Wyszukaj

29 czerwca 2015

Konfrontacja: Machine Head - Unto The Locust vs Fear Factory - Mechanize


Witam w kolejnej konfrontacji. Jak mogliście zauważyć, przez dłuższy czas miałem w planach konfrontację albumu Machine Head z dziełem Godsmack. Ostatecznie moje plany się zmieniły. Postanowiłem, że nie zaszkodzi po raz kolejny zestawić ze sobą dzieła groovemetalowej formacji Machine Head i industrial metalowej grupy Fear Factory. Wspólnie się przekonamy, jak bardzo obie grupy ewoluowały po dwóch dekadach od stworzenia swoich pierwszych krążków. Przed wami: Machine Head - Unto The Locust vs Fear Factory - Mechanize.


Machine Head - Unto The Locust


Unto The Locust jest siódmym albumem studyjnym amerykańskiej grupy groovemetalowej Machine Head. Został wydany 27 września 2011 roku nakładem Roadrunner Records. Panowie z Machine Head uznali, że im dłużej zwlekają z wydaniem nowego albumu, tym lepsze dzieła z ich rąk powstają, toteż po świetnym The Blackening na kolejny krok musieliśmy czekać cztery lata. Powstaje Unto The Locust, które bardzo szybko odnosi sukces, nie większy jednak jak w przypadku poprzednika, Burn My Eyes oraz Through The Ashes Of Empires. Album został doceniony zarówno przez krytyków jak i samych fanów. Jest to również ostatni album z oryginalnym basistą grupy, Adamem Duce.

Okładkę do albumu Unto The Locust stworzył Paul Gerrard, twórca obrazów surrealistycznych. Na grafice widzimy tytułową szarańczę. Na początku miałem wrażenie, że album będzie dziełem koncepcyjnym opartym na historii związanej z plagami egipskimi. Ostatecznie album nie ma zbyt wiele wspólnego z biblią. Patrząc na dzieła Paula Gerrarda mam wrażenie, że grafika do Unto The Locust jest jego najgorszym obrazem. Okładka specjalnie nie przyciąga słuchacza tym co przedstawia, podoba mi się za to jej kolorystyka.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 5/10 - SilenceIsConsent
- 9/10 - psychoticnicholai
- 7,25/10 - hells_unicorn
- 7,5/10 - kluseba


Lista utworów:

1. I Am Hell
2. Be Still And Know
3. Locust
4. This Is The End
5. Darkness Within
6. Pearls Before The Swine
7. Who We Are
8. The Sentinel
9. Witch Hunt

Pod względem kompozycyjnym Unto The Locust nie powaliło mnie na kolana. Jest to znacznie spokojniejszy album w porównaniu do poprzednika. Na początku miałem wrażenie, że większość albumu stanowią ballady, w rzeczywistości muzyka skomponowana przez Machine Head nie jest po prostu tak brutalna jak dawniej. Według mnie Unto The Locust jest krokiem w tył; brak tu zarówno tego ponurego klimatu z The Blackening jak i przyjemnych dla ucha riffów z Through The Ashes Of Empires. Zdecydowanie cieszyłbym się, gdyby Unto The Locust było połączeniem tych dwóch albumów. Poniekąd wkurzyło mnie też rozmieszczenie utworów na tym krążku. Przykład, pierwsze dwa utwory. Na początku Machine Head serwuje nam solidny, thrashowy wpierdol: I Am Hell. Po takim czymś najlepiej by było, gdyby pojawiły się dwa lub trzy szybkie numery, a dopiero później kapela zwolniła tempo. Niestety, panowie zwalniają zbyt szybko, przez co energia zgromadzona przy I Am Hell się marnuje. Pod dwójką słyszymy dość spokojny, aczkolwiek nie najgorszy kawałek Be Still And Know. Dalej jest singiel Locust. Następnie grupa wraca do napierdalania przy This Is The End. Później jest dosyć słaba jak na Machine Head ballada, Darkness Within. Pod numerem szóstym jest utwór w stylu Bloodstone & Diamonds: Pearls Before The Swine. Ostatni kawałek z wersji oryginalnej to Who We Are. Na koniec dostajemy jeszcze dwa bonusy: średni cover Judas Priest, The Sentinel, oraz znacznie lepszy numer ostatecznie kończący album, Witch Hunt.

Jak już mówiłem wcześniej, na początku album sprawia wrażenie dzieła koncepcyjnego. W rzeczywistości Machine Head próbowało tworzyć utwory na różne tematy. Wydaje mi się, że Machine Head nie ma zbytnio problemów z tworzeniem muzyki na wybrany temat. Panowie dobrze wiedzą jak mają tworzyć teksty do swojej muzyki. Tematyka tekstów najczęściej jednak dotyczyła trudów ludzkiej egzystencji (Be Still And Know, Darkness Within, Pearls Before The Swine, Who We Are) Utwór Witch Hunt jest hołdem dla wszystkich kobiet, które zginęły spalone żywcem wskutek posądzenia o czary. I Am Hell jest o mężczyźnie, który po dostaniu szału zabił swoją kobietę (spalił ją żywcem). Utwór Locust powstał poprzez zafascynowanie szarańczą. Owad ten kojarzony jest z niesieniem masowego zniszczenia wszędzie, gdzie się pojawi. The Sentinel jest poświęcony pewnej postaci zwanej Wartownikiem, która gdzie się nie pojawiła siała zniszczenie. W This Is The End wypowiada się mężczyzna zraniony przez kobietę. Z tego powodu chce się z nią rozstać.

Podsumowując, Unto The Locust jest dość dobrym albumem. Niestety, jest to jednak krok w tył ze strony Machine Head. Patrząc na grupę poprzez pryzmat jej wszystkich wydawnictw da się dostrzec, iż panowie zawsze wkładają serce w tworzenie albumu. Unto The Locust miało potencjał, niestety moim zdaniem został on zmarnowany. Machine Head przyzwyczaiło mnie jednak do jakiejś innowacyjności ze swojej strony: nie było w tym żadnego postępu, fani dostali po prostu coś, co jest standardowe.

Zalety:
- Bardzo dobre teksty
- Wokal
- Różnorodność

Wady:
- Rozmieszczenie utworów
- Zmarnowany potencjał
- Przeciętność nietypowa dla Machine Head

Okładka: 7,5/10
Teksty: 9,25/10
Kompozycje: 7/10

Ogólna ocena: 7,25/10


Fear Factory - Mechanize


Mechanize jest siódmym albumem studyjnym amerykańskiej grupy industrial metalowej Fear Factory. Został wydany 5 lutego 2010 roku nakładem Candlelight Records. Jest rok 2009; zespół oczekuje na swoją reaktywację. Burton C. Bell i Dino Cazares zaczynają rozmawiać na temat założenia nowego projektu, w którym będą mogli grać, tak jak to robili za dawnych czasów. Burton C. Bell proponuje jednak, aby do grupy zaprosić dawnych członków Fear Factory: Raymonda Herrerę oraz Christiana Olde Wolbersa. Obaj jednak nie zgadzają się z tego względu, iż nie chcą współpracować z Dino Cazaresem, a prawa do nazwy należą się im i Bellowi. Ostatecznie dochodzi do reaktywacji Fear Factory z rąk jej pierwotnych założycieli. Do grupy zaproszono perkusistę Gene Hoglana oraz byłego basistę grupy, Byrona Strouda. Olde Wolbers oraz Herrera założyli oddzielny projekt, Arkaea. Tymczasem Fear Factory przygotowywało się na wydanie swojego pierwszego od 5 lat albumu: Mechanize. Krążek został uznany zarówno przez fanów grupy jak i krytyków.

