Wyszukaj

27 sierpnia 2015

Recenzja: Soulfly - Archangel


Witam w kolejnej recenzji. W tym tygodniu planowałem skreślić z listy potwierdzonych recenzji album od dawna przeze mnie planowany: Black Flag Ektomorfa. Moje plany przekreśliła premiera najnowszego krążka Soulfly, której nie mogłem przegapić. Z tej okazji powoli będziemy dobijali do podsumowania grupy, której liderem jest Max Cavalera. Za chwilę się przekonacie, czy najnowsze dzieło Soulfly będzie zdatne do słuchania. Przed wami: Soulfly - Archangel.

Archangel jest dziesiątym albumem studyjnym amerykańskiej grupy groovemetalowej Soulfly. Został wydany 15 sierpnia 2015 roku nakładem Nuclear Blast. Na początku 2015 roku, na oficjalnej stronie Soulfly na Facebooku została ogłoszona informacja o rozpoczęciu prac nad następcą niezbyt dobrze przyjętego Savages. Max Cavalera zapowiadał, że Archangel będzie jednym z najlepszych albumów w jego karierze. Fani żyli w przekonaniu, że krążek będzie opus magnum Soulfly.

Szczerze przyznam, gdy zobaczyłem okładkę do albumu Archangel, uznałem, że album może być świetny. Na grafice przedstawiony jest archanioł zabijający demona. Ma się to odnieść do biblijnej i mistycznej tematyki albumu, której obecność obiecał nam Max Cavalera. Po raz pierwszy od czasu Dark Ages jestem w pełni zachwycony grafiką. Z pewnością po czymś takim Archangel powinien uzyskać ode mnie parę punktów. Kapela świetnie zachęciła fanów do kupna albumu.

Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 7/10 (metalinjection.net)
- 9/10 (wallofsound.org)
- 7,5/10 (rocksins.com)


Lista utworów:

1. We Sold Our Souls To Metal
2. Archangel
3. Sodomites
4. Ishtar Rising
5. Live Life Hard!
6. Shamash
7. Bethlehem's Blood
8. Titans
9. Deceiver
10. Mother Of Dragons
11. You Suffer
12. Acosador Nocturno
13. Soulfly X

Archangel miało być opus magnum tej kapeli. Według zapowiedzi, fani powinni byli dostać coś równie dobrego jak Dark Ages: muzykę dopracowaną, stworzoną z pasją i sercem. Ostatecznie Archangel wypadło dla mnie zdecydowanie gorzej niż poprzednik, co w moim rankingu znaczy "najgorszy album Maxa Cavalery". Starałem się słuchać tego krążka cierpliwie, ostatecznie były momenty w których nie wyrabiałem, często chciałem przełączyć. Z tym albumem jest jak ze śledziem zamarynowanym w całości (wraz z głową, flakami i ośćmi): nie wszystko da się przełknąć. Połowy albumu nie da się słuchać, często przeszkadzała mi tutaj bezpłciowość i nuda wielu utworów na Archangel. Kolejną wadą psującą moje wrażenia ze słuchania krążka jest rozmieszczenie utworów, o tym jednak wypowiem się szerzej za chwilę. Znalazłem jednak w tym szambie parę plusów: single wypadają zdecydowanie lepiej niż w przypadku Savages, poza nimi usłyszałem również dwa inne kawałki wykonane na przyzwoitym poziomie. Inną, dużą zaletą w stosunku do Savages jest Zyon Cavalera na perkusji. Gdy wcześniej miałem wrażenie, że Zyon w ogóle nie ćwiczy swoich umiejętności (wręcz się cofa w rozwoju), tutaj zdałem sobie sprawę, że Zyon naprawdę chciał, aby Archangel było czymś więcej niż tylko kolejnym wykonanym na szybko krążkiem (w przeciwieństwie do swojego ojca). Przejdźmy jednak do śmietanki, czyli utworów. Jak mówiłem, kawałki na płycie są kiepsko rozmieszczone. Album rozpoczyna się od surowego, szybkiego uderzenia w postaci We Sold Our Souls To Metal. Niby jest to jeden z najlepszych numerów na Archangel, aczkolwiek po przesłuchaniu go na samym początku poczułem lekki niesmak. Zdecydowanie bardziej wolałbym dostać na samym początku coś lżejszego do słuchania, np. Archangel, a następnie Sodomites Ishtar Rising. Grupa bardzo dobrze zachęciłaby wtedy do przesłuchania albumu prezentując ciekawsze, bardziej tajemnicze utwory, zamiast od zera przechodzić do napierdalania. Po bardziej zrównoważonych numerach przyszedł czas na rozpierduchę w postaci Live Life Hard!. Utwór został całkiem nieźle skomponowany, jednak wokal Matta Younga z King Parrot pozostawia po sobie pewien niesmak. Następnie grupa spada z poziomu prezentując dwa nieco gorsze numery: Shamash i Bethlehem's Blood. Dopiero po tym mógłbym dostać naszą rozpierduchę w postaci We Sold Our Souls To Metal. Prawdziwa beznadziejność dopiero się zacznie. Słyszymy nudne jak flaki z olejem Titans, kiepskie Deceiver, oraz niesamowicie bezsensowne Mother Of Dragons. Po nim słyszymy najbardziej bezcelowy kawałek wykonany przez Soulfly: cover Napalm Death, You Suffer. Jako ostatnie utwory na płycie panowie prezentują: Acosador Nocturno będące Deceiver w języku portugalskim, oraz tradycyjne dla grupy Soulfly, tym razem o numerze X.

