym jest człowiek który został zdradzony przez swoją kobietę. Never Should jest osoba cierpiąca na depresję.

Podsumowując Redemption jest dosyć dobrym albumem. Lubię ten krążek, nawet pomimo tego że nie ma aż tak wiele wspólnego z poprzednimi albumami. Muzyka jest czystsza w brzmieniu, przez co Ektomorf już nie jest tym czym był w latach 2004-2006. Muszę przyznać że ten cały brud odzwierciedlał cygańską naturę, pochodzenie, ogólnie idealnie odzwierciedlał grupę. Na Redemption ta cała surowość została zastąpiona rzecz jasna przez nowoczesność; wprawdzie czasem kastruje ona album, jednak w tym przypadku wydaje się być całkiem niezłym zastępstwem. Teksty jak na Ektomorfa są bardzo dobre, jestem zaskoczony tym, że Zoltan pokusił się na zmiany rok po wydaniu ostatniego albumu.


Zalety:
- Klimat
- Połączenie najlepszych cech poprzednich albumów
- Dobre kompozycje
- Bardzo dobre (jak na Ektomorfa) teksty
- Wokal
- Różnorodność
- Rasowość i przebojowość

Wady:
- Lekkie spadki poziomów w utworach
- Powiew monotematyczności


Okładka: 2/10
Teksty: 8,5/10
Kompozycje: 8,75/10

Ogólna ocena: 8,5/10

28 stycznia 2015

Konfrontacja: KAT - Oddech Wymarłych Światów vs Turbo - Kawaleria Szatana


Witam w kolejnej konfrontacji! Właściwie nie potrafię zliczyć ile razy na naszym blogu wraz z MrCommando1995 użyliśmy zdania "dzisiaj nietypowa konfrontacja". Czasem zastanawiałem się czemu ma to sformułowanie służyć, opisywać jakiś nietypowy album, czy coś? Właściwie nie mam pojęcia. Mówię to, gdyż dzisiejsza konfrontacja jak na nasz blog będzie nieco inna od pozostałych (rzecz jasna do czasu). Patrząc na potwierdzone recenzje pewnie byliście zadowoleni z pojawienia się albumu Rock 'n' Roll grupy TSA. Postanowiłem że lepiej będzie jak zmienię kandydata dla naszego kochanego KATa. Dzisiaj zrecenzuję dwa albumy dwóch zespołów spośród trzech należących do Wielkiej Trójcy Polskiego Metalu. Cieszycie się? Przed wami: KAT - Oddech Wymarłych Światów vs Turbo - Kawaleria Szatana.


KAT - Oddech Wymarłych Światów


Oddech Wymarłych Światów jest trzecim albumem polskiej grupy thrashmetalowej KAT. Został wydany w 1988 roku nakładem wytwórni Pronit. Po wydaniu dobrze przyjętego albumu 666, przyszedł czas zająć się kolejnym krążkiem; pod względem poprzednika, Oddech Wymarłych Światów miał parę większych różnic. Postawiono na większe różnice pomiędzy utworami, mianowicie muzyka dzieliła się na zarówno delikatną, jak i na ociężałą (czasem zdarzyło się coś szybszego, jednak KAT wyraźnie zaczął z tego rezygnować). Obecnie krążek uznawany jest za klasyka polskiego metalu, zarówno fani jak i krytycy oceniali dzieło pozytywnie. W roku 2006 album został ponownie wydany w wersji zremasterowanej.

Pamiętam że KATa postanowiłem przesłuchać zwłaszcza z powodu okładki, dosyć nietypowej jak na album wydany w czasach komuny. Grafika przedstawia tytułowy "wymarły świat". Na pierwszym planie widoczny jest trup przybity do krzyża, u dołu są kamienie nagrobne i trumny; z kolei po prawej stronie z krainy żywych nadlatuje "dostawa" trumien. W tle widać błękitne niebo, i kościół. Grafika przypomina mi nieco okładki malowane przez Michaela Whelana, głównie z powodu tego surrealistycznego stylu rzucającego się w oczy. Co dziwne, została namalowana przez naszego Jerzego Kurczaka (większość osób zna go ze współpracą z Acid Drinkers). Można znaleźć mnóstwo wyrazów aby ją krótko opisać: "zajebista", "mroczna", "ekstra", "boję się". Według mnie obok The Satanist grupy Behemoth jest to najlepsza okładka wykonana w Polsce.


Lista utworów:

1. Porwany Obłędem
2. Śpisz Jak Kamień
3. Dziewczyna W Cierniowej Koronie
4. Diabelski Dom Cz. II
5. Mag-Sex
6. Głos Z Ciemności
7. Bramy Żądz

Oddech Wymarłych Światów znacząco różni się od poprzednika. KATowi zechciało się stworzyć coś bardziej oryginalnego od 666 będącego polskim odpowiednikiem Welcome To Hell Venoma. Koło 1987 roku zniknęła jedna gitara, toteż Piotr Luczyk miał ogromne pole do popisu. Zdecydowano się zastosować flanger i automat perkusyjny, przez co Oddech Wymarłych Światów nabrał cech szczególnych, co spowodowało, że album jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych krążków w Polsce. Czasem można usłyszeć jakieś podobieństwa do poprzednika, nie jest ich jednak wiele. Dużą zaletą jest zmiana stylu wokalnego Romana Kostrzewskiego, który po raz pierwszy od Ostatniego Taboru nie śpiewa jak Gollum. Niektórzy klasyfikują Oddech Wymarłych Światów jako album thrashmetalowy. Osobiście uważam, że trzeci krążek KATa jest dziełem heavymetalowym z dużym wpływem thrashu. Album rozpoczyna niezłe (jednak bez większych fajerwerków) Porwany Obłędem. Numer dwa, Śpisz Jak Kamień jest definicją tego jak brzmi grupa na tym albumie: muzyka łączy w sobie rasowość, brutalność, ale i piękno. Łączy w sobie zarówno zachodnie standardy, jak i polskie. Jest to zdecydowanie mój faworyt na albumie. Numer trzy, to Dziewczyna W Cierniowej Koronie. Utwór jest tak skomponowany, że przez jakiś czas trudno mi się było od niego oderwać: połączenie brutalności, agresji, ale także piękna. Następny jest Diabelski Dom Cz. II, kawałek zdecydowanie w stylu albumu 666: łączy w sobie agresywne granie z rasowością. Świetnie się go słucha, moja ulubiona część Diabelskiego Domu. Mag-Sex przypomina nieco Dziewczynę W Cierniowej Koronie; w każdym razie schemat jest dosyć podobny. Utwór łączy w sobie brutalność, agresję ale i piękno. Następna jest ballada, Głos Z Ciemności. Przez pierwsze 3 minuty Roman śpiewa melodyjnym, spokojnym głosem, bez większych wybuchów. Muzyka jest z kolei kołysząca, miejscami piękno bardzo ładnie komponuje się z ciężkimi gitarami, co zdecydowanie podchodzi mi pod Master Of Puppets, tyle że z dodatkiem polskiego bigosu. Ostatni utwór na liście: Bramy Żądz. Brzmi trochę jak utwór napisany w czasach gdy grupa nagrywała 666: łączy w sobie rasowość, ale i agresję. Grupa nagrała bardzo dobry kawał muzyki, bardziej bym się jednak cieszył gdyby pojawił się jeszcze co najmniej 1 utwór.

Tematyka tekstów jest inna w porównaniu do poprzedniego albumu. Grupa rezygnuje z tematyki satanistycznej na rzecz tekstów o śmierci, polowań na czarownice i religii. Porwany Obłędem i Śpisz Jak Kamień są o śmierci i bólu związanego z tym stanem. Dziewczyna W Cierniowej Koronie, Mag-Sex i Bramy Żądz są o polowaniach na czarownice. Głos Z Ciemności jest o religii, która w dzisiejszych czasach ma wiele wspólnych cech ze złem. Jedynym tekstem o tematyce satanistycznej jest Diabelski Dom Cz. II. Mowa jest o narodzinach antychrysta.