Jak przystało na Fear Factory, panowie prezentują nam futurystyczną, dosyć ubogą grafikę. Wyżej przedstawiona okładka wygląda mi na połączenie grafik z albumów Demanufacture, Archetype oraz Transgression: przedstawiony jest na niej rozszczepiony kręgosłup zakończony pazurami tworzący litery "FF" (jak Fear Factory). Pomimo ogólnej pustki, grafika jest bardziej rozbudowana niż wszystkie wcześniejsze. Takiej grupie jak Fear Factory po prostu trzeba wybaczyć tworzenie takich grafik, panowie chcą być futurystyczni i stylowi. Zazwyczaj im się to udaje.

Wybrane oceny z Metal Archives:
- 3/10 - mikeald
- 9,5/10 - Tymell
- 9/10 - NickCaveman
- 9/10 - ApochWeiss


Lista utworów:

1. Mechanize
2. Industrial Discipline
3. Fear Campaign
4. Powershifter
5. Christploitation
6. Oxidizer
7. Controlled Demolition
8. Designing The Enemy
9. Metallic Division
10. Final Exit
11. Crash Test

Fear Factory spisało się na medal. Odnowiona kapela dała mi w kość. Jest to coś, czym dało się zachwycić. Tak się śmiesznie złożyło, że Mechanize poznałem mniej więcej wtedy, gdy zobaczyłem trailer grupy promujący album Genexus. Pomimo pięciu lat na karku, z Mechanize wylewa się świeżość; trudno stwierdzić, czy ten album jest futurystyczny, czy może bardziej nowoczesny. Tak czy siak mam wrażenie, że Mechanize szybko się nie zestarzeje. Pomimo braku dwóch kluczowych postaci dla tej grupy (Herrery i Olde Wolbersa) jest to wciąż to samo Fear Factory. Wszystko tu zostało stworzone w oparciu o poprzednie wydawnictwa: połączono tu brutalność Archetype i lekkość Digimortal i precyzję Demanufacture. Pomimo ogólnego podobieństwa, Fear Factory prezentuje nam serię świetnych numerów: iście brutalny numer tytułowy Mechanize, Industrial Discipline kontynuujące sieczkę, a także ostre Fear Campaign i Powershifter. Grupa nieco zwalnia tempo łącząc brutalność i piękno na Christploitation. Za chwilę ponownie dostajemy ciężką amunicją. W moich głośnikach leci lekko niedopracowane Oxidizer oraz bardzo dobry kawałek Controlled Demolition. Ponownie przy Designing The Enemy Fear Factory nieco zwalnia. Pod numerem dziewiątym dostajemy krótki instrumental pełniący rolę intra: Metallic Division. Dziesiątka kończy album w świetnym stylu: w moich głośnikach leci Final Exit. Crash Test jest utworem bonusowym; jest to remake utworu znajdującego się oryginalnie na albumie Soul Of A New Machine.

Pisaniem tekstów na albumie zajął się Burton C. Bell. Przyznam, że bardzo dobrze mu to wychodzi; gość ma zawsze wenę, potrafi przekazać w odpowiedni sposób istotną wiadomość dla słuchających. Większość utworów porusza temat ludzkiego odczłowieczenia wskutek rosnącego postępu (Mechanize, Fear Campaign, Controlled Demolition, Oxidizer). Na albumie pojawia się również tematyka zniewolenia człowieka przez skorumpowane władze (Industrial Discipline, Powershifter). W niektórych utworach Fear Factory potępia nierówności między ludźmi (Designing The Enemy, Christploitation). W utworze Crash Test grupa potępia wiwisekcję. Final Exit jest o samotnej osobie chorej na depresję, która próbuje popełnić samobójstwo.

Podsumowując, Mechanize jest godnym uwagi albumem. Po takiej porażce jak Transgression raczej mało kto spodziewał się sukcesu jego następcy. Kompozycje powaliły mnie na ziemię. To jak Fear Factory połączyło piękno z brutalnością z pewnością sprawi, że słuchacz zapamięta album na długo. Zdecydowanym plusem jest również pomysł na połączenie największych zalet wszystkich poprzednich albumów. Spodobało mi się również to nowoczesne brzmienie Fear Factory, w przypadku grup takich jak ta sprawdza się ono wyśmienicie. Również teksty mi się spodobały: są zrozumiałe i dojrzałe, sam Bell pomimo rosnącego wieku nadal ma inwencję twórczą. Zdecydowanie polecam!

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Dobrze napisane teksty
- Nowoczesność
- Okładka
- Połączenie piękna z brutalnością
- Przekaz
- Wokal

Wady:
- Niektóre utwory na albumie

Okładka: 7,75/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 9,25/10

Ogólna ocena: 9,25/10


Konfrontację z dużą przewagą wygrywa album: Mechanize. Panowie z Fear Factory stworzyli zdecydowanie lepszy krążek niż Machine Head; album został zdecydowanie lepiej skomponowany, przekaz Fear Factory wydał mi się lepszy niż kapeli z Robem Flynnem na froncie.

21 czerwca 2015

Recenzja: AC/DC - Back In Black


Witam po w kolejnej recenzji. W dzisiejszych wiadomościach przedstawię wam hardrockowy album wydany po śmierci długoletniego wokalisty pewnej australijskiej grupy, Bona Scotta. Kilka miesięcy po zgonie wyżej wspomnianej osoby, grupa staje się popularna za sprawą krążka wprowadzającego świeże i energiczne brzmienie połączone z ponurym klimatem. W dzisiejszej recenzji z okazji 21 czerwca zaprezentuję album, którego z zaciekawieniem słuchali nasi ojcowie. Przed wami: AC/DC - Back In Black.

Back In Black jest siódmym albumem studyjnym australijskiej grupy rockowej AC/DC. Został wydany 25 lipca 1980 nakładem Albert Productions i Atlantic Records. Jak już powiedziałem wcześniej, album został wydany niedługo po śmierci długoletniego wokalisty AC/DC Bona Scotta. Rozważano rozwiązanie grupy, ostatecznie bracia Young zdecydowali się przeprowadzić casting, w którego czasie został wyłoniony zastępca zmarłego, Brian Johnson. Jako producenta zatrudniono Roberta Johna Lange'a współpracującego wcześniej przy albumie Highway To Hell tej samej grupy. Back In Black stał się jednym z najlepiej sprzedających się albumów wszech czasów, obecnie jest to ceniony klasyk muzyki hardrockowej.

Okładka została stworzona przez Boba Defrina. Są to napisy "AC/DC" i "Back In Black" na czarnym tle. Sam pomysł na grafikę zaproponowali członkowie grupy chcący oddać hołd zmarłemu Bonowi Scottowi (czarny kolor symbolizował żałobę grupy po śmierci wokalisty). Wprawdzie nie przepadam za tego typu okładkami, aczkolwiek ta wydaje się być całkiem stylowa. Poniżej znajduje się inna wersja okładki.


Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 9/10 (rockmetal.pl, Paweł Błoński)
- 5/5 (terazrock.pl, Łukasz Wiewiór)
- 4,8/10 (darkplanet.pl, Harlequin)


Lista utworów:

1. Hells Bells
2. Shoot To Thrill
3. What Do You Do For Money Honey
4. Given The Dog A Bone
5. Let Me Put My Love Into You
6. Back In Black
7. You Shook Me All Night Long
8. Have A Drink On Me
9. Shake A Leg
10. Rock And Roll Ain't Noise Pollution

Album jest bardzo dobrze zagrany i skomponowany. Ich styl może się podobać, ja jednak wyczuwam, że nie jest to zespół dla mnie. Wprawdzie spodobało mi się w tym zespole parę cech, takich jak łączenie heavymetalowego ciężaru, rockowej przebojowości i energii... to co mnie jednak irytuje w muzyce tego typu to dodanie elementów rock'n rolla. Niektórzy mogą dobrze się przy tym bawić, ja jednak wolę jak muzyka hardrockowa i heavymetalowa jest ciężka. Zresztą, co ja się dziwię - wspomniałem wcześniej, iż Back In Black jest jednym z najlepiej sprzedających się albumów świata, po co będę komentował to jak panowie łączą poszczególne elementy; poza tym, skoro AC/DC wskutek wydania tego dzieła osiągnęło taki sukces, najwyraźniej ludziom się to podoba. Przynajmniej wokal Briana Johnsona mi się podoba. Nie ukrywam jednak, że czuję większe przywiązanie do Bona Scotta ze względu na takie utwory jak T.N.T. i Highway To Hell, które kiedyś często miałem okazję usłyszeć. Album rozpoczyna się od Hells Bells: świetnego numeru łączącego ze sobą heavymetalową rasowość i ciężki klimat. Drugi numer to Shoot To Thrill, bardziej rock'n roll'owy kawałek. Przy What Do You Do For Money Honey kapela gra klasycznego hard rocka. AC/DC kontynuuje przyjemne granie prezentując nam energiczny utwór Given The Dog A Bone. Let Me Put My Love Into You jest czymś w rodzaju Hells Bells: grupa postanowiła zagrać cięższy, heavymetalowy numer. Przy szóstce kapela daje nam do posłuchania spokojny, rasowy utwór tytułowy Back In Black. Później dostajemy coś bardziej w stylu What Do You Do For Money Honey: You Shook Me All Night Long. Dalej słyszymy równie przebojowy utwór Have A Drink On Me, kiepski rock'n roll'owy numer Shake A Leg, oraz całkiem przyjemne, rockowe granie na koniec: Rock And Roll Ain't Noise Pollution.

Teksty na albumie Back In Black nie niosą żadnego większego przesłania. Do tego jak kapela je napisała nic nie mam, niestety ten przekaz ssie. Zdecydowanym wyjątkiem jest Back In Black: AC/DC przekazuje nam wiadomość, iż należy stawiać czoło swoim lękom i iść przez życie z podniesioną głową. Pozostałe teksty na Back In Black nie mają sensu: AC/DC w dużej mierze skupiło się na utworach o napalonych kobietach lubiących imprezować (Shoot To Thrill, What Do You Do For Money Honey, Given The Dog A Bone, Let Me Put My Love Into You, You Shook Me All Night Long). Utwór Shake A Leg jest o mężczyźnie, który lubi dobrze sie bawić na imprezach. Z kolei w Hells Bells wypowiada się sam szatan, który opowiada o swojej nadnaturalnej sile, kusząc przy tym ludzi do grzechu. Have A Drink On Me jest o szalonej, zakrapianej imprezie. W Rock And Roll Ain't Noise Pollution grupa wychwala rock'n roll.

Podsumowując, Back In Black jest bardzo dobrym albumem. Kapela bardzo dobrze połączyła elementy ciężkiego rocka z metalem i rock'n roll'em. Nie jest to mój ulubiony styl grania ze względu na to, że w rzeczywistości rock'n roll i heavy metal dzieli ogromna przepaść; to tak jakby połączyć disco polo i melodic death metal. Pomijając już ten fakt, kompozycje napisane przez AC/DC są bardzo dobre. Przyjemnie się słuchało zarówno cięższych utworów, jak i lżejszych. Według mnie, najsłabszymi numerami na płycie są You Shook Me All Night Long oraz Shake A Leg, które po prostu mnie zirytowały. Teksty napisane przez AC/DC są średnie. Do ich budowy nic nie mam, to co mi się nie spodobało w nich to sam przekaz. Wprawdzie AC/DC takie już jest, że musi połączyć heavy metal i hard rocka z rock'n rollem, oraz napisać takie teksty, a nie inne. Ja jednak spojrzałem na ten album z własnej perspektywy, zastanowiłem się nad tym, czy album może nadawać się dla metalowca. Owszem, nadaje się - o ile ktoś taki akceptuje połączenie elementów metalowych i rock'n rolla.

Zalety:
- Bardzo dobrze napisane kompozycje
- Budowa tekstów
- Rasowość i energia
- Przebojowość
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Przekaz

Okładka: 7,5/10
Teksty: 6,75/10
Kompozycje: 9,5/10

Ogólna ocena: 9/10

19 czerwca 2015

Konfrontacja: Evile - Skull vs Havok - Unnatural Selection


Witam w kolejnej konfrontacji. Osoby obserwujące mój profil na Google + z pewnością domyśliły się, że po zrecenzowaniu albumu In The Sign Of Evil Sodomu zabiorę się za Evile. Gdy już się ją usłyszy, ciągnie do siebie słuchacza niczym magnes sporym podobieństwem do Metalliki. Ze względu na to, że Evile należy do grona kapel grających Nową Falę Thrashu, postanowiłem skonfrontować jeden z jej albumów z dziełem innego zespołu spośród tego samego grona. W przypadku najnowszego albumu Havoka od początku myślałem o konfrontacji, nie wiedziałem jednak jak mam się do tego zabrać... jak to dobrze, że znalazłem Evile.  Przed wami: Evile - Skull vs Havok - Unnatural Selection.


Evile - Skull


Skull jest czwartym albumem studyjnym brytyjskiej grupy thrashmetalowej Evile. Został wydany 27 maja 2013 roku nakładem Earache Records. Okoliczności poznania przeze mnie tej grupy są dosyć zaskakujące: oglądając na YouTubie materiały o Metallice znalazłem przez przypadek coś, co było nazwane "new Metallica song 2015". Utwór który usłyszałem (Underworld) brzmiał jak numer wcześniej wspomnianej grupy. Nabrałem podejrzeń ze względu na to, że na Facebook'u nie było żadnych informacji o nowym numerze. Po przeczytaniu komentarzy dowiedziałem się, że zespół nazywa się Evile i początkowo powstał jako coverband Metalliki. Ostatecznie kapela zaczęła tworzyć muzykę inspirowaną twórczością ich mentorów.

