Wyszukaj

21 lutego 2015

Recenzja: IRATE - New York Metal


Witam w kolejnej recenzji! Cholera, nie pamiętam kiedy ostatnio zrobiłem coś hardcore'owego! Po zagłębieniu się nieco w bloga, zauważyłem że ostatni, nieco czystszy album z tego gatunku zrecenzowałem 30 października 2014 roku (zabrałem się wówczas za Nową Sepulturę z ich debiutem, Against). Dzisiaj zabiorę się za mało znaną grupę z Nowego Jorku, reprezentującą rzecz jasna tamtejszą odmianę hardcore'u. Pierwszy raz usłyszałem ją (o dziwo) na last.fm, stawiając swoje pierwsze kroki w nieco bardziej poważnym metalu. Przed wami: IRATE - New York Metal.

New York Metal jest jedynym albumem studyjnym nowojorskiej grupy hardcore'owej IRATE. Został wydany 28 listopada 2005 roku. O albumie jest niewiele informacji, aż dziw mnie bierze, że znalazłem jego pełną datę wydania! Krążek nie został wydany przez żadną wytwórnię, między innymi dlatego tak mało o nim słychać. Rzadko kiedy krytycy zabierali się za ten album, sami fani przyznają że jest całkiem dobry.

Na okładce przedstawiony jest widok na Nowy Jork z poddasza jakiegoś budynku; kojarzy mi się nieco z grafikami grupy Madball. Cóż, nowojorski hardcore to zupełnie inna bajka w porównaniu do muzyki jaką zajmujemy się na co dzień, wydaje mi się więc, że zdjęcie panoramy Nowego Jorku tutaj nawet pasuje. Okładka nie jest ani ładna, ani brzydka; ujdzie w tłumie.


Lista utworów:

1. The Human Condition
2. NY Metal
3. Fallen
4. Shattered Dreams
5. Depression
6. Coward
7. NYC March 11 2002
8. Blasphemy
9. Robert Johnson
10. I Remember
11. Vendetta

Niby mówi się "nie oceniaj książki po okładce". Tak samo jak grafika, kompozycje kojarzą mi się z Madball (połączonym z death metalem i innymi grupami grającymi NYHC). Muzyka jaką zagrało IRATE jest połączeniem takiego Madball'owego grania, z metalem. Co jednak śmieszne, wydaje mi się że chłopaki czerpali inspirację ze wszystkiego jak leci, od Metalliki po Agnostic Front, Suicidal Tendencies, Hatebreed i Black Sabbath... w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, jakim cudem IRATE określa się mianem grupy grającej New York Hardcore, przecież to coś ma tak mało jego cech. Możliwe jednak, że grupa spodziewała się wydania znacznie większej ilości materiału, a New York Metal miał być chwilową inspiracją metalem. Album jest bardzo nierówny; w jednym momencie słuchało mi się go bardzo przyjemnie, w innych strasznie przynudzał. Poza tym, w słuch rzuca się słaba jakość materiału. Pierwszy utwór, The Human Condition, wcale mi nie zapadł w pamięć. Jest to po prostu nudne, monotonne granie. W numerze drugim słyszymy średnie NY Metal; po jakimś czasie grupa zwalnia tempo z bardziej melodyjnym Fallen. Numer czwarty, Shattered Dreams, wydaje się być jeszcze lepszy od poprzedników. Jest to typowo metalowe granie, z dużą dawką agresywnego, i melodyjnego młócenia. Z Depression, IRATE ponownie zwalnia tempo. Niestety, jest to przede wszystkim nudne i monotonne granie. Wraz z utworem Coward, grupa zbliża się bardziej w kierunku hardcore'u. Grupa to pokazuje również w NYC March 11 2002. Z kolei Blasphemy jest już nieco cięższym orzechem do zgryzienia; chłopaki łączą tu "elastyczność" hardcore'u z brutalnością i klimatem metalu. Wraz z Robert Johnson grupa zwalnia tempo na rzecz ociężałego brzmienia. Następnie słyszymy niezbyt wyrafinowane Remember, i w końcu coś na co długo czekałem, Vendetta. Jedyny utwór który zapamiętałem, głównie ze względu na połączenie heavy metalowej młóćki z hardcore'ową rozróbą.

Tekstów do albumu nie znalazłem; jedyny tekst jaki znalazłem w internecie to do utworu Vendetta. Utwór jest skierowany do grup muzycznych grających nu metal. Wokalista wytyka im łamanie wszelkich zasad związanych z muzyką metalową. Wydaje mi się że można było napisać trochę lepiej ten utwór, tak to niewiele z tego wynika; żadnych pouczeń, żadnego opisanego błędu... po prostu agresywny przekaz w hardcore'owym stylu: "nie zadzieraj z moją rodziną, inaczej ci się oberwie". Po prostu czuć, że czegoś tu brakuje! Co do pozostałych utworów, nie mam pojęcia o czym one są; wydaje mi się jednak, że zostały one napisane podobnie jak wyżej wymieniona Vendetta.

Podsumowując, New York Metal jest raczej przeciętnym albumem. Słychać było, że IRATE próbuje zagrać dobrze, niestety nie do końca im to wyszło. Jak już mówiłem, chłopaki połączyli pozytywnie przyjęte schematy metalowe z nowojorskim hardcorem. W teorii mogłoby się to przyjąć, słychać że grupa miała w sobie potencjał. W praktyce wyszło kiepsko, wydaje mi się że to z powodu zarówno braku inwencji twórczej, jak i doświadczenia. W album zagłębiłem się jak w basen z zastygłą galaretką; po prostu mi się nie udało, i wydaje mi się że każdy kto go przesłuchał miał podobne wrażenia co ja (z tą różnicą, że nikt nie porównywał go do galaretki). Gdyby jednak chłopaki grali do dziś, wydaje mi się że wykorzystaliby swój potencjał, i możliwe że wydaliby później jeszcze lepszy album.


Zalety:
- Próba połączenia nowojorskiego hardcore'u z metalem
- Połączenie rasowości, agresji i ociężałości
- Różnorodność

Wady:
- Brak tekstów w internecie
- Nuda
- Niedopracowane kompozycje
- Przeciętność do bólu


Okładka: 7/10
Teksty: BRAK OCENY
Kompozycje: 6/10

Ogólna ocena: 6/10

17 lutego 2015

Komentarz (3): Stereotypy


Od kiedy emo i punki zaliczają się do metali?
Witam ponownie! W dzisiejszym komentarzu zajmę się stereotypami dotyczącymi metalu, zastanowię się nad tematem nienawiści między subkulturami skupiając się na konflikcie "rap vs metal" a także omówię sens stron obrażających dany gatunek muzyki. Założę się, że wielu z was zastanawiało się na ten temat, skąd to wszystko się bierze. Inni pewnie mieli na to wyjebane. Wydaje mi się jednak, że warto w ten temat nieco się zagłębić, zastanowić się czy człowiek po prostu boi się odmienności, czy może w niektórych przypadkach tak powinno być. Od razu ostrzegam osoby, według których tego typu publikacje powinny być bardzo oficjalne, i nie powinny zawierać przekleństw. Otóż mnie to nie obchodzi, a jeżeli nie chcesz widzieć "kurew" i "pizd" w przemyśleniach pisanych przez naburmuszonego nastolatka, to po prostu tego nie czytaj. To jest komentarz, i w tym momencie chcę omówić temat dosyć niewygodny zarówno dla mnie, jak i pozostałych, zaciekawionych czytelników. Zapraszam do lektury!