Podsumowując Oddech Wymarłych Światów jest albumem przy którym warto się zatrzymać. W porównaniu do poprzedniego albumu, KAT pokazuje nam dojrzałe, oryginalne i mocne granie. Nie wliczając Porwany Obłędem, wszystkie utwory były w pewnym sensie idealne. Jedyne co mi przeszkadzało to ich ilość; KAT pozostawił po sobie lekki niedosyt. Do tekstów nie mam zarzutów, Roman poświęcił na nie dużo czasu i serca. Oddech Wymarłych Światów powinien być znacznie bardziej atrakcyjnym albumem od 666; jest bardziej dopracowany i przemyślany. Zanim wbije się sobie do głowy opinię, że KAT gra tylko drętwe ballady, warto go przesłuchać dla wiedzy, że grupa jest w stanie zagrać brutalną muzykę łączącą w sobie wyżej wymienione miliard razy piękno, brutalność i rasowość.

Zalety:
- Świetne kompozycje
- Różnorodność
- Połączenie agresji, brutalności i piękna
- Teksty napisane z sercem
- Bardzo dobry klimat
- Okładka
- Agresywny, czysty wokal Romana Kostrzewskiego

Wady:
- Ilość utworów


Okładka: 10/10

Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 9,75/10

Ogólna ocena: 9,75/10


Turbo - Kawaleria Szatana


Kawaleria Szatana jest trzecim albumem polskiej grupy heavymetalowej Turbo. Został wydany w 1986 roku nakładem wytwórni Pronit. Tak naprawdę grupy Turbo praktycznie nie znam, więc w słowach wstępu odrobinę się streszczę; guma grupa Turbo tak samo jak w przypadku KATa uznawana jest za jednego z trzech zespołów wśród Wielkiej Trójcy Polskiego Metalu, toteż Kawaleria Szatana uznawana jest obecnie za klasyk.


W porównaniu do dzieła które omawiałem wcześniej, okładka to bida z nędzą; przedstawiony jest na niej jakiś szkielet ubrany w mundur. Tuż za nim widoczny jest krajobraz pustyni. Grafika wygląda jakby została namalowana przez utalentowane dziecko z trzeciej klasy szkoły podstawowej. Na dorosłego twórcę jest to jednak trochę za mało; możliwe jednak że malarz miał w tamtym okresie w swoim port folio znacznie lepsze grafiki od tej. Możliwe też że Turbo chciało po prostu zaoszczędzić na produkcji wybierając tanią okładkę.


Lista utworów:

1. Żołnierz Fortuny
2. Dłoń Potwora
3. Sztuczne Oddychanie
4. Kometa Halley'a
5. Kawaleria Szatana Cz.I
6. Wybacz Wszystkim Wrogom
7. Kawaleria Szatana Cz.II
8. Ostatni Grzeszników Płacz
9. Bramy Galaktyk

Co do kompozycji słychać, że grupa włożyła serce w ich napisanie. Słychać tutaj szereg zainspirowań, np. Kill 'Em All Metalliki, Show No Mercy Slayera, Morbid Visions Sepultury, czasem słychać trochę Sodomu, 666 KATa, a także Bonded By Blood Exodusa. Jedyne co mnie pod tym względem razi to jakość utworów. Słychać że poszczególne partie były nagrywane w innych studiach; np. gitara i wokal są dobrej jakości, perkusja i bas z kolei brzmią kiepsko. Sam miksing pozostawia też wiele do życzenia. Co do samego wokalu, nie mam żadnych zastrzeżeń. Głos Kupczyka może skojarzyć się trochę z wczesnym Philem Anselmo z Pantery, miejscami brzmi nawet lepiej niż Phil na Power Metal. Pierwszy utwór na liście to typowo speed'owe Żołnierz Fortuny; bardzo dobrze skomponowany kawałek, ciekawie zaśpiewany... chociaż mam wrażenie że chłopaki tak naprawdę jeszcze się nie rozkręcili. Wraz z kawałkiem Dłoń Potwora, grupa zaczyna się rozkręcać. Chłopaki nieco podkręcają atmosferę rasowym graniem, słychać tutaj że grupa inspirowała się starym, dobrym Slayerem z czasów Show No Mercy, dodając do tego nieco Bonded By Blood Exodusa. Jest to również mój faworyt na albumie. Sztuczne Oddychanie jest utworem bardziej w stylu punkowym, z thrashowymi inspiracjami. Następna na naszej liście jest Kometa Halley'a, nieco spokojniejsza pozycja. Utwór brzmi trochę jak nasz rodzimy KAT zmieszany z Judas Priest, Black Sabbath i AC/DC. Później słyszymy średniawe Kawaleria Szatana Cz. I. Wybacz Wszystkim Wrogom jest nieco lepsze od poprzednika, w tym przypadku sytuację ratuje końcówka. Następne jest Judas Priest'owe Kawaleria Szatana Cz.II, jest to całkiem przyjemna odmiana po średniakach. Ostatni Grzeszników Płacz wydaje się mieszaniną KATa i Slayera; jest to kolejny całkiem ciekawy numer na płycie. I w końcu ostatni numer na liście, instrumental Bramy Galaktyk. Utwór kojarzy się przede wszystkim ze Slayerem. Te wszystkie inspiracje jestem w stanie przeboleć, zwłaszcza dlatego że Turbo nie jest jakimś tam wielkim, międzynarodowym zespołem. To po prostu nieduża grupa która tak naprawdę popularność zdobyła w Polsce.

Teksty dotyczą przede wszystkim tematyki śmierci, czasem też zdarzy się coś o szatanie. Zostały one napisane całkiem dobrze, jedynym zastrzeżeniem może być to, że czasem są kiepsko dopasowane do kompozycji. Dużą ich zaletą jest to, że są zrozumiałe i wyraźne. Żołnierz Fortuny jest o zatonięciu statku w czasie sztormu. Dłoń Potwora jest z kolei o nocnym koszmarze, w którym podmiot liryczny zabijany jest przez tytułowego potwora. Dwie części Kawalerii Szatana oraz Ostatni Grzeszników Płacz są o przerażających konfliktach zbrojnych doprowadzających do końca ludzkości. Z kolei Wybacz Wszystkim Wrogom jest zachętą do pokojowego rozwiązywania konfliktów. Nie muszę chyba mówić o czym są utwory Sztuczne Oddychanie i Kometa Halley'a. :)

Podsumowując Kawaleria Szatana jest całkiem przyjemnym kawałkiem muzyki. Z początku spodziewałem się katastrofy, za sprawą słabej okładki i kiepskiego miksu. Okazało się, że grupa wyszła obronną ręką pisząc całkiem porządne kompozycje. Turbo skomponowało rasową muzykę, dawkę agresji dostaliśmy tylko na początku.


Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Rasowość i przebojowość
- Dobre teksty
- Różnorodność
- Klimat
- Wokal

Wady:
- Słaba okładka

- Beznadziejnie zmiksowany album


Okładka: 5,25/10

Teksty: 8/10
Kompozycje: 8/10


Ogólna ocena: 8/10



Konfrontację wygrywa album: Oddech Wymarłych Światów. KAT przebił znacząco Turbo pod wszelkimi względami: okładka, teksty i kompozycje zostały stworzone na zdecydowanie wyższym poziomie.

21 stycznia 2015

Recenzja: Exodus - Exhibit B: The Human Condition


Witam w kolejnej recenzji. W związku z tym że zazwyczaj nie przepadam za grupami które zmieniają wokalistów jak rękawiczki, trudno było mi wrócić do słuchania Exodusa. Zwłaszcza tego ze Stevem Souzą; po recenzji albumu Pleasures Of The Flesh uznałem że grupa nic sobą nie reprezentuje. Po śmierci Paula Baloffa już w ogóle katorga. Nastaje rok 2005: Steve Souza zostaje zwolniony, a na jego miejsce zostaje zatrudniony Rob Dukes. Przesłuchując kilka utworów z jego udziałem uznałem że powinienem wrócić na moment do Exodusa, i przeprosić za moje wątpliwości. Na dobry początek przedstawiam wam ostatni album z Robem Dukes'em grupy. Przed wami: Exodus - Exhibit B: The Human Condition.