Grafika została stworzona przez znanego artystę specjalizującego się w rysowaniu okładek, Elirana Kantora. Pewnie wielu fanów w trakcie oczekiwania na wydanie albumu spodziewała się mizernie wykonanej grafiki w postaci czaszki. Tutaj jednak artysta nas nieco zaskoczył. Obraz został wykonany w surrealistycznym stylu, trudno jest powiedzieć co jest na nim przedstawione. Widzimy wychodzące trupy ze szczelin w betonie, jakąś ogromną zapadnię, oraz napisy "Evile" i "Skull" w postaci dziur. Wprawdzie lubię okładki surrealistyczne ze względu na ich ciekawy projekt i pomysłowość, tutaj jednak Eliran Kantor najprawdopodobniej nie miał żadnego pomysłu na grafikę. Cenię sobie tego artystę, to co jednak zrobił tutaj do mnie nie przemawia.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 9/10 - Omnipotems Potemtum
- 10/10 - megadieftw
- 8,5/10 - hells_unicorn
- 4/10 - BastardHead


Lista utworów:

1. Underworld
2. Skull
3. The Naked Sun
4. Head Of The Demon
5. Tomb
6. Words Of The Dead
7. Outsider
8. What You Become
9. New Truths, Old Lies
10. A Sinister Call

Osoby słuchające nowofalowego thrashu nie patrzą zbytnio na pierwowzory swoich ulubionych grup. W przypadku Evile nie da się nie uniknąć porównań, ta grupa czerpie garściami od Metalliki. Niektórzy zaryzykowali nawet stwierdzenie, iż "Evile jest współczesną Metalliką". Na początku byłem tym zaskoczony, przecież mało która grupa jej dorównuje. Dopiero gdy przesłuchałem ten album dotarło do mnie, że Evile gra lepiej niż Metallica współcześnie. Postąpię więc jak słuchacz nowofalowego metalu, nie będę krytykował tej kapeli za podobieństwa do jej pierwowzoru. Czasem da się usłyszeć wpływy innych grup, takich jak Slayer czy chociażby Testament, nie jest jednak tego dużo. Album rozpoczyna się od intra, by wkrótce przerodzić się w ostrą jazdę. Aktualnie leci utwór przypominający w brzmieniu album Death Magnetic, Underworld. Aż do numeru czwartego młóćka trwa w najlepsze: słyszymy bardziej klimatyczne Skull z wbijającym w ziemię speed-up'em, oraz szybkie The Naked Sun. Evile znacznie zwalnia tempo, prezentując nam cięższy utwór w stylu Don't Thread On Me Metalliki, Head Of The Demon. Następnie dostajemy całkiem dobrą balladę pod tytułem Tomb. Po zaprezentowaniu najlżejszego numeru na płycie Evile wraca do thrashowych młotów: Words Of The Dead i Outsider. Po tej ostrej jeździe Evile zwalnia, chłopaki prezentują nam utwór przypominający w brzmieniu The Black Album: What You Become. Przedostatni utwór jest czymś w rodzaju mieszanki tego, co dostaliśmy na tym albumie: New Truth, Old Lies. A Sinister Call jest z kolei średnim bonusem.

Teksty napisane przez grupę nie są złe. Zasób słownictwa był tak duży, że mój mózg nie wyrobił. Zacząłem plątać się w tłumaczeniu tekstów; czasem miałem nawet wrażenie, iż przekaz tworzy nielogiczną całość. Od początku było jednak można się domyślić o czym będzie dany utwór.  Większość tekstów jest o ludzkiej śmierci (The Naked Sun, Skull, Tomb). Utwór New Truth, Old Lies jest o życiu w państwie, gdzie słowo obywatela się nie liczy. W Outsider wypowiada się człowiek-samotnik, który z jednej strony akceptuje swój los, z drugiej jednak obawia się świata, który będzie go krytykował za to kim jest. W Head Of The Demon jest opisana walka dobra ze złem na przestrzeni wieków. Ze względu na ciekawą historię ukazaną w utworze warto ten tekst przeczytać. Utwór What You Become jest o człowieku nękanym przez swoje lęki. W Underworld jest mowa o słabnącej potędze rasy ludzkiej wraz z mijającym czasem. Words Of The Dead jest o mężczyźnie siedzącym w więzieniu za zabójstwo. Dręczą go wyrzuty sumienia.

Podsumowując, Skull jest dobrym dziełem. Jak powiedziałem wcześniej, tego typu grup nie powinno się raczej ganić za podobieństwo do starych kapel thrashmetalowych, nowa fala po prostu taka jest. Wiele osób krytykuje tego typu kapele za powtarzanie schematów; moim zdaniem zostały one praktycznie wyczerpane, przez co trudno jest doszukać się nowych. Evile dobrze gra, muzyka była przepełniona dobrymi riffami, było brutalnie i rasowo. Teksty były dosyć dziwnie poskładane, aczkolwiek dało się je zrozumieć. Zdecydowanie polecam ten album, warto przesłuchać.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje

- Przyzwoite teksty
- Przekaz
- Rasowość i brutalność
- Klimat
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Okładka

Okładka: 5,25/10
Teksty: 7,5/10
Kompozycje: 9,5/10

Ogólna ocena: 8,75/10


Havok - Unnatural Selection


Unnatural Selection jest trzecim albumem studyjnym amerykańskiej grupy thrashmetalowej Havok. Został wydany 25 czerwca 2013 roku nakładem Candlelight Records. W roku 2012 Havok wydaje EP pod tytułem Point Of No Return, fani odbierają to wydarzenie jako zapowiedź nadchodzącego longplay'a grupy. Wydawało im się, iż najnowszy album Havoka będzie kontynuacją solidnego muzycznego wpierdolu znanego z zarówno Time Is Up jak i wcześniej wspomnianej EP-ki. Gdy album wreszcie wychodzi na światło dzienne, zapada niezręczna cisza. Na początku fani wydają się być niezadowoleni odmiennością w porównaniu do pozostałych krążków grupy, ostatecznie jednak dzieło zyskało pewne grono wielbicieli.

Na okładce widzimy człowieka torturującego planetę Ziemię. Wydaje mi się, iż każdy może rozumieć tą okładkę na swój sposób: jeden powie, że człowiek przedstawiony na okładce jest bogiem, który niszczy planetę dla zabawy, ktoś inny stwierdzi iż ten mężczyzna jest symbolem ludzkości dewastującym Ziemię. Możliwe, że artysta tworzący tą okładkę chciał przedstawić na tej okładce kogoś, kogo będziemy mogli opisać na swój sposób na podstawie skojarzeń. Grafika bardzo dobrze się prezentuje, zdecydowanie powinna ona dawać do myślenia.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 7/10 - todesengel89

- 8,25/10 - GuntherTheUndying
- 9/10 - hells_unicorn
- 9,5/10 - WovenWoes



Lista utworów:

1. I Am The State
2. Give Me Liberty... Or Give Me Death
3. It Is True
4. Under The Gun
5. Waste Of Life
6. Living Nightmare
7. Chasing The Edge
8. Worse Than War
9. Children Of The Grave
10. Unnatural Selection