Idziesz sobie ulicą, i nagle jakaś stara jędza drze się na ciebie tylko dlatego, że jesteś ubrany na czarno i masz długie włosy. Co najczęściej robisz? Masz ją gdzieś. Pytanie jednak, dlaczego ta baba się ciebie czepia? Odpowiedź jednak przynosi przykry rezultat: została wychowana na dawnych, surowych zasadach... no i oczywiście jest stara. Na tym jednak ten temat się nie kończy; nie tylko ludzie starsi mają do nas uprzedzenia. Często również widuje się osoby niepowiązane z jakąkolwiek subkulturą, chcące albo komuś zwyczajnie dopiec, albo z własnej niewiedzy obrazić. Pewnego razu po szkole wbijam sobie na fejsa, i widzę że jeden z moich znajomych polubił stronę "Beka z metali". Tam znajdziemy rzecz jasna zbiórkę kretynów komentujących jakieś pojebane fotki mało powiązane z naszą muzyką (to dowodzi o niskim ilorazie inteligencji admina). Z pozoru może się wydawać że jest to tylko i wyłącznie jego sprawa, jednak zastanawia mnie: skoro on tak bardzo nienawidzi ciężkiej muzyki, to czemu jest mi w stanie podać rękę na powitanie? Dziwne jest również to, że ma w lajkach Metallikę. Może jestem jedynym metalem który zyskał w jego kręgach? To nawet możliwe!


Pewnego razu odwożąc go do domu, próbował mnie przekonać do rapu. Stwierdził, iż jest to jedyny gatunek muzyki który ma w sobie moc, szczerość, piękno... skoro tak, to mój gatunek ma naprawdę wiele wspólnego z rapem, od razu się na to piszę! A gdzie tam, tak naprawdę są to dwa zupełnie inne typy muzyki nie mające ze sobą żadnych powiązań. Dobra, jestem w stanie uszanować czyjś gust, ale nie będę chyba przenosił się z mosh pitu pod sceną na ulicę. Co on kurwa, Jezus? W tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy mój kolega przypadkiem nie należy do subkultury rapu.


Cóż, to nawet mogłoby być możliwe. Trafiłem kiedyś na artykuł w internecie na temat konfliktu subkultur; słuchający rapu zwykle nienawidzą wszelkich, charakterystycznych przejawów odmienności: emo, metali, punków, hipsterów... można wymieniać w nieskończoność. W sumie to nawet wydało mi się naturalne, konflikt subkultur... Sam natrafiam na tego typu rzeczy w moim mieście. Sami artyści zasłużeni w rapie zwykle są tolerancyjni wobec odmiennych subkultur, oglądając ich koncerty zauważyłem że ci ludzie mają ten sam system wartości co my, za co ich sobie cenię... no cóż, jest parę wyjątków (np. Popek Monster). Z tym gatunkiem muzyki jest tak samo jak z BMW E36. Pewne osoby przyczyniły się do takiego stanu rzeczy. W przypadku rapu są to zwykle gimbusy, ewentualnie zadufani w sobie sangwinicy niewiele wiedzący o swoim gatunku. Mam wrażenie że jest to częściowa odpowiedź na moje pytanie, "dlaczego ludzie nienawidzą metalowców". A wiadomo jak to jest z niższą formą inteligencji. Z tego powodu właśnie istnieje konflikt "rap vs metal", a rzecz która wydaje się być pocieszeniem, to sama myśl że słuchasz muzyki której raczej gimbusy nie opanują, często ze względu na jej powagę.

Co ciekawe, zagłębiając się w ten artykuł dostrzegłem, iż nie tylko rapy patrzą na odmienności krytycznym okiem. Właściwie to dotyczy każdej subkultury, nawet metalu. Byłem tym faktem nawet zaskoczony, mianowicie nie mam pojęcia, co taki metal mógłby mieć do np. punka? Obie subkultury są do siebie dosyć podobne: mają wiele wspólnych zwyczajów, podobnie się ubierają, również reprezentują muzykę gitarową, oraz w ich języku również występują takie słowa jak "mosh pit", "riff", itp. Na moje oko wynika to po prostu z przekonań osób zagłębionych w ten gatunek: "punk to okaleczanie muzyki gitarowej", "metal to punk który wyewoluował w złym kierunku", itp. Z innego powodu metale nienawidzą satanistów, jednak w tym przypadku można się domyśleć o co chodzi; wykreowane przez społeczeństwo podobieństwo, którego metalowcy nie akceptują. Również w porównaniu do satanistów, metale darzą sympatią każdego, kto ich docenia. Wbrew pozorom, nie jest to subkultura narzucająca swój styl (jak to jest w przypadku pedałów), my po prostu robimy swoje.

No dobra, pośmialiśmy się i pogadaliśmy w kulturalnej atmosferze; czas podsumować ten cały komentarz. Tak jak to zwykle bywa, stereotypy są fałszywe; dotyczy to również metalowców, o których się mówi "kotojady", "debile nie potrafiący pisać muzyki"... A jak dobrze wiemy, wykonawcy będących w tej domenie bardzo często się wysilają. Z kolei co do konfliktu subkultur, czasem zostaje spowodowany przez ludzi którzy mają wpływ na swoją muzykę (tak jak to jest w przypadku rapu), ewentualnie występuje z bardziej naturalnych powodów. Strony obrażającej jakiś gatunek muzyki raczej bym nie polubił, jak już to wolałbym wyżyć się na kimś, kto tak naprawdę ma zły wpływ na muzykę, której słucha, np. na takim gimnazjaliście rajcującym się Firmą który przyswaja sobie ideologię (i jej w dodatku nie rozumie) w stylu "jebać policję". Gdyby nie tego typu pojebani odbiorcy rapu, najprawdopodobniej byłby gatunkiem dorównującym metalowi.

15 lutego 2015

Konfrontacja: Iron Maiden - Iron Maiden vs Manowar - Into Glory Ride


Witam w kolejnej konfrontacji! Rozpoczynając swoją przygodę z metalem, znałem Iron Maiden tylko ze słyszenia. Zastanawiałem się przy tym, jakim cudem ta grupa jest popularniejsza od prekursora gatunku NWOBHM, Judas Priest. Około roku 2012 miałem okazję przesłuchać co nieco z dyskografii tej grupy; należało przełamać lody, i coś zrobić ze swoją niesprecyzowaną opinią. Problem w tym, że nadal nie jestem w stanie stwierdzić dlaczego ta grupa jest tak kochana; ale to nieważne. Dzisiaj przedstawię wam płytę, w przypadku której katowałem tylko jeden utwór bez zapoznania się z resztą; wydaje mi się że idealnym kandydatem będzie stary Manowar. Przed wami: Iron Maiden - Iron Maiden vs Manowar - Into Glory Ride.