Exhibit B: The Human Condition jest dziewiątym albumem studyjnym (w tym trzecim z Robem Dukes'em) amerykańskiej grupy thrash metalowej Exodus. Został wydany 7 maja 2010 roku nakładem Nuclear Blast. Jak już mówiłem, po śmierci Paula Baloffa nie spodziewałem się że Exodus jest jeszcze w stanie mnie zaciekawić. Jakiś czas po przesłuchaniu albumu Pleasures Of The Flesh, sprawdziłem kilka utworów z Robem Dukes'em; skojarzył mi się ze zmarłym Paulem Baloffem nie tylko z powodu podobnego głosu, ale i ciekawego stylu pisania utworów. Na recenzję albumu zdecydowałem się dzięki stronie Metalheads na facebook'u (po przesłaniu intra do wyżej przedstawionego albumu), za co im serdecznie dziękuję. Obecnie album uznawany jest za jeden z najlepszych w dorobku grupy.

Na okładce jest przedstawiony ludzki szkielet człowieka w różnych pozycjach nałożony na pentagram. Trzyma on w rękach narzędzia mordu: karabin maszynowy MP5, maczetę, pistolet, pistolet maszynowy, granaty, bomby i uwaga: biblię. Cóż, religia często jest kojarzona z wojną, więc niech będzie. Okładka ukazuje mroczną stronę ludzkiej natury, wydaje się udowadniać że to w czym jesteśmy najlepsi to wzajemne się wybijanie. W teorii grafika prezentowałaby się całkiem okazale; w praktyce średnio się udało, nie jest jednak źle.



Lista utworów:

1. The Ballad Of Leonard And Charles
2. Beyond The Pale
3. Hammer And Life
4. Class Dismissed (A Hate Primer)
5. Downfall
6. March Of The Sycophants
7. Nanking
8. Burn, Hollywood, Burn
9. Democide
10. The Sun Is My Destroyer
11. A Perpetual State Of Indifference
12. Good Riddance
13. Devil's Teeth

Kompozycja jest dla mnie sporym zaskoczeniem, mianowicie od czasu Bonded By Blood nie spodziewałem się czegoś tak dobrego. Nie jest to wprawdzie perfekcyjne granie, jednak muszę przyznać niewiele Exodusowi do tego brakuje. Szczerze powiedziawszy tylko jeden utwór mógłbym wyróżnić pod względem negatywnym, za chwilę zabiorę się za omawianie go. Nie można odmówić grupie posiadania dobrego smaku, często zdarzała się muzyka rasowa i cholernie skomplikowana; chodzi mi tu o częste manipulacje riffami, mnóstwo solówek oraz długość utworów która czasem przytłaczała (rekompensatą było to co się działo w muzyce). Wokal Baloffa Dukes'a brzmi naprawdę zajebiście, nie mam tu żadnych zastrzeżeń, liczy się energia i agresja. Pierwszy utwór, The Ballad Of Leonard And Charles wbrew oczekiwaniom nie jest balladą; rozpoczyna się od spokojnego grania, by następnie przerodzić się w brutalny, thrashowy kawałek łączący w sobie cechy zarówno Slayera z czasów Seasons In The Abyss jak i Metalliki z Ride The Lightning. Wydaje mi się że jest to najlepszy kawałek na albumie. Beyond The Pale jest kolejnym numerem na naszej liście; tak samo jak w przypadku poprzednika, dostajemy agresywne granie, aczkolwiek z większą ilością różnorakich przebłysków [1]. W Hammer And Life nieco większy nacisk postawiono na równowagę pomiędzy agresją a rasowością, a także oldschoolem. Po nim jest niesamowicie brutalne Class Dismissed (A Hate Primer), następne w kolejności jest melodyjne Downfall łączące w sobie nowoczesne granie grup thrash metalowych mające swoje lata świetności na początku XXI wieku z nieśmiertelnym oldschool'em. Później rozbrzmiewa March Of The Sycophants kojarzące się przede wszystkim z projektami Maxa Cavalery [2]. Następny: Nanking przypominające trochę M-16 grupy Sodom [3]. Po chwili rozbrzmiewa niesamowicie agresywne, a za razem rasowe Burn, Hollywood, Burn, później słyszymy warte uwagi Democide. Po przesłuchaniu numeru dziewiątego słyszymy niezwykle brutalne jak na Exodusa The Sun Is My Destroyer. Słychać że utwór był inspirowany przede wszystkim death metalem lat 90-tych, przy tym Exodus zachował również ważne elementy thrashu. Jest to jednocześnie najdłuższy utwór na płycie. Po tych 9 minutach słuchania dostajemy instrumentalne A Perpetual State Of Indifference. Po ciężkim graniu warto posłuchać sobie czegoś krótkiego, przyjemnego dla ucha. Numer jedenasty właśnie taki jest. Zdecydowanym rodzynkiem na albumie jest Good Riddance. To że utwór skojarzył mi się z Odi Profanum Vulgus naszego rodzimego KATa to tam nieważne, sam w sobie kawałek poraża nudą pod względem kompozycyjnym. W czasie gdy jestem już nieco przejedzony, na deser dostaję surowe Devil's Teeth które z kolei jest po prostu powrotem grupy do lat 80-tych.

Praktycznie wszystkie teksty napisał Gary Holt. Muzyk starał się zainspirować muzyką Exodusa z albumu Bonded By Blood. Tematyka utworów skupia się przede wszystkim na wojnach. Wprawdzie temat oklepany, Exodus poszedł jednak o krok dalej. Zamiast zwyczajnie pisać o cierpieniu i zabijaniu, grupa niczym Sabaton opisuje różne konflikty zbrojne. Między innymi w utworze Nanking: utwór jest o masakrze nankińskiejClass Dismissed (A Hate Primer) jest o strzelaninie na Uniwersytecie Teksańskim w Austin spowodowanej przez Charles'a Whitmana. Beyond The Pale i Democide  są o zgubnych skutkach wojny. W March Of The Sycophants Exodus krytykuje średniowieczną chrystianizację, która w rzeczywistości spowodowała więcej szkód niż pożytku. The Ballad Of Leonard And Charles jest poświęcone seryjnym zabójcom Leonardowi Lake i Charles'owi Gunnar. W Downfall i Good Riddance jest mowa o końcu świata. Hammer And Life jest ciekawie napisanym utworem o walce ze swoimi problemami i nie poddawaniu się. Z kolei w Burn, Hollywood, Burn, grupa potępia istnienie Hollywood ze względu na częste naginanie przez nie rzeczywistości. Z kolei The Sun Is My Destroyer jest o człowieku chorym na schizofrenię, którego choroba objawia się w nocy czyniąc go potworem.

Podsumowując Exhibit B: The Human Condition jest jednym z ciekawszych albumów thrashowych z XXI wieku z jakimi miałem okazję się zetknąć. Wiem, że jest ich mnóstwo, aczkolwiek mam wrażenie że Exodus postarał się. Kompozycje zostały napisane naprawdę dobrze, nie miałem większych zastrzeżeń. Utwór który najmniej mi się spodobał to Good Riddance. Do tekstu nie miałem większych zastrzeżeń, zostały napisane praktycznie na medal. Album praktycznie nie ma wad, czasem rzucał się w słuch brak różnorodności. Rekompensatą była potężna dawka agresywnego brzmienia trochę w stylu Reign In Blood Slayera. Szkoda że w 2014 roku Rob Dukes odszedł z grupy; skoro Exhibit B: The Human Condition było takim sukcesem, pomyśleć jaki byłby album Blood In, Blood Out gdyby wokalista nie zrezygnował z dalszego grania z chłopakami.


Zalety:
- Dobrze napisane teksty i ich tematyka
- Bardzo dobre kompozycje
- Agresja
- Rasowość
- Melodyjność
- Niezła okładka
- Bardzo dobry wokal

Wady:
- Brak różnorodności


Okładka: 7,5/10
Teksty: 9,75/10
Kompozycje: 9,25/10

Ogólna ocena: 9,25/10


Przypisy:

[1]: Głównym atutem tego utworu jest melodyjne granie al'a Death, czy chociażby Obituary

[2]: Rzecz jasna tytuł automatycznie skojarzył mi się z Fall Of The Sycophants grupy Soulfly. Kompozycja co dziwne, przypominała typową muzykę na Beneath The Remains Sepultury.

[3]: W porównaniu do poprzedników, kawałek jest ociężałym, rasowym gigantem miażdżącym na swojej drodze wszystko, bardzo miła odmiana dla ucha.