Unnatural Selection zdecydowanie się wyróżnia w porównaniu do swoich poprzedników. Jest to album zupełnie inaczej zagrany: muzyka nie jest tak szybka i bezkompromisowa jak dawniej, gitary są niżej przestrojone, wszystko wydaje się być dojrzalsze i lepiej przemyślane. Wydaje mi się, że kapela zdała sobie sprawę z tego, że nie powinna inspirować się wyłącznie Slayerem, Metalliką i Sepulturą; do tego co było wcześniej dochodzą jeszcze inspiracje Megadethem, Exodusem, Testamentem oraz Anthraxem. Grupa przestaje napierdalać i zabiera się za rasowe, dojrzałe granie. Poprzednie dzieła Havoka jakoś łatwiej mi wchodziły, Unnatural Selection ze względu na swą inność był dużo trudniejszy dla mnie w odbiorze. Udało mi się jednak tego przesłuchać, nie spodobał mi się tak bardzo jak Time Is Up, aczkolwiek nie jest jeszcze źle. Ostatecznie grupa pod dowództwem Davida Sancheza niechętnie się żegna ze stylem obranym poprzednich krążkach, album otwiera najszybszy numer na płycie, I Am The State. Następnie grupa zwalnia tempo prezentując nam lżejsze, a za razem gorsze utwory: Give Me Liberty... Or Give Me Death oraz It Is True. Dopiero od numeru czwartego Havok ponownie się rozkręca prezentując najlepsze numery na płycie: słyszymy ciężki kawałek przypominający trochę w stylu Death Magnetic, Under The Gun, następny jest rasowy numer w stylu Megadeth Waste Of Life; później dostajemy szybkie i klimatyczne Living Nightmare kojarzące się z debiutem tej grupy, Burn. Grupa na moment trochę zwalnia tempo prezentując kolejny utwór w stylu Megadeth, Chasing The Edge. Później grupa prezentuje cover utworu Black Sabbath za którym nie przepadam, Children Of The Grave. Na deser Havok gra jeden z szybszych numerów na płycie, Unnatural Selection.

Recenzując wcześniejsze albumy Havoka dostrzegłem, iż grupa potrafi pisać dobre, pełne sensu teksty. Tak samo jest na Unnatural Selection, chłopaki pod tym względem nie zawodzą. Większość tekstów na albumie jest na temat wyniszczenia rasy ludzkiej na skutek wzajemnej nienawiści (Worse Than War, Unnatural Selection, Under The Gun, Children Of The Grave). Na albumie grupa krytykuje również kłamliwą politykę (Chasing The Edge, I Am The State, Give Me Liberty... Or Give Me Death, It Is True). Utwór Waste Of Life skierowany jest do człowieka, który zamiast robić coś sensownego marnuje swój cenny czas. Grupa zachęca tą osobę do działania. Living Nightmare jest o mężczyźnie chorym na depresję, w utworze zostały opisane jego uczucia oraz nastawienie do życia. 

Podsumowując, Unnatural Selection jest całkiem przyzwoitym albumem. Pomimo pewnych zmian wprowadzonych przez kapelę, album jest udany. W porównaniu do poprzednich dzieł Havoka muzyka wyróżnia się rasowością i dojrzałością, przez co album po części zyskał dezaprobatę fanów. To co jednak się nie zmieniło na przestrzeni lat to poziom tekstów. Pomimo początkowej niechęci do tego dzieła, nie żałuję czasu spędzonego na jego słuchanie.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje

- Dobrze napisane teksty
- Okładka
- Przekaz
- Rasowość i dojrzałość

Wady:
- Spadek poziomu w porównaniu do poprzednika

Okładka: 8,5/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 8,25/10

Ogólna ocena: 8,5/10

Konfrontację wygrywa album: Skull. Na pierwszy rzut oka oba albumy wydają się być podobne, aczkolwiek Evile lepiej wywiązało się ze swojego zadania. Grupa napisała bardzo dobre kompozycje. Z kolei kapela pod dowództwem Davida Sancheza napisała lepsze teksty, jej dzieło zdobiła również bardzo dobra okładka.

18 czerwca 2015

Komentarz (4): Moje zdanie na temat nu metalu


Witam w kolejnym komentarzu. Długo się zastanawiałem na jaki temat mam zrobić następny komentarz. Przez moją głowę przeszła obecna sytuacja Slayera i nowej Sepultury, chciałem także zrobić coś na temat obecnych kłótni między metalowcami. Ostatecznie pomysł na najnowszy komentarz wpadł mi po obejrzeniu jednego z filmów na kanale Watchmojo na YouTube. Pojawił się tam ranking pod tytułem "Top 10 najbardziej wpływowych grup grających nu metal". Do samego zestawienia odwoływać się nie będę, gdyż to jest wyłączne zdanie jego twórców. W tym komentarzu powiem co o tym gatunku myślę, zadam sobie pytanie czy go lubię i cenię, a także opowiem co nieco o moich ulubionych kapelach z tego nurtu. Od razu mówię, że nie będzie żadnego hejtu z mojej strony.

W planach miałem wcześniej opowiedzenie o obecnej sytuacji metalu, chciałem się podzielić z wami swoimi wywodami na temat tego, jak to jeden metalowiec nie lubi drugiego, gdyż jeden słucha thrash metalu, a drugi black metalu. Trochę się rozgadałem, w końcu zacząłem omawiać nu metal. Opisałem kilka negatywnych cech tego, w pewnym momencie jednak przerwałem. Zdałem sobie sprawę, że dla wielu czytelników postępuję jak hipokryta; wiecie, piszę komentarz na temat tego jakie konflikty między metalowcami są durne, a sam bym do nich doprowadził hejtując nu metal. Postanowiłem więc cały komentarz poświęcić temu nurtowi.

Po pierwsze, czy uważam to za pełnoprawny gatunek metalu? Otóż nie. Zanim posypią się hejty, spróbuję się wytłumaczyć z tego powodu. Dlaczego uważam nu metal za odrębny gatunek muzyki? Moim zdaniem nu metal jest raczej kombinacją kilku gatunków na raz, w tym metalu, rocka, rapu, elektroniki i funku. Samą nazwę wymyślił Jonathan Davis z Korna, chcąc jakoś zdefiniować muzykę grupy do której należy. Ponieważ jednak muzyka kapeli najwięcej czerpała z metalu, przypisano temu nazwę "nu metal". Jak się później okazało, nu metal spotkał się z dezaprobatą fanów ciężkiego grania z wcześniejszych lat. Cały konflikt powstał najprawdopodobniej dlatego, że dotychczasowo nowy gatunek metalu powstawał z powodu połączenia jednego gatunku ciężkiego grania z drugim (np. thrash metalu z groove metalem), a nie połączenia metalu z zupełnie odmiennym gatunkiem muzyki. Stąd między innymi również nagonka na industrial metal i metal alternatywny. Tak więc ustalone, nu metal moim zdaniem nie należy do metalu, jest to bardziej eksperymentalny typ muzyki spokrewniony z metalem. Ponieważ na naszym blogu można od czasu do czasu znaleźć recenzje lżejszych albumów, z pewnością nie zrezygnuję z tego tylko dlatego że "to przecież nie jest metal".


Pozwoliłem sobie na pewien eksperyment. Do tego wykorzystam serwis Metal Archives, z którego noty niektórych użytkowników zamieszczam na blogu (z tą różnicą, że ich procentowe oceny "konwertuję" na system oceniania od 0 do 10). Ponieważ na tym serwisie można znaleźć mnóstwo informacji na temat grup metalowych, uznałem że warto z tego skorzystać. Podczas tego eksperymentu zauważyłem, iż na serwisie nie ma żadnych informacji na temat grup grających nu metal (wpisałem frazy "Korn", "Slipknot", "Deftones" oraz "Limp Bizkit"), różnego rodzaju core'y (wpisałem "Suicide Silence", "Hatebreed"), a także metalu alternatywnego ("Drowning Pool"). Czyżby źródło informacji gorsze od wikipedii? Nie sądzę. Jest to po prostu encyklopedia metalu, na której znajduje się mnóstwo informacji wyłącznie na temat grup metalowych (poczytałem tam np. o grupie S.A. Slayer mającej niegdyś konflikt ze znanym nam współcześnie Slayerem).