Iron Maiden - Iron Maiden


Iron Maiden jest pierwszym albumem brytyjskiej grupy grającej NWOBHM, Iron Maiden. Został wydany 14 kwietnia 1980 roku nakładem wytwórni EMI. Grupę stworzył basista Steve Harris w roku 1975 po opuszczeniu Gypsy's Kiss. Później dołączyli do niego Paul Day (wokal), Ron Matthews (perkusja), Dave Sullivan oraz Terry Rance (gitary). Przed wydaniem debiutanckiego albumu, Harris zmienił cały skład: na stanowisko wokalisty został zatrudniony Paul Di'Anno; na gitarach zagrali Dennis Stratton oraz Dave Murray; perkusistą z kolei został Clive Burr. Album został pozytywnie przyjęty, uzyskał srebrną i złotą płytę.

Grafika została wykonana w dwóch wersjach; powyższa pochodzi z wersji zremasterowanej albumu z roku 1998, z kolei ta znajdująca się poniżej jest z oryginalnej wersji z 1980 roku. Na obu grafikach została przedstawiona maskotka grupy, Eddie. Stoi on w pustym mieście w czasie zmierzchu. Nie wiem zbytnio o co tutaj chodzi; Eddie zagląda w duszę tego, kto ma zamiar za chwilę wyciągnąć płytę, czy co? Ukazany na grafice "człowieczyna" na tle miasta prezentuje się bardziej jak nieumalowana modelka z anoreksją, niż jak trup (załóżmy że ta postać miała być oparta na umarlaku). Według mnie, lepiej by było gdyby ten Eddie pojawił się kilka lat później, np. wraz z zatrudnieniem Bruce'a Dickinsona.


Lista utworów:

1. Prowler
2. Remember Tomorrow
3. Running Free
4. Phantom Of The Opera
5. Transylvania
6. Strange World
7. Sanctuary
8. Charlotte The Harlot
9. Iron Maiden

Album wydał mi się bardzo sympatyczny, można powiedzieć że od samego początku Iron Maiden zapraszało nas do wspólnej zabawy. Oczekiwałem po tym muzyki przypominającej trochę Judas Priest. Co dostałem? Unowocześnione Black Sabbath połączone z punkiem, aczkolwiek słuchało mi się tego naprawdę przyjemnie. Wprawdzie jest to dziewięć utworów, jednak ja się czułem, jakbym przesłuchał co najmniej 4. Sam Paul Di'Anno wydał mi się całkiem miłym gościem. Jego wokal bardzo dobrze pasuje do wszystkiego co wokół słyszymy, wydaje mi się że mógłby nawet trafić do czołówki moich ulubionych wokalistów! Nasza przygoda rozpoczyna się od zajebistego Prowlera pełnego krótkich solówek, ciekawych riffów i świetnych zwrotów akcji. Wraz z numerem drugim, Remember Tomorrow, Brytyjczycy nieco zwalniają tempo. Muzyka którą grają, koi uszy, słychać w tym jednocześnie delikatność i ostrość, wszystko zostało bardzo fajnie ze sobą sklejone. Następny na naszej liście jest Running Free. Niestety, w porównaniu do dwóch poprzednich kawałków, nie jest to tak dobre. Kojarzy mi się to lekko z graniem Scorpionsów połączonym z punkiem. Numer czwarty z kolei jest moim faworytem, Phantom Of The Opera. Jest to po prostu potężna dawka profesjonalizmu i świetnego zgrania zmieszczona w 7 minutach. Następna na liście jest instrumentalna Transylvania. Jest to zrównoważony, przyjemny kawałek z paroma ciekawymi zwrotami akcji. Zaraz po niej, rozpoczyna się całkiem dobra ballada Strange World. Muzyka jest kołysząca, bardzo przyjemnie się jej słucha. Kojarzy mi się trochę z Fade To Black z albumu Ride The Lightning Metalliki w połączeniu z Planet Caravan grupy Black Sabbath. Po pewnym czasie, Paul Di'Anno pokazuje nam że grając w Iron Maiden, nie zamierza zrezygnować ze swojego głównego nurtu przy pomocy Sanctuary. Utwór jest średni, w porównaniu do poprzednich brzmi raczej mizernie; kojarzy mi się ze starym, dobrym Black Flag. Słychać że Iron Maiden nieco spada z poziomu, po raz kolejny ukazując nam (już nieco lepszy) kawałek Charlotte The Harlot. Na koniec, wraz z utworem Iron Maiden, chłopaki ponownie dowalają do pieca. Wprawdzie nadal jest to coś w rodzaju punku, jednak muszę przyznać że w porównaniu do tego co słyszeliśmy w Sanctuary i Charlotte The Harlot, słucha się tego naprawdę dobrze: przyjemne dla ucha riffy, agresja i przebojowość.

Teksty napisane przez grupę są całkiem dobre. Nie są może tak dobre jak kompozycje, jednak i tak czasem trudno było wyłapać jakiś zarzut. O monotematyczności nie ma tu mowy, każdy znajdzie coś dla siebie. Jedyne co mi tu nie pasuje, to brak tekstów na jakieś tematy, do których metalowcy zdążyli się przyzwyczaić. Chodzi mi o wojny, polityka, itp. nawet Black Sabbath (przypominam że Iron Maiden wzorowało się na tej grupie) miały tego typu teksty! Możliwe że wymagam kij wie czego, ale wydaje mi się że tego typu teksty są tradycją w metalu. Jak już mówiłem, teksty kipią różnorodnością; Prowler jest o perypetiach pijanej osoby wracającej z imprezy. W Remember Tomorrow, grupa zachęca człowieka do walki ze swoimi problemami. Running Free jest o nastolatku, który uciekł z domu, by rozpocząć nowe życie. Phantom Of The Opera jest utworem opartym na powieści Gastona Leroux, Upiór w Operze. Z kolei Strange World nie tylko pod względem kompozycji przypomina Planet Caravan; tekst dotyczy zmarłego człowieka, który jest w trakcie swojej podróży do krainy niebios. Sanctuary jest piosenką o miłości; mężczyzna kieruje swoje słowa do kobiety, by ta "dała mu schronienie od prawa". Z kolei Charlotte The Harlot jest o prostytutce o imieniu Charlotte. Ostatni utwór, Iron Maiden dotyczy "żelaznej dziewicy".