Co jest dla mnie dosyć dziwne, Cavalera sprawia wrażenie zainspirowanego. Teksty napisał całkiem znośne, nie są one tak popsute jak na Omenie i Savages; wreszcie nie przypominają one wierszy pisanych przez człowieka chorego na alzheimera. Przyjemnie się je czyta, są przemyślane, a także bardzo pomysłowe. Max zdecydowanie poszerzył swoje słownictwo - brak tu powtarzających się zwrotów, monotematyczności i nudy. Niekiedy zdarza się wokaliście wpadka w postaci czegoś bardziej bezsensownego, aczkolwiek w porównaniu do tego co było wcześniej teksty wypadają całkiem przyzwoicie. Wadą tutaj jest to, że nie dopasował ich poprawnie do kompozycji, co poniekąd psuje ich jakość. We Sold Our Souls To Metal jest o uprzedzeniach, z jakimi ścierają się fani metalu. Archangel jest o aniele, który postanowił walczyć z demonami napadającymi na królestwo niebieskie będącym na skraju upadku. Sodomites opowiada historię sodomitów, którzy postanowili walczyć przeciwko religii. W Ishtar Rising jest mowa o mezopotamskiej bogini wojny, Ishtar. W utworze została opisana jej porywczość i chęć posiadania władzy. W Live Life Hard! grupa zachęca fanów do stawiania czoła przeciwnościom z jakimi na co co dzień się spotykają. Shamash opowiada historię mezopotamskiego boga słońca. Bethlehem's Blood omawia historię przepowiedni spalenia Jerozolimy zapisanej w biblii. W Titans została opowiedziana historia wojny tytanów z mitologii starożytnej Grecji. Tekst do utworu Deceiver bardzo przypomina ten napisany do kawałka Father Of Hate z albumu Pandemonium. Wokalista krytykuje oszustów opowiadających kłamstwa na innych w celu osiągnięcia sukcesu. Jednym z tekstów sprawiających wrażenie pisanych przez Maxa na szybko jest ten do utworu Mother Of Dragons - kawałek został zainspirowany postacią Daenerys Targaryen, bohaterką książki George'a R.R. Martina o nazwie Gra o Tron. W utworze została opisana ceremonia spalenia na stosie Khala Drogo - wodza plemienia Dothraków. W tym czasie otrzymała trzy jaja, z których później wykluwają się smoki.