Urocze... (polecam powiększyć)

Pora na przyjemniejszą część komentarza. Czy lubię/cenię ten gatunek? Obecnie nu metal budzi we mnie całkiem miłe wspomnienia z czasów, gdy miałem 13-17 lat. Słuchałem dużo Slipknota, Linkin Park, P.O.D., Limp Bizkit, czasem sobie włączyłem również Korna, Nonpoint... przyznam przyjemne były to czasy. Jedyne numetalowe rzeczy jakich słucham do dziś, to starsze albumy Soulfly (od debiutu po Prophecy), ostatecznie jednak upodobałem sobie albumy wydane po 2004 roku. Patrząc na to z perspektywy czasu, wydaje mi się że nu metal jest to raczej muzyka dla osób, które dopiero wchodzą w świat ciężkiej muzyki. Twórcy budują drogi dla młodych, by ci w przyszłości przenieśli się na cięższą muzykę, za to ich cenię. Często zdarzają się jednak ludzie, którzy wolą pozostać przy nu metalu. Czy obecnie posłuchałbym tego więcej? Nie jestem pewien, wydaje mi się że wyrosłem z nu metalu już dawno. Gdyby ktoś obecnie polecił mi przesłuchanie jakiejś grupy numetalowej, najprawdopodobniej zagłębiałbym się w to jak w jakieś bagno. Nie byłbym do przesady zaciekawiony.

Co sądzicie o mojej opinii? Uważacie że trafiłem w czuły punkt, czy może nie zgadzacie się ze mną? Ponieważ przewiduję, że pojawią się pytania dotyczące recenzji, już na nie odpowiadam. Pojawi się za kilka godzin. Pozdrawiam!

13 czerwca 2015

Recenzja: Sodom - In The Sign Of Evil


Witam w kolejnej recenzji. Jakiś czas temu pewien czytelnik zaproponował mi przesłuchanie pierwszych dwóch albumów Sodomu, w tym debiutanckiej EP-ki. Ponieważ od dłuższego czasu ta niemiecka kapela regularnie odwiedza mój odtwarzacz, postanowiłem nie czekać. Poszukałem na YouTubie albumu o którym czytelnik mi powiedział: Obsessed By Cruelty + In The Sign Of Evil. Co się stało, że nie postąpiłem tak samo jak w przypadku Persecution Mania i nie zrecenzowałem Obsessed By Cruelty i In The Sign Of Evil jednocześnie? Pomimo tego że oba albumy zostały wydane w podobnym okresie, w moim mniemaniu bardzo się od siebie różnią. Na Obsessed By Cruelty przyjdzie jeszcze czas. Przed wami: Sodom - In The Sign Of Evil.

In The Sign Of Evil jest pierwszym EP niemieckiej grupy thrashmetalowej Sodom. Został wydany w 1984 roku nakładem Devil's Game. Grupa Sodom powstała w roku 1982 z inicjatywy Toma Sucha (nadał sobie pseudonim "Tom Angelripper") chcącego porzucić pracę górnika. Do swojej kapeli przyjął perkusistę Christiana Dudka znanego szerzej pod pseudonimem "Chris Witchhunter", oraz gitarzystę Franka Testegena. Niedługo potem gitarzysta został zastąpiony przez Josefa Dominica, mającego ksywkę "Grave Violator". Po zgromadzeniu odpowiedniego składu grupa przystępuje do tworzenia utworów. Gdy materiał jest gotowy do nagrania, okazuje się że studio nie wyraża zgody na nagranie wszystkich utworów. Spośród 12 numerów zostaje nagranych tylko 5. Pomimo tak niewielkiej ilości utworów na albumie, EP-ka jest uwielbiana przez fanów grupy.

Na okładce widzimy średniowiecznego kata trzymającego miecz. Wydaje mi się, że gdyby Sodom wiązał swoją przyszłość z muzyką satanistyczną, ten kat byłby maskotką grupy. Ostatecznie został nią Knarrenheinz, który pojawił się po raz pierwszy na Persecution Mania. Po raz drugi (a za razem ostatni) kat ukazał się na grafice do albumu The Final Sign Of Evil. Przyznam, że grafika albumu In The Sign Of Evil jest bardzo przyjemna, jak na pierwsze dzieło grupy jest wręcz zaskakująco dobra.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 10/10 - HellishTorture
- 7,5/10 - LeftHandOvDog
- 9,5/10 - hells_unicorn
- 8/10 - TableofHELL



Lista utworów:

1. Outbreak Of Evil
2. Sepulchral Voice
3. Blasphemer
4. Witching Metal
5. Burst Command Til War

Na początku stawiałem opór przed przesłuchaniem tego albumu. Miałem wrażenie, że wszystko co zostało wydane przed Expurse Of Sodomy i Persecution Mania jest nudne i beznadziejne. Jak już mówiłem, gdy jeden z czytelników zaproponował mi recenzję tego albumu (+ Obsessed By Cruelty), postanowiłem posłuchać. Gdy skończyłem, po głowie chodziły mi te wszystkie utwory które słyszałem. Album cechuje bardzo dobry klimat, szybkie tempo, świetne riffy i młodzieńcza energia. Nawet jakość nagrań mi się spodobała. Zaraz po In The Sign Of Evil zacząłem słuchać Obsessed By Cruelty. Niestety, longplay tak bardzo mnie nie wciągnął: ponieważ w głowie wciąż słyszałem riffy z In The Sign Of Evil, musiałem w pewnym momencie przerwać swoje zmagania. Na pierwszy ogień idzie Outbreak Of Evil. Jest to bardzo dobry numer, jednak w porównaniu do wersji z Persecution Mania prezentuje się znacznie gorzej. Kolejny świetny kawałek na płycie to Sepulchral Voice. Pod trójką kryje się najszybszy numer na płycie Blasphemer. Następny utwór obrałem jako swojego faworyta: Witching Metal. Jako ostatni utwór słyszymy Burst Command Til War

Teksty napisane przez grupę są dosyć słabe. Na Persecution Mania również nie były bardzo dobre, tam jednak grupa dostała ode mnie dodatkowe punkty za dopasowanie ich do kompozycji. Tutaj panuje chaos: Sodom istnieje dopiero dwa lata, grupa nie ma jeszcze doświadczenia zarówno w tworzeniu tekstów jak i dopasowywaniu ich do kompozycji. Tematyka tekstów jest za to pomysłowa, każdy tekst dotyczy czegoś innego. Outbreak Of Evil jest o ostatecznej walce dobra ze złem, w czasie której druga strona odnosi zwycięstwo. W Sepulchral Voice jest mowa o człowieku, który zaprzedał duszę diabłu. W utworze Blasphemer grupa wypowiada się o black metalu. Był to gatunek muzyki, z jakim Sodom wiązał swoją przyszłość. Z kolei w numerze Witching Metal kapela przedstawia się fanom. W Burst Command Til War grupa potępia konflikty zbrojne jako sposób na rozwiązywanie sporów.