Podsumowując, pierwszy album Iron Maiden wydał mi się czymś, co zasługuje na uwagę. Kompozycje bardzo przyjemne dla ucha, jak na album z gatunku heavy metal, bardziej mnie odprężył, trochę adrenaliny pojawiło się podczas słuchania pierwszej dwójki i Phantom Of The Opera. Teksty również były całkiem niezłe, chociaż były momenty, kiedy czułem niedosyt. Jeżeli nie lubisz Iron Maiden, gwarantuję że spodoba ci się ta grupa po przesłuchaniu tego albumu. A jeśli ubóstwiasz Black Sabbath, koniecznie musisz się z tym zapoznać; wydaje mi się, że płyta jest tym dla Paranoida, czym jest Time Is Up (Havok) dla ...And Justice For All (Metallica). Polecam!

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Ciekawe teksty
- Różnorodność

- Brak monotematyczności
- Kompromis między rasowością i przebojowością a klimatem i ociężałością
- Ciekawe rozwiązania

Wady:
- Okładka
- Album miał swoje słabsze momenty

Okładka: 6/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 9,5/10

Ogólna ocena: 9,5/10


Manowar - Into Glory Ride


Into Glory Ride jest drugim albumem amerykańskiej grupy heavymetalowej Manowar. Został wydany 1 lipca 1983 roku nakładem Megaforce Records. Ostatnio ta grupa nie była dla mnie zbyt atrakcyjna; jedyne co mi chodziło po głowie, to tylko słynne Louder Than Hell. W pewnym momencie przypomniał mi się jednak utwór, który na jednym ze swoich albumów zagrało Anal Cunt; swoistą parodię Gloves Of Metal. Nie wliczając potrzeby konkurenta do konfrontacji, był to powód dlaczego postanowiłem się za to zabrać (dosyć błahy). Album miał różne opinie.

Okładki Manowara są raz lepsze, raz gorsze; wydaje mi się że to zależy od ich nastroju, ewentualnie od stylu grania. Grafika do albumu Into Glory Ride jest raczej kiepska. Przedstawieni są członkowie grupy poubierani w jakieś fatałachy wikingów, czy coś w tym stylu... jak już wielokrotnie wspominałem, nie lubię okładek na których jest przedstawiona grupa, wolałbym coś stworzonego wyższym kosztem; nie chodzi mi jednak tylko o to. Chłopaki z Manowara wyglądają tutaj komicznie, wydaje mi się że to nie był cel jaki chcieli osiągnąć.


Lista utworów:

1. Warlord
2. Secret Of Steel
3. Gloves Of Metal
4. Gates Of Valhalla
5. Hatred
6. Revelation (Death's Angel)
7. March For Revenge (By The Soldiers Of Death)

Manowar zaliczył wpadkę. Podobnie jak w przypadku Iron Maiden, muzyka z pozoru wydaje się być bardzo sympatyczna dla słuchacza. Gdy jednak się wsłuchamy, w rzeczywistości dostajemy nijaką i monotonną papkę. Próba zagłębienia się w jakikolwiek utwór nie wychodzi, jest to po prostu płytkie granie bez polotu; mało jest tu zwrotów akcji, mało tu inwencji twórczej. W słuch rzuca się monotonia psująca wrażenia ze słuchania, pogłębia ją długość utworów (najkrótszy utwór trwa 4 minuty, najdłuższy 8). Nie rozumiem również użycia keyboard'ów. Pojawiają się one stosunkowo rzadko, aczkolwiek słuchając Into Glory Ride, wydały mi się one zbędne. Pierwszy utwór, Warlord, prezentuje się całkiem nieźle. Nie jest to jednak coś, co powala na kolana (tak jak to było w przypadku Iron Maiden). W Secret Of Steel, Manowar zwalnia tempo. Cóż innego mógłbym powiedzieć, utwór kojarzy mi się ze Snowblind grupy Black Sabbath z albumu Vol 4. Tak samo jak wyżej wymieniony kawałek, Secrets Of Steel brzmi bardzo pozytywnie. Szkoda tylko, że jest strasznie monotonny. Numer trzeci to Gloves Of Metal. Daję go jako swojego faworyta, gdyż jest to pierwszy utwór jaki usłyszałem z tego albumu. Dziwne jest jednak dla mnie to, że bardziej podoba mi się wersja Anal Cunt, z darciem pizdy rodem ze schroniska dla ptaków. Jeżeli bardziej doceniam wersję pojebańców z Sethem Putnamem na czele, to chyba znaczy, że coś jest nie tak z tym albumem (możliwe też, że to dlatego że w coverze zaśpiewał Phil Anselmo). Następne jest Gates Of Valhalla, z poważnym błędem taktycznym na samym początku; chodzi mi o nudne intro. Po nim, utwór przybiera całkiem przyjemną dla ucha formę. Z czasem jednak zaczyna się nudzić. Hatred nie muszę zbytnio komentować; jest to nieco zmodyfikowane War Pigs. Tak samo jak w przypadku Gates Of Valhalla, War Pigs Hatred nie powala. Numer szósty to Revelation (Death's Angel); w porównaniu do poprzednich utworów, brzmi naprawdę dobrze. Manowar bierze się w garść, i gra tak jak powinien już od początku. Manowar po raz kolejny dowala do pieca, dając nam całkiem dobry kawałek March For Revenge (By The Soldiers Of Death).

Jeżeli już do Manowara się czepiać pod względem tekstów, to przede wszystkim za monotematyczność. Chłopaki od zawsze piszą dobre teksty, widać że wkładają w nie sporo serca. Jedynie ta tematyka pozostawia wiele do życzenia, nad nią mogliby się nieco wytężyć. Zbyt wiele do przebierania nie mamy, zresztą jak zwykle; znajdziemy rzecz jasna tekst o miłości do motocykli w utworze Warlord, czerpaniu radości ze słuchania metalu w Gloves Of Metal. O dziwo, da się również znaleźć tekst o sile metalu nie tylko metaforycznej, ale i dosłownej (Secrets Of Steel). Gates Of Valhalla jest o odpowiedniku naszego raju w mitologii wikingów. Pozostałe trzy utwory (Hatred, Revelation (Death's Angel) i March For Revenge (By The Soldiers Of Death)) są o walce o własny honor.

Rany... Co ja przed chwilą przesłuchałem? Czy to aby na pewno był Manowar? Kurna, po tych gościach spodziewałem się poziomu całkiem wysokiego (wziąłem pod uwagę sporą popularność albumu Battle Hymns). Into Glory Ride jest słabe! Nie mam pojęcia, jakim cudem Manowar tak bardzo wykastrował się z dobrego brzmienia. Te riffy są strasznie nudne, muzyka szybko się nudzi, długość utworów wkurza. Całe szczęście, jest ich mało, tak więc długo nie musiałem się męczyć. Jedyną zaletą są tutaj najprawdopodobniej dobre teksty, które notabene całkiem przyjemnie się czytało. Polecam... omijać ten album szerokim łukiem, tyle w temacie.