18 stycznia 2015

Recenzja: Soilwork - The Panic Broadcast


Witam w kolejnej recenzji! Tu MrCommando1995. Dziś zrecenzuję album "The Panic Broadcast" autorstwa Soilwork. Pewnie ci, co śledzą naszego bloga już dłuższy czas, pamiętają moją recenzję płyty "Figure Number Five" wykonanej przez ten sam zespół. Uznałem ją za dosyć dobrą płytę, która zachęciła mnie do poznania pozostałych wydawnictw Soilwork. Natknąłem się na "The Panic Broadcast". Z początku niezbyt do mnie przemawiała, podobnie jak pozostałe wydawnictwa Soilwork (o czym wspomniałem w recenzji "Figure Number Five"). Jednak po uważnym zapoznaniu się ze wszystkimi utworami z "The Panic Broadcast", uznałem, że kryje się tu wiele naprawdę ciekawych riffów i pomysłów. Opiszę swoje wrażenia ze słuchania.

Soilwork wydało "The Panic Broadcast" 2 lipca 2010 roku. Tym, co już na początku rzuca się w oczy, jest ciekawie zrobiona okładka. W centrum tego obrazu widać władcę siedzącego na tronie. Obok niego widać smoki, które prawdopodobnie mają symbolizować chaos i panikę. Na okładce dominują ciepłe kolory. Idealne zgranie się kolorów i konturów sprawia, że okładka prezentuje się naprawdę dobrze, rzuca się w oczy, robi wrażenie. Zachęca do zapoznania się z albumem.


Lista utworów:
1. "Late For The Kill, Early For The Slaughter"
2. "Two Lives Worth Of Reckoning"
3. "The Thrill"
4. "Deliverance Is Mine"
5. "Night Comes Clean"
6. "King Of The Threshold"
7. "Let This River Flow"
8. "Epitome"
9. "The Akuma Afterglow"
10. "Enter Dog Of Pavlov"
11. "Sweet Demise"

Już od początku albumu słychać wyraźnie, że grupa gra lepiej niż za czasów "Figure Number Five". W pierwszym utworze - "Late For The Kill, Early For The Slaughter" częstują nas szybką, thrashową sieczką. Całkiem przyjemnie się tego słucha. Za to następny utwór, czyli "Two Lives Worth Of Reckoning" jest już nieco wolniejszy, ale też dobry. Ważna jest w nim melodyjność. Grupa prezentuje ciekawy styl; jak wiele innych zespołów łączy melodię z agresją, jednak w takim wykonaniu brzmi to wyjątkowo interesująco. Warto zwrócić na melodyjny wokal, który świetnie pasuje do kompozycji. Niestety w nudnawym "The Thrill" Soilwork nieco spadł z poziomu, lecz chwilę później - w "Deliverance Is Mine" - pokazują, że to tylko chwilowy spadek. Zaraz, gdy kończy się bardzo dobre "Deliverance Is Mine", zaczyna się kolejny dobry utwór. "Night Comes Clean". Ten utwór w porównaniu do poprzedników jest najwolniejszy i chyba najbardziej melodyjny. Było nawet kilka momentów, gdzie nie brzmiało to zbyt metalowo, jednak utwór wypada dobrze. Ciekawy pomysł na zrobienie czegoś takiego. Zaraz potem słyszymy "King Of The Threshold". Podobnie jak "The Thrill", ten utwór niezbyt mi się podoba. Zbyt duży chaos. Rekompensatą za chwilowy spadek jest niesamowite "Let This River Flow". Moim zdaniem jest to najlepszy utwór na płycie. Bardzo dobre intro, melodyjna i zarazem agresywna kompozycja. Nie ma w "Let This River Flow" ani jednego słabego momentu. Kolejne dwa utwory - "Epitome" i "The Akuma Afterglow" też prezentują dobry poziom. Warto szczególną uwagę poświęcić drugiemu z wyżej wymienionych utworów. Stawiam go zaraz za "Let This River Flow". Bardzo dobra kompozycja. Za "The Akuma Afterglow" grupie należą się oklaski. Następny utwór to instrumentalny "Enter Dog Of Pavlow". Nie jest to coś świetnego, trochę nawet nudzi. Na zakończenie całej płyty mamy "Sweet Demise" - utwór bonusowy. Niby bonus, a przebija ponad połowę utworów z tej płyty. Dużo zwrotów akcji, całkiem złożona kompozycja - te elementy sprawiają, że stawiam ten utwór obok "Let This River Flow" i "The Akuma Afterglow".

Jeśli chodzi o teksty, to są różnorodne. Poruszają różne problemy i niektóre skłaniają do refleksji. "Late For The Kill, Early For The Slaughter" oraz "Two Lives Worth Of Reckoning" poruszają problemy związane z wojną - śmierć żołnierzy, którzy nie wiedzą o co walczą. Tekst "Let This River Flow" prawdopodobnie opisuje historię człowieka, który walczy z alkoholizmem. Odrzucił kiedyś szansę pozbycia się tego nałogu i teraz żałuje. Z kolei podmiotem lirycznym w "The Akuma Afterglow" jest samotny człowiek bez przyjaciół, bez nikogo z kim mógłby porozmawiać. Opisane zostały jego myśli.

Podsumowując, "The Panic Broadcast" to dobry album, który warto poznać. Bije na głowę "Figure Number Five". Widać, że Soilwork miało wiele ciekawych pomysłów. Idealnie połączyli agresywną grę z melodyjnością. Zaletą tej płyty jest też świetny wokal, który dobrze pasuje do takich kompozycji oraz różnorodne teksty. Tylko czasem zdarzały się gorsze utwory - "The Thrill" i "King Of The Threshold", a tak to było bardzo dobrze. Jestem pewien, że w przyszłości pojawi się więcej recenzji Soilwork.

Zalety:
- ciekawy pomysł na kompozycje
- łączenie brutalności z melodyjnością
- różnorodne teksty
- bardzo dobrze zrobiona okładka
- bardzo dobry wokal
Wady:
- niektóre utwory słabo wypadają na tle pozostałych ("The Thrill", "King Of The Threshold")

Najlepsze utwory: "Let This River Flow", "The Akuma Afterglow", "Sweet Demise".

Okładka: 10/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 8,5/10

Ocena końcowa: 9/10

17 stycznia 2015

Konfrontacja: Cannibal Corpse - Eaten Back To Life vs Deicide - Deicide



Witam w kolejnej konfrontacji! Dzisiaj będziemy zabijać ludzi i rozlewać ich świeżą krew po pokoju, a także śmiać się z chrześcijan i wmawiać im jacy oni są głupi z pomocą dwóch klasyków death metalu początku lat 90-tych. Jakby się bliżej temu wszystkiemu przyjrzeć, jest ich naprawdę mnóstwo, na naszym blogu pojawiła się zaledwie garstka tego co jest uważane za klasykę. Oba albumy zostały wyprodukowane przez słynnego producenta popularnego w tych latach, Scotta Burnsa. Nie muszę chyba mówić jaki poziom reprezentują dzieła którymi zajął się wyżej wymieniony producent. Zawsze warto jednak się przekonać czy przypadkiem wyżej wymienione albumy nie są odmieńcami wśród reszty. Przed wami: Cannibal Corpse - Eaten Back To Life vs Deicide - Deicide.


Cannibal Corpse - Eaten Back To Life


Eaten Back To Life jest pierwszym albumem studyjnym amerykańskiej grupy brutal death metalowej Cannibal Corpse. Został wydany 17 sierpnia 1990 roku nakładem wytwórni Metal Blade Records. Grupa powstała w wyniku połączenia członków innych grup z Buffalo: Tirant Sin, Beyond Death oraz Leviathan. Chris Barnes był założycielem Tirant Sin, występował w niej wraz z Bobem Rusay'em oraz Paulem Mazurkiewiczem. W Beyond Death występowali Alex Webster i Jack Owen. Z kolei Leviathan był późniejszą grupą Chrisa Barnes'a, z którą nagrał demo. Wkrótce po utworzeniu Cannibal Corpse pojawiła się ich pierwsza EP-ka. Eaten Back To Life został pozytywnie przyjęty zarówno przez krytyków jak i fanów; z powodu okładki został zakazany w niektórych krajach. Album został dedykowany dla Alfreda Packera.