Podsumowując, In The Sign Of Evil to bardzo dobra EP-ka. Po tego typu dziele nie spodziewałem się wiele, warto było jednak przesłuchać ten album. Największe wrażenie zrobiły na mnie naprawdę dobre kompozycje: świetne riffy, znakomite tempo i energia, a także mroczny klimat. Najprawdopodobniej w to grupa włożyła najwięcej serca, teksty napisane przez Sodom nie należą do dobrych. Gdyby In The Sign Of Evil było debiutanckim longplay'em grupy, najprawdopodobniej dostalibyśmy naprawdę potężne dzieło dorównujące Persecution Mania i Agent Orange.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Okładka
- Młodzieńcza energia
- Bardzo dobre riffy
- Brutalność i klimat
- Album mocno wciąga i zapada w pamięć

Wady:
- Ilość utworów
- Słabe teksty

Okładka: 8/10
Teksty: 5,5/10
Kompozycje: 9,25/10

Ogólna ocena: 8,25/10

9 czerwca 2015

Konfrontacja: Exodus - Fabulous Disaster vs Tankard - Zombie Attack


Witam w kolejnej konfrontacji. Po raz pierwszy od stycznia w moich głośnikach zagości Exodus. Niby na last.fm zostałem zapewniony, że album który chcę zaprezentować będzie czymś wartym uwagi w przeciwieństwie do Pleasures Of The Flesh. Mam jednak mieszane uczucia, słuchając następcy Bonded By Blood zniechęciłem się do grupy ze Zetro na froncie. Jakiś czas temu poznałem swój trzeci zespół spośród czwórki niemieckiego thrashu: Tankard. Ponieważ grupa pochodząca z kraju brzydkich kobiet lekko zapachniała mi Exodusem, zainteresowałem się nią. Zresztą, już na początku widać, że to będzie jeden wielki maraton "pożyczania" pomysłów. Przed wami: Exodus - Fabulous Disaster vs Tankard - Zombie Attack.


Exodus - Fabulous Disaster


Fabulous Disaster jest trzecim albumem studyjnym amerykańskiej grupy thrashmetalowej Exodus. Został wydany 30 stycznia 1989 roku nakładem Relativity Records. Po ostatnim niepowodzeniu w postaci Pleasures Of The Flesh, grupa postanawia bardziej przyłożyć się do kolejnego albumu. Ciężka praca opłaciła się, album uzyskuje pozytywne opinie krytyków, a także 82 miejsce w rankingu Billboard 200 z roku 1989. Jest to ostatnie dzieło z perkusistą Tomem Huntingiem aż do roku 1997. Obecnie opinie są podzielone w sprawie albumu, ostatecznie uważany jest za jeden z najważniejszych albumów Exodusa.

Tak samo jak na Pleasures Of The Flesh, na okładce został przedstawiony ówczesny skład grupy. Od lewej do prawej: Gary Holt, Rick Hunolt, Rob McKillop (na górze), Steve Souza i Tom Hunting. Panowie siedzą przed telewizorem. Wnioskując po ich minach, oglądają coś naprawdę idiotycznego. Tak samo jak w poprzednim przypadku, Exodus poszedł na łatwiznę w sprawie okładki. Przez pewien czas tego typu grafiki oceniałem trochę bardziej pozytywnie (np. na I.N.R.I. grupy Sarcofago, czy chociażby Extreme Aggression Kreatora). Ten przypadek jest raczej kiepski, z pewnością nie przyciągnie swoim "urokiem" nowego słuchacza.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 6/10 - avidmetal
- 3,5/10 - possessed1973
- 8,5/10 - Tymell
- 9,5/10 - Metal_Thrasher90


Lista utworów:

1. The Last Act Of Defiance
2. Fabulous Disaster
3. The Toxic Waltz
4. Low Rider
5. Cajun Hell
6. Like Father, Like Son
7. Corruption
8. Verbal Razors
9. Open Season
10. Overdose

W porównaniu do Pleasures Of The Flesh poprawa jest znaczna, grupa wreszcie przestała zanudzać słuchacza utworami napisanymi na jedno kopyto. Grupa zyskała na wyczuciu, album przypomina trochę zmieszanego Anthraxa z Bonded By Blood ze śladami crossoveru. Gary Holt wreszcie zrozumiał, że aby stworzyć dobry album, trzeba obrać odpowiedni cel. Nie tylko Baloff zajmował się pisaniem muzyki na debiucie, utwory And Then There Were None oraz A Lesson In Violence zostały napisane właśnie przez Holta. Najprawdopodobniej na Fabulous Disaster gitarzyście się przypomniało, że potrafi coś skomponować. Wiadomo, że Exodus bez Baloffa to raczej nie jest to samo, album nie jest więc tak dobry jak debiut: czasem lekko zawiało nudą i monotonią, panowie tracili wyczucie. Mam jednak nadzieję, że na późniejszych albumach było lepiej. Exodus na początku wita nas szybkim, dosyć chaotycznym numerem: The Last Act Of Defiance. Podobnie jak w przypadku numeru pierwszego z poprzedniego albumu, tutaj też wszystko rozpoczyna się od idiotycznego intra, w czasie którego słyszymy raczej bezsensowne pierdolenie. Grupa zaczyna się rozkręcać: wraz z rozpoczęciem dwójki, Exodus zaczyna ciekawić widza utworem Fabulous Disaster. Następnie słyszymy bardzo dobre The Toxic Waltz., dalej jest cover grupy War, Low Rider. Później słyszymy całkiem przyzwoity kawałek w stylu Bonded By Blood, Cajun Hell. W utworze Like Father, Like Son, Exodus łączy cechy klasycznego thrash metalu z crossover'em. Dalej słyszymy Corruption, Verbal Razors, krótkie i szybkie Open Season, oraz całkiem dobry cover grupy AC/DC, Overdose.

Teksty pod względem tego jak zostały wykonane nie zmieniły się. Exodus pod tym względem nadal jest w formie; tak samo jak na Pleasures Of The Flesh, mamy tu do czynienia z dużą różnorodnością. Fabulous Disaster jest o wojnie atomowej, która doprowadziła do upadku ludzkości. W The Toxic Waltz grupa zainspirowała się fanami na koncertach, mianowicie Exodus omawia tu szczęście płynące z bycia na koncercie metalowym. Utwór Open Season jest o psychopacie, który w biały dzień urządził sobie polowanie na obywateli miasta. Kawałek Low Rider został poświęcony kierowcy amerykańskiego auta z hydrauliką, low-ridera. W utworze The Last Act Of Defiance Exodus potępia brutalny amerykański system więziennictwa. W Like Father, Like Son jest mowa o ojcu, któremu wydaje się, że krzywdzenie własnej rodziny jest formą dyscypliny (w przeszłości on sam doświadczył przemocy domowej). Overdose jest o mężczyźnie, który zakochał się w pewnej kobiecie; uważa, iż bez niej nie potrafi żyć. Corruption jest o skorumpowanych mediach, które zamiast omawiać istotne sprawy, zajmują się czymś mało ważnym. Utwór Verbal Razors jest o pewnej znanej osobie (celebryta, polityk) zniszczonej przez własny egoizm. Cajun Hell jest poświęcony ludziom z grupy etnicznej Cajun żyjącej w stanie Luizjana.