Zalety:
- Całkiem dobre teksty

Wady:
- Kiczowata okładka
- Beznadziejne kompozycje
- Nuda
- Monotonia
- Nieudana próba połączenia rasowości z agresją
- Brak różnorodności


Okładka: 1,25/10
Teksty: 8,25/10
Kompozycje: 3,5/10

Ogólna ocena: 4,5/10


Z dużą przewagą wygrywa album: Iron Maiden. Teksty i kompozycje zostały napisane nieporównywalnie lepiej w przypadku Brytyjczyków.

9 lutego 2015

Recenzja: Havok - Burn


Witam w kolejnej recenzji! Po dawce solidnego thrashu z lat 80-tych w postaci Slayera i Sodomu, pora wrócić do dzisiejszych czasów. No może nie do końca, bowiem wracamy do roku 2009, kiedy to jeden z najważniejszych reprezentantów NWOATM (New Wave Of American Thrash Metal), Havok wydaje swój debiut. Za chwilę się przekonamy czy grupa grała na początku równie dobrą muzykę co na albumie Time Is Up, czy może zanim to nastąpiło musiał się czegoś nauczyć. Przed wami: Havok - Burn.

Burn jest pierwszym albumem studyjnym amerykańskiej grupy thrashmetalowej Havok. Został wydany 19 maja 2009 roku nakładem Candlelight Records. Havok powstał w roku 2004 w Denver, z inicjatywy nastoletniego fana thrash metalu, Davida Sancheza, oraz jego kolegi z klasy, Haakona Sjoegrena. Następnie dołączyli do nich gitarzysta Shawn Chavez, oraz basista Marcus Corich. Przed wydaniem albumu Burn, chłopaki stworzyli dwie demówki, oraz jedną EP-kę, Pwn 'Em All w roku 2007. Burn był albumem wyjątkowo niskobudżetowym, Havok mając jedynie 2,500 $ nagrywał partie gitar i perkusji w piwnicy u Davida Sancheza. Sesja nagraniowa wokalu była z kolei w Motaland Studios w Denver przy współpracy z Bartem McCrorey'em. Album został pozytywnie przyjęty przez krytyków, zanim jednak dotarł do fanów, musiało minąć trochę czasu.

Okładka została stworzona przez Halsey'a Swaina, artystę współpracującego z grupą od czasu wydania tego albumu. Na grafice przedstawione jest zrujnowane miasto; na pierwszym planie są czaszki wrośnięte w drzewa, z tyłu z kolei widzimy stare budynki. Muszę przyznać, że jak na pierwszy album grupy, okładka prezentuje się przyzwoicie, z lekka groźnie. Przyjemnie się na nią patrzy.


Lista utworów:

1. Wrequiem
2. The Root Of Evil
3. Path To Nowhere
4. Morbid Symmetry
5. Identity Theft
6. The Disease
7. Scabs Of Trust
8. Ivory Tower
9. To Hell
10. Category Of The Dead
11. Melting The Mountain
12. Afterburner

Przed przesłuchaniem albumu, na wszelki wypadek zabrałem się za całą EP-kę, Pwn 'Em All, aby mieć świadomość zmian jakich dokonała grupa. Gdy już się cieszyłem na ten album, przychodzi rozczarowanie. Zamiast spodziewanego całkiem miłego dla ucha debiutu, dostajemy album przeciętny do bólu. Utwory były do siebie podobne, często miałem do czynienia z grą na jedno kopyto. To ma być inspiracja takimi twórcami jak Sepultura, czy chociażby Metallica? Muzyka jest monotonna, w pewnych momentach album jest cholernie nudny... wprawdzie to nie jest katastrofa totalna, ale jak już mówiłem, słysząc dwa ostatnie albumy grupy, spodziewałem się czegoś na wysokim poziomie. Album rozpoczyna świetny kawałek The Root Of Evil, wraz z intrem Wrequiem (uznajmy to za jedno). Wprawdzie utwór brzmi jakby został stworzony przez Metallikę, słucha się go jednak bardzo dobrze. Pod numerem trzecim słyszymy kolejny, całkiem dobry numer o wdzięcznym tytule Path To Nowhere. Ten został skomponowany całkiem nieźle, jeszcze nie mam powodu do skarg. Następne jest Morbid Symmetry z charakterystycznym basowym brzdąkaniem na wstępie. Całkiem przyjemnie się tego słucha, grupa pokazuje że ma klasę i wyczucie stylu (jeszcze). Identity Theft to najprawdopodobniej jeden z ostatnich dobrych utworów na tej płycie: pomimo tego że znalazł się na prymitywnej EP-ce, Pwn 'Em All, brzmi on naprawdę dobrze. Daje się tutaj we znaki przede wszystkim niewybredna rasowość. Następnie słyszymy The Disease. W przypadku tego numeru to niestety, ale Havok nie popisał się; próba bycia oryginalnym, a za razem napisania czegoś dobrego im nie wyszła. Utwór jest monotonny, i w przeciwieństwie do poprzednich numerów nie słucha się go dobrze. Później słyszymy całkiem przyzwoite Scabs Of Trust. Nie jest to jednak tak samo dobre jak pierwsza piątka, jego akcja przypomina komedię romantyczną: ciekawy moment jest poprzedzany przez chwilę nudy. Następnie dostajemy średniaka o tytule Ivory Tower. Z początku Havok przynudza tym utworem, do czasu gdy usłyszymy solówkę. Następnie słyszymy niczym nie odbiegające od Ivory TowerTo Hell. Wraz z Category Of The Dead, Havok wraca do formy. Daje nam porządne pierdolnięcie, i co ważne, robi to z sercem! Po ciekawym numerze 10, Havok prezentuje słaby kawałek w postaci Melting The Mountain. Ostatni na liście jest Afterburner, na którym grupa prezentuje o wiele szybszy kawałek od poprzednich; no ja pierdole, czemu dopiero na końcu dostajemy utwór który jakoś się wyróżnia? Nie mogliśmy dostać tego typu kompozycji na miejsce Ivory Tower, czy chociażby The Disease? Albo jest to rodzaj skurwysyństwa ze strony Havoka, albo po prostu grupa obrała taką taktykę ze zwykłego braku doświadczenia.

Teksty zostały napisane całkiem dobrze, widać że chłopaki mieli (akurat w tym przypadku) mnóstwo inspiracji. Ich tematyka dotyczyła ludzkiej natury, cierpienia ludzi dobrych, oraz sprytu złych. W The Root Of Evil, mowa jest o ewolucji chrześcijaństwa, z wiary która niegdyś była eliminowana, w coś co obecnie bardziej przypomina instytucję, czy chociażby "trend". W Path To Nowhere wypowiada się osoba, która ma dosyć codzienności, i ma zamiar w końcu coś w sobie zmienić. W Morbid Symmetry grupa wymienia wady bycia osobą sławną. Identity Theft jest o osobie, która próbuje być oryginalna, chociaż jej to nie wychodzi. The Disease jest o epidemii, która doprowadziła pewnego człowieka do śmierci. Scabs Of Trust jest o człowieku, który miał zwyczaj ufania ludziom fałszywym. Z kolei w Ivory Tower grupa zastanawia się nad tym, czy polityka aby na pewno jest potrzebna dla świata. W To Hell wypowiada się osoba która zostaje zmuszona do samoobrony z powodu wtargnięcia kogoś w jej życie. Category Of The Dead jest o prześladowaniach żydów w czasach II Wojny Światowej. Nie mam pojęcia o czym jest tekst do utworu Melting The Mountain. Afterburner jest o metalowym koncercie, i emocjach towarzyszących w jego trakcie.