Okładka została utworzona przez Vincenta Locke'a, specjalizującego się rzecz jasna w obrazach kontrowersyjnych. Na pierwszym planie widoczny jest żywy trup rozrywający sobie brzuch z którego wypadają wnętrzności. Poza nim widoczny jest cmentarz. Znacznie wolałem późniejsze, bardziej brutalne okładki grupy (np. Butchered At Birth, czy chociażby Torture), pomimo tego Vincent Locke jak zwykle nie zawiódł. Pomimo tego że artysta jeszcze nie do końca wypracował ten styl którym byliśmy raczeni przez następne 15 lat, okładka i tak wygląda ciekawie, zwłaszcza z powodu tego w miarę realistycznego obrazu wypadających z brzucha flaków.


Lista utworów:

1. "Shredded Humans"
2. "Edible Autopsy"
3. "Put Them To Death"
4. "Mangled"
5. "Scattered Remains, Splattered Brains"
6. "Born In A Casket"
7. "Rotting Head"
8. "The Undead Will Feast"
9. "Bloody Chunks"
10. "A Skull Full Of Maggots"
11. "Buried In The Backyard"

Kompozycyjnie Eaten Back To Life raczej nie był dla mnie wielkim objawieniem. Jest to pierwszy album grupy, więc raczej nie byłem tym zaskoczony, czasem kompozycja zawiewała lekko grupą Obituary. To co zdecydowanie zaskakuje to gitary które brzmią podobnie jak na South Of Heaven Slayera. Pierwszy utwór "Shredded Humans" jest za razem jednym z najlepszych kawałków na płycie; kipi agresją, brutalnością oraz świetnym klimatem, przyjemnie się go słucha. Numer dwa, "Edible Autopsy" jest czymś innym od poprzednika; dosyć chaotyczny utwór postawiony zdecydowanie na brutalność. "Put Them To Death" to typowy, rasowy kawałek muzyki death metalowej; kojarzy mi się trochę z "Inner Self" Sepultury. W porównaniu do poprzedników nie wypada tak dobrze, jednak wciąż nie jest źle. "Mangled" jest naszym numerem czwartym na liście. Przypomina lekko "Shredded Humans", z tą różnicą że mniej klimatyczne i bardziej zrównoważone. "Scattered Remains, Splattered Brains" przypomina poprzednie utwory; tak samo jak "Edible Autopsy" jest postawiony na brutalność. "Born In A Casket" ma w sobie coś co sprawia że chce się go słuchać, nie mam do niego większych zastrzeżeń: kipi ponurością i brutalnością. "Rotting Head" obok "Put Them To Death" jest jednym z prostszych utworów z płyty, kojarzy mi się nieco z typowym utworem z albumu The Bleeding. "The Undead Will Feast" podobnie jak poprzednik jest prosty w budowie; jest od niego nieporównywalnie słabszy, nie słucha mi się go tak dobrze. Następnie jest niepozorne, aczkolwiek brutalne "Bloody Chunks"... i pora na dwa najlepsze utwory z płyty (rzecz jasna obok "Shredded Humans"): "A Skull Full Of Maggots" wypełnione po brzegi zajebistym klimatem, ciekawymi riffami oraz brutalnością, oraz "Buried In The Backyard" z długim, aczkolwiek świetnym intrem. To na co warto tutaj czekać, to właśnie ta dwójka podchodząca pod style trzech późniejszych albumów. Warto dotrwać do końcówki.

O dziwo, jak na Cannibal Corpse teksty są różnorodne. Kręcą się jednak wokół tych samych zagadnień: brutalność, krew, flaki i roztrzaskane czaszki. Każdy utwór jest pod tym względem inny. "Shredded Humans" jest na temat wypadku samochodowego spowodowanego przez pijanego kierowcę. "Edible Autopsy", "Scattered Remains, Splattered Brains" oraz "Rotting Head" są o szalonym chirurgu, który dokonuje eksperymentów na swoich pacjentach. "Mangled", "Bloody Chunks" oraz "Buried In The Backyard" opisują akt kanibalizmu, oraz przyjemność z nią związaną. "Put Them To Death" oraz "The Undead Will Feast" są o nieumarłych, którzy za życia zostali zamordowani w brutalny sposób. W pewnym momencie powstają z grobu, by się zemścić na swoich oprawcach. "Born In A Casket" jest o nekrofilii jako upodobaniu stworzonym przez samego szatana, a "A Skull Full Of Maggots" jest o rozkładającym się ciele w grobie. Spośród całej dyskografii Cannibal Corpse z Chrisem Barnes'em, teksty z Eaten Back To Life wydają mi się przypadać najbardziej. Nie tylko są bardzo dobrze napisane, ale jak już mówiłem, wyróżniają się różnorodnością.

Zalety:
- Dobry wokal
- Bardzo dobra okładka
- Klimat
- Agresja i brutalność
- Świetne teksty
- Różnorodność

Wady:
- Średnie kompozycje


Okładka: 9/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 7,5/10

Ogólna ocena: 8/10


Deicide - Deicide


Deicide jest pierwszym albumem studyjnym death metalowej grupy Deicide. Został wydany 25 lipca 1990 roku nakładem Roadrunner Records. Deicide jest kontrowersyjną grupą muzyczną z Tampy, została utworzona przez wokalistę i basistę Glenna Bentona oraz perkusistę Steve'a Asheim. Do składu dołączyli bracia gitarzyści Brian i Eric Hoffmanowie. Jak sama nazwa wskazuje ("Deicide - bogobójstwo"), teksty grupy zazwyczaj dotyczyły tematyki antyreligijnej. Tak samo jak w przypadku Cannibal Corpse z Eaten Back To Life i Obituary z Cause Of Death, dla Deicide rok 1990 był przełomowy; nie muszę chyba mówić dlaczego. Płyta sprzedała się w nakładzie ponad 110 tys. egzemplarzy w USA według danych z 2003 roku. Album został oceniony pozytywnie zarówno przez krytyków jak i samych fanów, do dzisiaj uznawany jest za jeden z najważniejszych death metalowych klasyków. Rozum zazwyczaj w takich sytuacjach podpowiada mi, abym nie ufał krytykom. Zobaczmy co zaprezentowało Deicide!

Nie mam pojęcia co przedstawia okładka. Możliwe że będąc metalowcem powinienem wiedzieć co jest na niej przedstawione; najprawdopodobniej jestem niedoukiem. Jest to coś w rodzaju medalionu z twarzą po środku. Grafika przypomina nieco pierwszą wersję okładki do albumu A-Lex Nowej Sepultury; nawet pomimo wyraźnego niedosytu pod względem tła, grafika prezentuje się złowieszczo i miło się na nią patrzy.


Lista utworów:

1. "Lunatic Of God's Creation"

2. "Sacrificial Suicide"
3. "Oblivious To Evil"
4. "Dead By Dawn"
5. "Blaspherereion"
6. "Deicide"
7. "Carnage In The Temple Of The Damned"
8. "Mephistopheles"
9. "Day Of Darkness"
10. "Crucifixation"

Kompozycje powiewają fajnym wietrzykiem oldschool'u. Kojarzą mi się z Cannibal Corpse z czasów Butchered At Birth. Muzyka jest przede wszystkim szybka i bardzo brutalna. Riffy są pełne brutalnego grania, w grze na perkusji większą część grania zajmują blast beaty. Do tego wszystkiego można dodać ponury klimat albumu. W rzeczywistości kompozycje nie były tak dobre jak się spodziewałem, jest to jedyny kulejący aspekt albumu; pod tym względem album wypadł gorzej od Cannibal Corpse.Wokal kipi agresją, kojarzy mi się trochę z Chrisem Barnes'em za młodu, głośny wokal wspierający dodaje temu wszystkiemu uroku, wszystko brzmi nie dość że ponuro, to jeszcze brutalnie. Numer jeden, "Lunatic Of God's Creation" kojarzące się z "Meat Hook Sodomy" wcześniej wspomnianej grupy; jest to średniak, wiem że grupę stać na coś lepszego. Z każdym następnym utworem na albumie jest lepiej; potem są brutalne "Sacrificial Suicide" oraz "Oblivious To Evil". Po jakimś czasie Deicide rozpoczyna to prawdziwe przedstawienie: słyszymy "Dead By Dawn", najprawdopodobniej jeden z najlepszych utworów na albumie. Dominacja brutalnej gry, masa przyjemnych dla ucha zwrotów akcji, oraz potężnych solówek. Numer pięć: "Blaspherereion". Utwór od samego początku wydaje się być jeszcze lepszy od poprzednika; kojarzy się lekko z Behemothem, muzyka jest bardziej postawiona na klimat; nie znaczy to że nie uświadczymy brutalnego grania. Następny jest utwór tytułowy, "Deicide". Sam początkowy riff nakręca do słuchania, tak więc od razu komunikuję że od numeru 4 rozpoczyna się jazda. "Carnage In The Temple Of The Damned" to numer 7. Oczywiście kolejny, porządny (aczkolwiek bardziej zrównoważony) kawałek na płycie. W "Mephistopheles" brutalne granie nie kończy się, słyszymy jatkę nieco w stylu Behemotha, z odrobiną zajebistych riffów. Dwa ostatnie utwory na albumie to "Day Of Darkness" oraz "Crucifixation", będące już czymś nieco w stylu pierwszych ścieżek z albumu.