Podsumowując, Fabulous Disaster jest całkiem dobrym dziełem. Jest to zdecydowanie lepszy album od poprzednika: grupa udowodniła, że i bez Paula Baloffa jest w stanie sobie poradzić. Gary Holt starał się, napisał bardzo dobre kompozycje. Czasem jednak grupa potrafiła się zagalopować, przez co zaliczała mniejsze wpadki. Wierzę jednak, że Gary próbował ich uniknąć. Co do tekstów napisanych przez grupę, póki co nie miałem okazji jej za to krytykować. Jak widać, grupa nigdy nie miała z nimi problemów. Fabulous Disaster może i nie jest tak dobre jak Reign In Blood Slayera, czy chociażby Among The Living Anthraxa, nie ma jednak sensu skreślać tego albumu z tego powodu. Pomimo tego, że Exodus zawsze czaił się za plecami wielkiej czwórki, warto się tą grupą zainteresować.

Zalety:
- Dobre kompozycje
- Dobrze napisane teksty
- Przekaz
- Żywiołowość i energia
- Zdecydowana poprawa w porównaniu do poprzednika

Wady:
- Lekka monotonia
- Okładka
- Album nie zapada w pamięć

Okładka: 3,5/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 7,5/10

Ogólna ocena: 7,25/10



Tankard - Zombie Attack


Zombie Attack jest pierwszym albumem studyjnym niemieckiej grupy thrashmetalowej Tankard. Został wydany w lipcu 1986 roku nakładem Noise Records. Grupa Tankard powstała w 1982 roku z inicjatywy trzech kumpli ze szkoły: Andreasa Geremia, Axela Katzmanna i Franka Thorwartha. Słuchając ich pojedynczych utworów, miałem wrażenie że Tankard inspirował się wczesnym Exodusem i Metalliką z czasów Kill 'Em All. Twardy niemiecki akcent wokalisty przypominał ten, jaki ma Tom Angelripper z Sodomu, toteż postanowiłem zainteresować się tą kapelą. Obecnie ich debiut uważany jest za klasyka, obok takich albumów jak Agent Orange Sodomu, Coma Of Souls Kreatora i Infernal Overkill Destruction uważany jest za jeden z najważniejszych klasycznych albumów spod znaku niemieckiego thrashu.

Patrzę na okładkę. Pierwsze skojarzenie: Exodus! Na grafice widzimy różne stwory i dziwadła w oldschool'owej scenerii oglądające telewizję, najprawdopodobniej tytułowy atak zombie. Po środku siedzi kobieta. Dostrzegłem, że jak na Tankarda zabieg ten jest dosyć nietypowy. Okładki albumów grupy zdobią zwykle prześmiewcze karykatury, tutaj widzimy jedynie stwory siedzące przed telewizorem, które notabene wyglądają uroczo. Przypomina to trochę dużą rodzinę zgromadzoną podczas oglądania ulubionego serialu, ewentualnie kumpli w trakcie oglądania jakiejś komedii. Coś mi mówi, że przy Zombie Attack nie będę pił piwa. Od razu zjaram pół tony zielska, gdyż wiem że ten album będzie jednym wielkim chaosem z prześmiewczym akcentem.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 9/10 - 
hells_unicorn
- 8,5/10 - slayrrr666
- 4/10 - UltraBoris
- 7/10 - morbert



Lista utworów:

1. Zombie Attack
2. Acid Death
3. Mercenary
4. Maniac Forces
5. Alcohol
6. Empty Tankard
7. Thrash 'Till Death
8. Chains
9. Poison
10. Screamin' Victims

W końcu Tankard poleciał w moich głośnikach. Kompozycje wyjątkowo mnie zaskoczyły. Muzyka Tankarda w pewnych momentach przypominała Acid Drinkers zmieszane z Sodomem, zupełnie jakby Titus z Angelripperem wybrali się wspólnie na piwo z grupą Tankard i podsunęli im masę świetnych riffów. Wiem jednak, że jest to mało prawdopodobne; Acid Drinkers nagrało swój pierwszy album w roku 1990, Sodom w czasach gdy Tankard stworzył Zombie Attack był mało znany. Słychać jednak, że w bardzo dużej mierze zarówno Tankard jak i Acid Drinkers wzorowało się na Metallice. Pod numerem pierwszym słyszymy całkiem porządny kawałek w stylu Exodusa, Zombie Attack. Dwójką byłem zaskoczony: utwór brzmiał jakby został napisany wspólnie przez Titusa i Litzę z Acid Drinkers i Toma Angelrippera z Sodomu; w moich głośnikach leci naprawdę zajebiste Acid Death. Pod numerem trzecim słyszymy kawałek al'a Ausgebombt Sodomu: Mercenary. Po tym grupa zabiera się za parodię Metalliki: Tankard zapodaje numer kojarzący nam się miejscami z For Whom The Bell Tolls z Ride The LightningManiac Forces. Pod piątką z kolei ukazują nam zwariowaną parodię Kill 'Em All: Alcohol. Przy szóstce panowie znowu zaczynają mi przypominać o Acid Drinkers, prezentując Empty Tankard. W następnej kolejności dostajemy Thrash 'Till Death. Po chwili słyszę nieco bardziej odstający (pod względem negatywnym) numer ósmy, Chains. Po chwili jednak wracają do formy, grając utwór w stylu Ride The Lightning Metalliki, Poison. Ostatni kawałek na płycie nosi nazwę Screamin' Victims.

Do tekstów trudno mi się było przyczepić. Moim zdaniem prawdziwy muzyk powinien mieć zawsze inwencję twórczą, musi wiedzieć jak napisać dobry tekst, jakich wyrazów użyć itp. Panowie potrafią pisać teksty. Miałem jednak wrażenie, że będę zawiedziony tematyką. Okazuje się, że grupa w tamtym okresie inspirowała się w dużej mierze wojną (ChainsMercenaryManiac ForcesScreamin' Victims), nie znaczy to jednak że Tankard nie napisał nic na temat alkoholu (Empty Tankard, Alcohol, Acid Death). W utworze Thrash 'Till Death grupa opisuje swoje zamiłowanie do thrash metalu. W Zombie Attack wypowiada się osoba (niedowiarek) będąca świadkiem ataku zombie. Poison jest o nieszczęśliwym, wzajemnie nienawidzącym się małżeństwie.

Podsumowując, album Zombie Attack spodobał mi się. Tankard zdecydowanie zachęcił mnie do zapoznania się z resztą swoich płyt. Kompozycje w pewnym sensie mnie zauroczyły, skojarzyły mi się z lubianymi przeze mnie grupami: Acid Drinkers, Metallica i Sodom. Ciągle miałem wrażenie, że muzyka została napisana przez członka jednej z wyżej wymienionych kapel. Przez chwilę zastanawiałem się też, jak przyjmę teksty związane z alkoholem. W moim przypadku tutaj obowiązuje zasada "co za dużo to niezdrowo". Okazuje się jednak, że Tankard poszedł w nieco innym kierunku, było trochę słów o wojnach, zombie i piwku. Maniakowi thrash metalu Zombie Attack powinien przypaść do gustu.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Dobrze napisane teksty
- Rasowy thrash
- Okładka
- Album zapada w pamięć

Wady:

- Słaba jakość nagrań

Okładka: 7,5/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 8,25/10

Ogólna ocena: 8,75/10



Z dużą przewagą wygrywa album: Zombie Attack. Na wstępie napisałem, że oba albumy będą miały mnóstwo wspólnych cech. W rzeczywistości Fabulous Disaster i Zombie Attack dzieli ogromna przepaść. Panowie z Niemiec bardziej przyłożyli się do kompozycji, debiut Tankarda zdobiła również przyjemna okładka. Teksty napisane przez obie grupy są na tym samym, dobrym poziomie.

Obserwuj nas!