Podsumowując, po Havoku spodziewałem się czegoś znacznie lepszego. Album nie jest jednak zły. Ma w sobie coś, co przyciąga: parę ciekawych utworów z bardzo dobrą kompozycją, teksty dotyczące ważnych spraw; także sam pomysł na album był całkiem niezły. Niestety, zdarzyło się również parę bezpłciowych utworów, przy których zasypiałem przed monitorem. Połączenie zajebistych utworów i tych kiepskich w sumie dało mierny rezultat. Gdyby nie takie The Disease, czy chociażby Melting The Mountain, album wydałby się całkiem przyjemnym kąskiem dla fanów nowej fali thrashu.


Zalety:
- W miarę kompozycje
- Bardzo dobre teksty poruszające ważne tematy
- Wokal
- Ciekawe intro
- Klimat
- Całkiem dobra okładka
- Połączenie agresji i piękna

Wady:
- Przeciętność
- Album miał swoje beznadziejne momenty
- Brak różnorodności


Okładka: 8/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 7/10

Ogólna ocena: 7,25/10

3 lutego 2015

Konfrontacja: Slayer - Hell Awaits (+ Haunting The Chapel) vs Sodom - Persecution Mania (+ Expurse Of Sodomy)


Witam w kolejnej konfrontacji. Dzisiaj wraz z Sodomą i Gomorą Sodomem i Slayerem wybierzemy się na wycieczkę do czasów Drugiej Wojny Światowej wychwalając przy tym szatana. Posłuchamy muzyki o tym jak to ludzie siebie nienawidzą, oraz jakimś dziwnym trafem doprowadzają siebie do zagłady za sprawą dwóch, bardzo ważnych kamieni milowych w muzyce thrashmetalowej. Przypomina mi się trochę konflikt aliantów i hitlerowców, z tą różnicą że w pokojowej atmosferze. Przed wami: Slayer - Hell Awaits z EP Haunting The Chapel, oraz Sodom - Persecution Mania wraz z Expurse Of Sodomy


Slayer - Hell Awaits


Hell Awaits jest drugim albumem amerykańskiej grupy thrashmetalowej Slayer. Został wydany 15 sierpnia 1985 roku nakładem Metal Blade Records. Owa konfrontacja wyszła z tego, iż trafiłem na egzemplarz płyty Hell Awaits z wmieszanymi utworami z albumu Haunting The Chapel (która została wydana rok wcześniej), co mnie bardzo cieszy. Po cieszącym się popularnością Show No Mercy, Slayer wydaje wyżej wymienioną EP-kę, aby ukazać fanom kierunek w jakim grupa zamierza iść w przyszłości. Album nie osiągnął wielkiej popularności, bardziej spodziewano się tego, że Slayer nie podoła. Co się wydarzyło później chyba nie muszę mówić. Hell Awaits ma zarówno swoich przeciwników, jak i zaciekłych obrońców. W czasach kiedy album był wydawany, był jednym z najbardziej agresywnych krążków z tego gatunku.

Okładka przedstawia demony spadające w piekielną otchłań. Nie wygląda ona na specjalną drożyznę; wiadomo, był to drugi album grupy, toteż nie ma sensu spodziewać się rewelacji. Muszę jednak powiedzieć, że w porównaniu do Show No Mercy, na okładkę patrzy się znacznie lepiej.


Lista utworów:

1. Hell Awaits
2. Kill Again
3. At Dawn They Sleep
4. Haunting The Chapel
5. Praise Of Death
6. Necrophiliac
7. Captor Of Sin
8. Crypts Of Eternity
9. Hardening Of The Arteries
10. Chemical Warfare


Z początku uważałem ten album za straszny prymityw. Przyznaję się bez bicia, że kiedy to powiedziałem, dopiero się ze Slayerem zapoznawałem. Miałem już zaliczone takie krążki jak God Hates Us All, Christ Illusion oraz World Painted Blood, toteż uznałem że grupa tworząc takiego starocia nie popisała się. Kiedyś na komputerze miałem utwory bez remasteringu, wypadały one naprawdę blado w porównaniu do obecnej wersji albumu; ich jakość była kiepska, poza tym muzyka była cicha, przez co notorycznie musiałem zrobić głośniej, aby móc sobie posłuchać Hell Awaits. Było to dosyć uciążliwe, toteż album rzadko kiedy gościł u mnie w głośnikach. W pewnym momencie nabyłem egzemplarz po masteringu z utworami z Haunting The Chapel. Ostatecznie stwierdziłem, że lepiej mi się go słucha niż Show No Mercy, co mnie pozytywnie zaskoczyło. Numer pierwszy to Hell Awaits; utwór ma strasznie długie intro w którym co chwilę słyszymy odwrócone w czasie słowa "join us"; utwór bardzo lubię zwłaszcza za tą agresję, która niegdyś była uznawana za coś niespotykanego w metalu. Można powiedzieć że Slayer po intrze się rozkręcił na dobre. Później słyszymy jeszcze lepsze od poprzednika Kill Again. Utwór prawie idealny, jedyne czego mi tutaj brakowało to blast beat'y, które w niektórych miejscach pasowałyby idealnie (chociaż w tamtych czasach metalowcy spytaliby się mnie "a co to jest?"). Numer trzy to At Dawn They Sleep. W porównaniu do poprzednich utworów, At Dawn They Sleep jest już znacznie bardziej zrównoważone, utwór jest stosunkowo powolny, aczkolwiek ma w sobie dobry klimat i masę ciekawych riffów. Następnie rozbrzmiewa całkiem dobre Haunting The Chapel, będące czymś bardziej w stylu albumu South Of Heaven. W słuch rzuca się tutaj agresywne, aczkolwiek zrównoważone brzmienie perkusji. Następny na liście jest mój faworyt, Praise Of Death. Utwór przypomina nieco Kill Again; z tą różnicą że jest to trochę bardziej klimatyczny kawałek z masą ciekawych riffów, solówek, a także agresywnym podejściem do muzyki. Kolejny jest równie dobry Necrophiliac. Slayer pokazuje, że połączenie agresji, brutalności i ciężkiego klimatu to dla nich niczym splunięcie. Następne jest średnie Captor Of Sin; po nim słyszymy najwolniejszy kawałek z płyty, Crypts Of Eternity. Utwór bardziej w stylu Show No Mercy, w tym momencie grupa postawiła na rasowość odkładając na moment czystą agresję. Następne jest brutalne Hardening Of The Arteries. Slayer wraca do thrashowego napierdalania, przy tym chwaląc się outrem w stylu utworu Hell Awaits. Ostatni na liście jest Chemical Warfare na którym Slayer prezentuje całkiem przyjemną dla ucha dawkę thrashowego łojenia w połączeniu z dobrymi riffami, i outrem brzmiącym identycznie jak intro do Ghosts Of War z albumu South Of Heaven.