Podobnie jak w przypadku Behemotha, teksty wszystkich utworów są napisane nieco w stylu modlitwy. Jak już mówiłem, teksty dotyczą przede wszystkim tematyki antyreligijnej. "Lunatic Of God's Creation" jest o mrocznej stronie ludzkiej natury. "Carnage In The Temple Of Damned", "Dead By Dawn" i "Sacrificial Suicide" dotyczy rytualnego samobójstwa; "Oblivious To Evil" jest o rytualnym zabójstwie dziecka w imię szatana. "Day Of Darkness" jest o końcu świata, który spowodował nawrócenie się ludzkości. W "Deicide" wypowiada się szatan, który uważa się za zabójcę Jezusa. "Mephistopheles" oraz "Blaspherereion" jest o ataku piekielnych sił na eden. Z kolei w "Crucifixation" zawarta jest herezja, jakoby to szatan został ukrzyżowany, i cierpiał za ludzkość. Widać więc że na brak różnorodności tekstów nie ma co narzekać.


Zalety:
- Dobra okładka
- Agresja i brutalność
- Dobry klimat
- Bardzo dobre teksty
- Wokal
- Ciekawe rozwiązania

Wady:

- Brak różnorodności
- Średnie kompozycje


Okładka: 8,5/10

Teksty: 9/10
Kompozycje: 7/10

Ogólna ocena: 7,5/10

13 stycznia 2015

Komentarz (1): Moje top 5 najbardziej niedocenianych albumów

Witam w pierwszym komentarzu! Jeśli nie wiecie o czym będzie ta seria, to już śpieszę z pomocą! W komentarzach (początkowo nazywanych felietonami) będę wyrażał swoje myśli na różne tematy związane z muzyką metalową; będę również przedstawiał różnego rodzaju rankingi z własnego środowiska muzycznego. Nie będzie to wiało profesjonalizmem, wiele zagadnień będzie dotyczyło tego co do tej pory poznałem. Życzę miłego czytania :)

Każdy ma swój gust. Jedne są dosyć nietypowe, inne proste. Jeden będzie koneserem Lulu Metalliki i Lou Reed'a, inny będzie się cieszył z Countdown To Extinction Megadeth'u. Tak więc tutaj dla was pewna wskazówka: jak mógłbym ocenić swój ranking który za chwilę przedstawię? Będzie to raczej coś prostego, nie wychodzącego poza jakieś wygórowane normy. Wydaje mi się że raczej nie dobiorę się do jakiegoś szajsu pokroju Earth A.D./Wolfs Blood grupy Misfits.


Miejsce 5:

Biohazard - Means To An End


Mój ranking otwiera Means To An End wydany 10 lat temu. Niezwykle ciężki przypadek; rozumiem że Biohazard ostatnio jest dosyć rzadko słuchane, jednak nie jestem w stanie pojąć dlaczego album inspirowany krążkami z początku lat 90-tych został tak słabo przyjęty przez fanów którzy śledzą grupę od dawna? Inspirowany tu jest słowem odpowiednim, mianowicie oprócz dźwięków które kojarzymy z albumów grupy z XX wieku można też usłyszeć całkiem mocny powiew świeżości. To co można tu znaleźć to oczywiście muzyka inspirowana Black Sabbath, z dodatkiem agresywnego wokalu al'a New World Disorder. Rzecz jasna są tu też teksty w stylu Urban Discipline i State Of The World Address. W każdym razie jest to coś, co dla starego fana powinno być uciechą.


Miejsce 4:

Sodom - Tapping The Vein


Kolejne miejsce zajmuje 23-letni niemiecki krążek, Tapping The Vein. Album został znienawidzony przez rzeszę fanów z powodu eksperymentów z death metalem, z powodu zatrudnienia nowego gitarzysty Andy'ego Brings'a. Nie jestem w stanie zrozumieć postawy fanów, Tapping The Vein brzmi naprawdę znakomicie. Wprawdzie w dużym stopniu był inspirowany Possessed i Sepulturą (obie grupy bardzo lubię), jednak wciąż słychać tutaj dużo rzeczy wziętych z Persecution Mania, czy chociażby Agent Orange. Album jest bardzo klimatyczny, ma w sobie mnóstwo świetnych riffów, tylko czasem zdarzyło się coś co zanudziło. Tak to gorąco polecam ten krążek, zwłaszcza że najprawdopodobniej jest to ostatni dobry album studyjny grupy przed rokiem 1999. Wprawdzie nie jest tak dobry jak poprzednicy, ale i tak warto się z nim zapoznać, gwarantuję że się nie zawiedziecie.


Miejsce 3:

Machine Head - The More Things Change...


Tak samo jak w przypadku Means To An End grupy Biohazard, nie rozumiem dlaczego ten album został tak źle potraktowany. To że został wyparty przez The Blackening, Through The Ashes Of Empires, czy chociażby Bloodstone & Diamonds jestem w stanie zrozumieć. Nie rozumiem jednak jakim cudem został przegoniony przez słabe The Burning Red? Z jednej strony kwestia gustu... z drugiej jednak, grupa gra równie dobrze jak na Burn My Eyes! Niektóre utwory były nudne, bonusy kiepskie, jednak to nie zupełnie usprawiedliwia tego że album został niedoceniony. Grupa nawet w trakcie debiutu miała te same problemy. Zdecydowanie polecam The More Things Change... jako rekompensatę za następcę. Skoro mowa o The Burning Red, muzyka zdecydowanie za mocno zawiewała bezguściem, Rob Flynn pokazał nam że pajacowanie nie polega tylko na śpiewaniu w stylu James'a Hetfielda na albumie Reload. Pajacowanie w stylu Machine Head to posiadanie pedalskiego dresu oraz śmiesznego fryzu w stylu nastolatka grającego w boysbandzie. Trzeba też umieć łączyć rocka z nu metalem!


Miejsce 2:

Pantera - Power Metal


Wydaje mi się że za decyzję o dodaniu tego albumu do rankingu powinienem dostać po mordzie od fanów Pantery. Pytanie jednak, czy zasłużyłem, czy może to oni zasłużyli? Wydaje mi się że nikt tutaj nie jest winny. Oczywiście to co na sam początek płoszy znajduje się jeszcze przed wyciągnięciem płyty z opakowania: okładka. Jest niesamowicie brzydka i pedalska, ma się po prostu wrażenie że grupa nadal gra typowe glam metalowe gówno. Nazwa również odstrasza, ma się wrażenie jakby "Power Metal" opisywał gatunek. Tak się składa, że jest to muzyka bardziej w stylu heavy metal, inspirowana dokonaniami Judas Priest. Phil w większości operuje krzykliwym wokalem al'a Rob Halford. Wydaje mi się że grupa stawiała swoje pierwsze kroczki w muzyce która miała dokonać rewolucji. W każdym razie, chłopaki byli na dobrym tropie. Warto przynajmniej tym albumem się zaciekawić. Nie żebym zachęcał kogoś do polubienia, ale wydaje mi się że fajnie jest usłyszeć jak grupa gra tuż przed wydaniem wielkiego Cowboys From Hell.