Jak na Slayera, teksty zostały dosyć słabo napisane. Ich budowa kojarzy mi się z Seven Churches grupy Possessed; tak samo jak w wydawnictwie grupy Jeffa Becerry, trudno tu znaleźć jakąkolwiek inwencję twórczą. W utworach często można znaleźć zwroty typu "hell", "satan", "sadistic", "fear" i tym podobne. Z brakiem inwencji twórczej chłopaków ze Slayera wiąże się monotematyczność; większość utworów dotyczy satanizmu oraz wierzeniach związanych z nim (Crypts Of EternityCaptor Of Sin, Necrophiliac, At Dawn They Sleep, Captor Of Sin) . Na drugim miejscu jest z kolei tematyka wojenna (Hell Awaits, Chemical Warfare). Czasem dawało się usłyszeć coś na temat śmierci (Kill Again, Praise Of Death). Pozostałe numery są na inne tematy od powyższych; Hardening Of The Arteries jest o końcu świata spowodowanym przez ludzką obłudę.

Podsumowując, Hell Awaits to płyta warta uwagi. Nie jest może jakimś thrasowym ideałem pokroju Reign In Blood, warto jednak się zainteresować jak brzmiał Slayer przed swoimi latami świetności. Do kompozycji nie mam jakichś tam wielkich zarzutów, muzyka obfitowała w dobre riffy, iście brutalne granie, ale i unikalne brzmienie i klimat. Teksty niestety były najgorsze spośród wszystkich albumów Slayera, widać że chłopaki nie mieli w tamtym okresie ciekawszych pomysłów, i praktycznie w każdym utworze możemy usłyszeć sformułowania "hell", "darkness", "fear" i tym podobne. Widać jednak było, że grupa nie stała w miejscu, i próbowała się jakoś rozwijać. Pomimo wad, Hell Awaits jest zdecydowanie bardziej dopracowanym dziełem w porównaniu do poprzednika.


Zalety:
- Solidna dawka thrashu
- Bardzo dobre kompozycje
- Wokal
- Połączenie rasowości z Show No Mercy z nowymi rozwiązaniami
- Utwory z Haunting The Chapel jako dodatek
- Mnóstwo dobrych solówek i riffów
- Bardzo dobre intro
- Klimat

Wady:
- Kiepska jakość utworów (dotyczy wersji bez remasteringu)
- Słabe teksty jak na Slayera


Okładka: 7/10
Teksty: 6,5/10
Kompozycje: 9/10

Ogólna ocena: 8,5/10


Sodom - Persecution Mania


Persecution Mania jest drugim albumem studyjnym niemieckiej grupy thrashmetalowej Sodom. Został wydany 1 grudnia 1987 roku nakładem Steamhammer Records. Tak samo jak w przypadku Hell Awaits, Sodom wydaje krążek zapowiadający zmiany w brzmieniu zespołu. Expurse Of Sodomy zapowiada pójście w stronę thrash metalu, nawet pomimo tego że EP-ka wciąż ma w sobie coś z black metalu (który niegdyś był głównym gatunkiem Sodomu). Niedługo potem pojawia się słynna Persecution Mania, często porównywana ze Schizophrenią Sepultury. W porównaniu do poprzedniego LP, Obsessed By Cruelty, album zebrał mnóstwo pochlebnych recenzji. Obecnie płyta jest uznawana za klasykę thrash metalu.

Okładka przedstawia żołnierza trzymającego karabin maszynowy. Stoi on na cmentarzu we mgle; w tle z kolei jest miasto i zachodzące słońce. Wyżej przedstawiona grafika prezentuje się podobnie jak omówiona wcześniej okładka do albumu Hell Awaits. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że przyjemniej się na nią patrzy, bardzo pasuje do klimatycznego, agresywnego grania.


Lista utworów:

1. Nuclear Winter
2. Electrocution
3. Iron Fist
4. Persecution Mania
5. Enchanted Lands
6. Procession To Golgotha
7. Christ Passion
8. Conjuration
9. Bombenhagel
10. Outbreak Of Evil
11. Sodomy And Lust
12. The Conqueror
13. My Atonement


Szczerze powiedziawszy zastanawia mnie, dlaczego Persecution Mania jest porównywana do Schizophrenii. Słuchając jej bardziej kojarzy mi się z wyżej omówionym Hell Awaits. Są one jednak bardziej... Sodomowe: więcej w tym mrocznego klimatu, muzyka jest bardziej postawiona na brutalne, thrashowe granie, a gitary są nisko nastrojone. Jak na drugie wydawnictwo grupy, Persecution Mania prezentuje się naprawdę dobrze, zasługuje na pełne wyróżnienie. Szczerze powiedziawszy znacznie bardziej wolę ten album od często wychwalanego Agent Orange, aczkolwiek wydaje mi się że oba wydawnictwa są tak naprawdę na podobnym poziomie. Do wady można zaliczyć tutaj kiepską jakość nagrań. Album rozpoczyna się od mocnego uderzenia w postaci Nuclear Winter. Z początku uważałem ten utwór za ideał Sodomu, dopóki nie poznałem reszty, tak więc jedyne co mogę w tym przypadku stwierdzić, to to że grupa dopiero się rozkręca; nie oznacza to jednak, że utwór nie prezentuje się okazale! Numer dwa to Electrocution. Z początku nie przepadałem za tym kawałkiem, polubiłem go dopiero po jakimś czasie. Ostatecznie wydaje mi się że to jedna z najlepszych pozycji na albumie: mnóstwo ciekawych riffów, klimat oraz brutalne uderzenie lekko w stylu Slayera. Dalej grupa zwalnia tempo coverem Motorhead, Iron Fist; utwór jest raczej średni, niczego ciekawego tutaj nie uświadczymy. Następny jest średniak, Persecution Mania. Numer 5 to powrót do thrashowej młóćki w postaci Enchanted Lands. Jest to kolejny zajebisty kawałek ze stajni Sodomu. Następnie grupa raczy nas brutalnym uderzeniem w postaci instrumentalu, Procession To Golgotha. Tuż po nim zaczyna się kolejny, wielki thrashowy potwór, Christ Passion. Następny kawałek to Conjuration; utwór jest zdecydowanie bardziej w stylu grupy Motorhead, kawałek przypomina połączenie Persecution Mania z Ausgebombt z albumu Agent Orange. Bombenhagel jest kolejnym powrotem do thrashowych łomotów, z tą różnicą że w porównaniu do poprzedników jedyne słowo jakie mi się tu narzuca to... chaos; zwykle w utworach thrashowych mi on nie przeszkadza, tutaj jednak brzmi to trochę prześmiewczo (co bardziej pasuje do solowego projektu Toma Angelrippera ze szczyptą humoru). Następny jest nieco mniej skomplikowany kawałek, Outbreak Of Evil. Wraz z tym utworem, Sodom spuszcza nieco z tonu, by w numerze 11 dać nam solidny wpierdol w postaci Sodomy And Lust. Album Expurse Of Sodomy jest takim kompromisem między tym dawnym stylem Sodomu, black metalem, a nowym thrashem, czego Sodomy And Lust jest najlepszym dowodem: brutalna kompozycja, a także ponury klimat rodem z grup pokroju Bathory. Numer 12, The Conqueror, jest kolejną, zwiększoną dawką klimatycznego, thrashowego grania zmieszanego z black metalem. Następnie w My Atonement, grupa nieco zwalnia. Dawka porządnego grania jednak się nie kończy, mianowicie utwór jest ponurym, ociężałym walcem, który miażdży wszystko na swojej drodze. W tym przypadku Sodom połączył brutalność z rasowością, co szczerze powiedziawszy grupie zwykle nie wychodzi... warto jednak na ten numer zwrócić uwagę.