Miejsce 1:

Slayer - Divine Intervention


W moim rankingu pierwsze miejsce zajmuje Divine Intervention Slayera. Nigdy nie rozumiałem fanów tej grupy. Krytykują ją z powodu odejścia Dave'a Lombardo (o nim opowiem w innym komentarzu), uważają że bez niego Slayer nic lepszego nie wymyśli. Wątpię, zwłaszcza dlatego że Dave jedyne co chciał robić to zgarniać forsę za swoją grę (żadnego pisania utworów). Mógłbym uznać go za najlepszego perkusistę świata, to co jednak mnie w nim zaczęło drażnić to ta ciągła chęć podwyżek i odejścia z grupy z powodu ich braku; a "fani" jeszcze dziwią się dlaczego on ciągle odchodzi, no ja pierdole! Z powodu odejścia Dave'a, Divine Intervention zyskało dosyć kiepską opinię: to perkusista do dupy, to brak basu, to przesterowany wokal. Wprawdzie album był gorszy od swoich poprzedników, jednak według mnie grupa zasługuje na podziw, pomimo pewnych trudności.

10 stycznia 2015

Konfrontacja: Sepultura - Roots vs Machine Head - The Burning Red


Witam w kolejnej konfrontacji! Tu Adi666. Boże, jak ja nie mogłem na ten wpis patrzeć, tylko modliłem się aby szybciej znikał w głąb bloga (wybacz Commando). Po prostu musiałem zrobić tego remake! Obaj zdaliśmy sobie sprawę z tego, iż gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy. Dzisiaj na warsztat wezmę dwa albumy grup które pomimo tego, że były już mocno zakorzenione w swoim gatunku, postanowiły spróbować czegoś "nieco" innego. Patrząc na taką thrashową Sepulturę, nikt we wczesnych latach 90-tych nie spodziewał się czegoś z mnóstwem starych brazylijskich instrumentów. Z kolei w Machine Head mało kto doszukiwałby się inspiracji nu metalem (no, może odrobinę w The More Things Change...). Czy zmiana stylu dla grup się opłaci? Za chwilę się przekonamy! Przed wami: Sepultura - Roots vs Machine Head - The Burning Red.


Sepultura - Roots


Roots jest szóstym albumem studyjnym brazylijskiej grupy thrashmetalowej Sepultury. Został wydany 20 lutego 1996 roku nakładem Roadrunner Records. W porównaniu do poprzednich płyt, Roots jest płytą zupełnie inną, dominują na niej nisko nastrojone gitary, krzyk, a także brazylijski folklor. Thrashowo-death metalowego brzmienia na krążku nie uświadczymy, toteż od tej pory fani Sepultury podzielili się na tych co doceniają Roots, i tych co go nienawidzą. Jest to ostatnia płyta z Maxem Cavalerą na czele, pod koniec roku 1996 wokalista odchodzi z grupy z powodu konfliktu. Album zyskiwał zwykle pochlebne oceny.

Okładka została namalowana przez Michaela Whelana. Przedstawiony jest na niej Indianin z Ameryki Południowej wokół którego rosną czerwone korzenie. Osoba widoczna na grafice ma na twarzy wymalowane różne tajemnicze znaki związane z tradycją indiańskich plemion. Według mnie, projekt okładki jest kiepski, aż dziw mnie bierze że taki ktoś jak Michael Whelan narysował takie nie wiadomo co! Wszystko nabiera sensu dopiero wtedy, gdy się dowiemy że Roots jest w rzeczywistości albumem koncepcyjnym. Swoją drogą, skoro utwory są inne, to może i dobrze że grafika jest taka a nie inna.


Lista utworów:

1. Roots Bloody Roots
2. Attitude
3. Cut-Throat
4. Ratamahatta
5. Breed Apart
6. Straighttate
7. Spit
8. Lookaway
9. Dusted
10. Born Stubborn
11. Jasco
12. Istari
13. Ambush
14. Endangered Species
15. Dictatorshit
16. Procreation Of The Wicked
17. War (Bob Marley cover)
18. Mine

Pomimo tego, że Roots jest płytą odmienną od pozostałych, kompozycje nadal są na zaskakująco dobrym poziomie. Wprawdzie nie jest to taka rewelacja jaka była na Arise, czy Chaos A.D., ale ważne jest to że mamy Maxa na wokalu, a w latach 1987-1996 był to wyznacznik sukcesu grupy. Wiele utworów zostało zagranych wraz z plemionami Indiańskimi z Brazylii, co jeszcze bardziej podkręca atmosferę. Jedyne co mi tutaj przeszkadzało, to ilość utworów; całe szczęście, Sepultura nie popełniła takiej samej katastrofy jak ta nowa na A-Lex, chociaż przyznam że w paru momentach album jest męczący. Na początku dostajemy iście rasowy kawałek w stylu Chaos A.D., Roots Bloody Roots. Muszę przyznać że grupa postarała się nad utworem: chwytliwe brzmienie, a za razem porządne pierdolnięcie ze strony Sepultury, zapewne dla wielu fanów grupy (w tym mnie i MrCommando1995) pierwszy ich utwór jaki poznali. Chłopaki z Brazylii nie zamierzają spocząć jeszcze na laurach, i serwują nam kolejny dobry utwór, Attitude. Muszę przyznać, że potężne gitary grające ciężki riff robią tutaj wrażenie. Następnie słyszymy Cut-Throat, będące czymś nieco spokojniejszym od poprzedników; tutaj Max prezentuje swój rasowy wygar udowadniając nam, że również w groove metalu może być całkiem dobry. Wraz z numerem czwartym pojawia się troszkę dziwniejszy utwór, Ratamahatta w którym wzięli udział Carlinhos Brown, Ross Robinson oraz David Silveria. Następnie rozbrzmiewa świetnie zagrane Breed Apart, będące czymś równie dobrym jak Roots Bloody Roots. Później słyszymy ociężałe Straighthate mające w sobie coś, co sprawia że słuchacza ciągnie do niego. Po tak dużej ilości ciężkiego grania, Sepultura wraz z utworem Spit pokazuje nam, że wciąż potrafi zagrać coś szybszego. Po nim, grupa zwalnia tempo przy pomocy Lookaway, wykonanym wspólnie z Mike'iem Pattonem, Jonathanem Davis'em oraz DJ Lethalem. Utwór wręcz kipi ponurym, wciągającym klimatem, przez co może okazać się całkiem dobrym kandydatem na częstego gościa naszych głośników. Po niedługim czasie, Sepultura znowu przyśpiesza, tym razem z utworem Dusted. Tak samo jak w przypadku poprzednich, utwór brzmi naprawdę zajebiście. Dalej słyszymy plemienne, a za razem agresywne Born Stubborn. Później słyszymy instrumentalny utwór pod tytułem Jasco. Kawałek został zagrany na gitarze akustycznej, pod względem brzmienia kojarzy mi się z The Abyss z albumu Schizophrenia, niestety nawet w połowie nie jest tak dobre. Po nim słyszymy średnie Istari, będące kolejnym instrumentalem. Później Sepultura gwarantuje nam kolejny przypierd, tym razem w postaci Ambush. Kojarzy mi się on trochę z Cut-Throat i Breed Apart, muszę przyznać że został zagrany równie dobrze. W numerze czternastym, grupa raczy nas świetnym Endangered Species, ostatni na liście utworów z wersji oryginalnej jest Dictatorshit, będący niczym innym jak krótkim, hardcore'owym przypierdem w stylu Nowej Sepultury. Po nim następuje warty uwagi ociężały, a za razem brutalny cover Celtic Frost, Procreation Of The Wicked. W numerze 17, Sepultura daje nam chwilę wytchnienia z całkiem przyjemnym dla słuchu War, będący coverem Boba Marley'a. Ostatni utwór to Mine, będący czymś w rodzaju rozwinięcia Lookaway.

Jak już mówiłem, Roots jest albumem koncepcyjnym. Większość jego tekstów dotyczy plemion Indian z Ameryki Południowej (Roots Bloody Roots, Cut-Throat, Ratamahatta, Born Stubborn, Ambush). Na drugim miejscu usłyszymy utwory będące o Brazylii za czasów komuny (Attitude, Spit, Dusted, Endangered Species, Dictatorshit). Można również usłyszeć coś na temat ludzkiego cierpienia, i zagubienia w społeczeństwie (Straighthate, Breed Apart). Utwór War jest o znaczeniu wojen dla dzisiejszego świata. W Lookaway podmiot liryczny zastanawia się nad naturą człowieka. Nie wiem z kolei o czym jest Mine.