Co do tekstów, są one średnie. Ich budowa jest prosta, jednak są one tak dobrze dopasowane do kompozycji, że na początku spodziewałem się czegoś bardziej skomplikowanego. Dopiero po ich przeczytaniu spotkała mnie niespodzianka, aczkolwiek nie jest źle. Większość tekstów dotyczy wojen, oraz związanych z nimi konsekwencjami (Nuclear Winter, Persecution Mania, Enchanted Lands, Bombenhagel). Dalej są utwory na temat satanizmu, a konkretnie czarnej mszy (Conjuration Sodomy And Lust). Następnie jest dominacja zła nad dobrem (Outbreak Of Evil i The Conqueror). Electrocution jest o więźniu, który został skazany na śmierć z powodu wielu, poważnych przestępstw takich jak gwałty, ludobójstwo, pedofilia itp. Iron Fist jest o rycerzu śmierci, który zabija swoje ofiary po to, aby wtrącić je do piekła. W Christ Passion jest mowa o pierwotnym znaczeniu chrześcijaństwa, którego ludzie przez wieki nie rozumieli, przez co w czasach średniowiecza doprowadzali do ludobójstw oraz wojen na tle religijnym. Z kolei My Atonement jest o ludziach, którzy na łożu śmierci nawrócili się, w czasie gdy będąc u szczytu sił żyli w sposób niegodziwy dla chrześcijanina.

Podsumowując, Sodom wydając Persecution Mania udowodnił, że nie tylko amerykanie potrafią grać thrash. Grupa spuściła ze smyczy niezwykle agresywny krążek, który nie tylko robił furorę w latach 80-tych, ale i dzisiaj jest szczególnie doceniany. Często miałem wrażenie, że album jest nawet lepiej dopracowany od swojego następcy, Agent Orange. Kompozycje zostały napisane bardzo dobrze; muzyka cholernie dawała o sobie znać, bardzo dobrze mi się tego słuchało. Czasem zdarzyło się coś, co wyróżniało się od reszty pod względem negatywnym (np. Persecution Mania, czy chociażby Bombenhagel). Polecam ten album, jeżeli szukasz odskoczni od Slayera nie chcąc przy tym rezygnować z thrashu.

Zalety:
- Solidna dawka thrashu
- Bardzo dobre kompozycje
- Dobre teksty poruszające ważne zagadnienia
- Różnorodność
- Okładka
- Brutalność
- Czysta agresja
- Wokal
- Klimat
- Mnóstwo dobrych solówek i riffów

Wady:

- Kiepska jakość utworów


Okładka: 8,25/10

Teksty: 8/10
Kompozycje: 9,5/10

Ogólna ocena: 9,25/10



Konfrontację wygrywa Persecution Mania

2 lutego 2015

Komentarz (2): Kto pierwszy ten lepszy!

Witam w kolejnym komentarzu! Dzisiaj zajmę się nieco innym tematem niż rankingi i topki. Nie tak dawno byłem zajęty recenzją Cannibal Corpse - Eaten Back To Life; po tym fakcie postanowiłem zabrać się za słuchanie albumów, od pierwszego do ostatniego. Każdy fan wie że Cannibal Corpse dzieli się na dwie ery: era Chrisa Barnes'a oraz George'a Fishera. Pierwszy z nich występował w grupie od 1988 roku do 1995; drugi z kolei zastąpił Barnes'a po sprzeczce z zespołem. Niczym w Sepulturze starej i nowej możesz przebierać do woli, z tą różnicą że nikt cię za to nie skarci ;) W tym samym momencie odpowiem sobie na pytanie, który wokalista grupy jest lepszy? Chris Barnes, czy może George Fisher?


Bardzo trudno jest wytypować lepszego wokalistę tej grupy; tak naprawdę to już zależy tylko i wyłącznie od gustu, obaj goście są bardzo dobrzy, obu sobie cenię. Pomimo tego znacznie bardziej wolę utwory z Chrisem Barnes'em na froncie. Skąd taki wybór? W moim przypadku jest to oczywiście sentyment; zespół poznałem oglądając kultowy już film Ace Ventura: Psi Detektyw. Pierwsze albumy jakie przesłuchałem to Tomb Of The Mutilated oraz The Bleeding. Głos wokalisty świetnie był dopasowany do gatunku jaki grał, obecnie niestety tak nie jest. Grupa Six Feet Under gra death 'n' roll (co to kurwa za gatunek?!) i groove metal. Jedynym objawieniem tej grupy wydaje się album Undead z 2012 roku. Niestety, obecnie gwiazda Barnes'a blednie, i bynajmniej nie chodzi o to, że muzyk pali za dużo marihuany. Pomimo obecnych niepowodzeń, mam nadzieję że Barnes zostanie zapamiętany jako mały wielkolud (Barnes jest niskiego wzrostu) brutal death metalu lat 90-tych. Szacun!



Co do George'a Fishera, jak już mówiłem nic do niego nie mam. Wokalistą jest równie dobrym jak Chris Barnes: głos ma brutalny, często jest dobrze dopasowany do muzyki Cannibal Corpse. W niektórych aspektach jest znacznie lepszy niż poprzednik. Najprawdopodobniej jedynym jego gorszym momentem w muzyce był przełom lat 2002-2004. Obecnie z każdym następnym wydanym albumem słychać, że wokalista się rozwija, czasem bywa nawet znacznie lepszy od swojego poprzednika. Tak samo jak Barnes, Corpsegrinder również dobrze prezentuje się wraz z chłopakami do których dołączył w 1995 roku. Mam nadzieję że pomimo nadchodzącej starości, wokalista nadal będzie cieszył swoim głosem. Również szacun dla tego gościa!

Obserwuj nas!