Podsumowując, album Roots jest naprawdę bardzo dobry. Pomyśleć że Sepultura na "pożegnanie" stworzyła coś, co jest nie tylko inne od poprzednich albumów, ale także będące czymś na równym poziomie. Żadna grupa przed Sepulturą nie nagrywała z Indianami w dżungli, bez wątpienia jest to bardzo uniwersalny pomysł. Teksty, okładka i kompozycje - to wszystko ze sobą się świetnie zgrało. W przypadku Sepultury nie mam pojęcia, dlaczego fani takich dzieł jak Arise, czy chociażby Beneath The Remains tak bardzo go nienawidzą. Różni się, wielkie mi co; ważne że Sepultura zagrała to tak jak powinna! Szkoda tylko, że Sepultura nie zdążyła się rozkręcić. Album stał się bez wątpienia bardzo ważnym obiektem inspiracji dla Nowej Sepultury, a także znakomitą bazą dla pierwszego albumu Soulfly.



Zalety:
- Bardzo dobrze napisane kompozycje
- Bardzo dobre teksty
- Świetny wokal
- Szczerość
- Różnorodność (przechodzenie od lekkości do ociężałości)
- Uniwersalne brzmienie
- Ważny przekaz
- Nieustająca ciekawość i radość ze słuchania

Wady:
- Ilość utworów
- Różnice poziomów między niektórymi utworami


Okładka: 6,5/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9/10

Ocena ogólna: 9,5/10


Machine Head - The Burning Red



The Burning Red jest trzecim albumem amerykańskiej grupy groove metalowej, Machine Head. Został wydany 10 sierpnia 1999 roku nakładem Roadrunner Records. Tak samo jak w przypadku Roots, The Burning Red grupy Machine Head było czymś zupełnie innym w porównaniu do poprzedniego albumu; chłopaki z groove metalowego, ciężkiego grania przepełnionego klimatem, przerzucili się na lżejsze, bardziej nu metalowe brzmienie. Było to spowodowane najprawdopodobniej zmianą gitarzysty z Logana Madera (został wyrzucony za skandaliczne zachowanie w trakcie koncertów) na Arhue Lustera, będącego w Machine Head w latach 1997-2002. Dla wielu fanów kapeli zarządzanej przez Roba Flynna było to nie do pomyślenia. Album został przyjęty pomyślnie przez żeńską stronę fanów grupy, męska strona zwykle go nienawidzi. Płyta zwykle zyskiwała wysokie noty.

Na okładce przedstawiony jest czerwony kwiat, który wygląda jakby został namalowany na ścianie. Nie mam o niej wiele do powiedzenia, jest to po prostu zwykły kwiat który pachnie mi albumem przypominającym dzieło bardziej w stylu muzyki pop (!). Po prostu nie patrzy się na nią miło, ma się wrażenie że słucha się muzyki stworzonej przez kobietę. W takim Nightwish jeszcze by uszło, ale tak naprawdę kto uznaje to za metal?


Lista utworów:

1. Enter The Phoenix
2. Desire To Fire
3. Nothing Left
4. The Blood, The Sweat, The Tears
5. Silver
6. From This Day
7. Exhale The Vile
8. Message In The Bottle
9. Devil With The King's Card
10. I Defy
11. Five
12. The Burning Red

Patrząc na beznadziejną okładkę, promocję oraz zmianę stylu grupy (w tym paskudny fryz Roba Flynna) spodziewałem się chłamu. Kompozycje są dla mnie ogromnym zaskoczeniem, mianowicie zostały one napisane przyzwoicie. Czasem zdarzy się jakieś niedociągnięcie (np. monotonia), jednak większość zasługuje na jakąkolwiek uwagę. To co mnie pozytywnie zaskoczyło, to utwory brzmiące jakby zostały napisane w roku 1997. Poza tym, widać że Machine Head inspirowało się wielce popularnym Slipknotem. Wokal Roba Flynna niestety jest przesterowany, zamiast tego surowego ryku z Burn My Eyes, czy chociażby czystego "jęczenia" z The More Things Change... dostajemy rapowe pieprzenie w stylu Corey'a Taylora. Z początku dostajemy intro Enter The Phoenix wraz z Desire To Fire. Co dziwne, praktycznie na początku dostajemy najlepszy utwór. Pomimo tej ogromnej dawki nu metalu, utwór ma w sobie ogromne pokłady żywiołowości i energii. Nothing Left również jest niemałym zaskoczeniem, w każdym razie dla kogoś kto od początku spodziewał się katastrofy. Numer czwarty to przesłodzone The Blood, The Sweat, The Tears. Przez fanów fanki utwór uznawany jest za najlepszy z albumu, ja jednak gdy pobrałem album The Burning Red, po pierwszym przesłuchaniu zwyczajnie go usunąłem. Grupa próbowała połączyć żywiołowość z rasowością, co zwyczajnie im się nie udało. Grupa kontynuuje zanudzanie przy pomocy ballady o nazwie Silver. Wiem że Machine Head ma parę ciekawych ballad (np. Deafening Silence, czy chociażby A Farewell To Arms), jednak ta będąc jedną z pierwszych, po prostu nie wyszła. Wraz z utworem From This Day, Machine Head kończy swą złą passę, i zaczyna przyjemną, przebojową jazdę. Czasem utwór irytował ogromem przebojowości, jednak da się go słuchać. Następne jest zajebiste Exhale The Vile, będące powrotem do stylu z The More Things Change.... Niestety, z coverem grupy The Police, Message In The Bottle, grupa ponownie się nie popisuje. Po nim znów słyszymy bardzo dobry numer, utwór będący czymś w stylu Exhale The Vile, Devil With The King's Card. Później słyszymy bardzo dobre I Defy. Następne jest równie ciekawe Five, lekko zawiewające monotonią. Utwór nadrabia to czasem zajebistymi, wpadającymi w ucho riffami. Ostatnia jest monotonna ballada, The Burning Red. Wydaje mi się że wraz z tym utworem, grupa próbowała udawać Fear Factory, próbując nagrać swoje A Therapy For Pain, które zwyczajnie się nie udało.

Teksty są średnie. Rob Flynn pisząc je chyba nadzwyczaj mocno zainspirował się Limp Bizkit. Widać jednak, że to po prostu nie wyszło. Z tego powodu czasem teksty były mało zrozumiane, często słyszałem typowe zwroty dla frontmana Limp Bizkit, Freda Dursta. Na początku spotkałem się z tekstami na temat nieudolności władzy (Desire To Fire, Nothing Left, Silver, Devil With The King's Card). Usłyszałem również teksty będące na temat ludzkiego cierpienia (The Blood, The Sweat, The Tears, Exhale The Vile, Message In The Bottle, I Defy, Five). From This Day napisał Rob Flynn dla swojej dziewczyny, której dziękuje za wypełnienie pustki którą niegdyś miał. Co jest cholernie ciekawe, utwór tytułowy, The Burning Red jest o człowieku chorym na depresję, który zdecydował się popełnić samobójstwo. Jak już mówiłem, pod tym względem utwór przypomina A Therapy For Pain grupy Fear Factory z albumu Demanufacture. 

Podsumowując, The Burning Red pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewając się początkowej katastrofy zauważyłem, że album jest tak naprawdę całkiem dobrym dziełem. Zdarzały się utwory wykonane porządnie i z sercem, oraz takie przy których Machine Head pogubiło się. Czasem irytowała mnie monotonia w utworach, czasem psująca zabawę ze słuchania. Całe szczęście, był to jednorazowy "wyczyn" grupy, każdy następny album był lepszy.


Zalety:
- Znośne kompozycje
- Żywiołowość
- Klimat
- Przyjemne dla ucha riffy

Wady:
- Słabe teksty
- Monotonia
- Kiepska okładka
- Brak jakiejkolwiek brutalności
- Częste występowanie kiepskich utworów
- Brak różnorodności


Okładka: 1/10
Teksty: 6,25/10
Kompozycje: 7,5/10

Ocena ogólna: 7/10

Konfrontację wygrywa album Roots. Został wykonany o wiele lepiej w porównaniu do konkurenta.

Obserwuj nas!