Podsumowując, Archangel jest jak na razie najgorszym albumem Soulfly. Czy naprawdę tak ma wyglądać materiał na dziesiąty (rzekomo najlepszy) album tej kapeli? Czy rzeczywiście to jest szczyt możliwości Maxa Cavalery? W porównaniu do Savages i Omen, jest to naprawdę mizerny album. Zaczynam wątpić w to, że Soulfly stworzy coś równie dobrego jak Dark Ages, czy chociażby Enslaved. Kompozycje są naprawdę kiepskie; albumu da się słuchać jedynie połowicznie. Na samym początku krążek nie wydawał się specjalnie spieprzony; słyszałem dobre single, oraz kilka innych utworów mających duży potencjał... gdy w moich głośnikach zabrzmiało Shamash, dobra passa Soulfly zaczęła się kończyć, przez co każdy następny numer zaczął frustrować. Archangel nieprzyjemnie się słuchało również ze względu na rozmieszczenie utworów; krążek zamiast rozpocząć się w sposób zachęcający i łagodny (bardziej typowy dla Soulfly), zaczyna się bez żadnego ostrzeżenia w postaci napierdalania, przez co album szybko traci swoją energię. W późniejszym czasie doprowadza to do jeszcze szybszego zanudzenia słuchacza. Dosyć zaskakującą zaletą są teksty napisane przez Maxa Cavalerę. Widać, że wokalista spędził nad nimi więcej czasu niż zwykle, czuć w nich inspirację i pomysłowość. Kolejnym sporym zaskoczeniem był niedoceniany przeze mnie bębniarz, Zyon Cavalera. W czasie gdy na Savages grał od niechcenia, tutaj włożył mnóstwo serca w to co robił (często miałem wrażenie, że bardziej się starał zaimponować fanom niż jego ojciec).

Zalety:
- Przyzwoite teksty jak na Maxa Cavalerę
- Przekaz
- Ciekawe single
- Poprawa umiejętności gry na perkusji Zyona Cavalery
- Świetna okładka

Wady:
- Słabe kompozycje
- Nuda i chaos (od szóstego utworu)
- Album nie zapada w pamięć
- Zmarnowany potencjał
- Rozmieszczenie utworów
- Beznadziejne bonusy


Okładka: 9,5/10
Teksty: 7/10
Kompozycje: 4/10

Ogólna ocena: 4,5/10

25 sierpnia 2015

Recenzja: Kreator - Pleasure to Kill (+ Flag of Hate)


Witam! Od pewnego czasu razem z Adim666 słuchamy dużo Kreatora. Poznając dyskografię tej grupy natknąłem się na ten o to album. Miałem w planach kilka innych recenzji, mianowicie Sodom, Cannibal Corpse i Fear Factory, chciałem także zrobić kilka remake'ów starszych, nieudanych wpisów, jednak po dokładnym przesłuchaniu tego albumu przyszedł mi do głowy spontaniczny pomysł, by najpierw się nim zająć. Przed wami Kreator - Pleasure to Kill wraz z EPką Flag of Hate.

Pleasure to Kill to drugi studyjny album Kreatora. Został wydany w kwietniu 1986 roku nakładem wytwórni Noise Records. Podobnie jak inny dobry thrashowy zespół z Niemiec - Sodom - Kreator na drugiej płycie zrezygnował z blackmetalowych elementów, stawiając na thrash. Pleasure To Kill jest uznany za klasyk tego gatunku, podobnie jak Master of Puppets Metalliki, Reign In Blood Slayera, czy też Peace Sells Megadeth. Jednak niekoniecznie muszę zgadzać się z opinią ogółu.

Okładka przedstawia demona walczącego z armią szkieletów. Dominuje "krwawa", czerwona kolorystyka, co znakomicie pasuje do tytułu. Pomysł na oprawę graficzną jest dobry, jednak do wykonania można się przyczepić - znaczna część okładki jest po prostu czarna, niczego tam nie ma, co trochę psuje efekt. W każdym razie grafika nie jest zła, widziałem o wiele gorsze, a ta całkiem zachęca do posłuchania płyty.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 10/10 - NightOfTheRealm
- 4/10 - Tymell
- 9/10 - Seducerofsouls85
- 8,5/10 - morbert

 

Lista utworów:

1. Choir of the Damned
2. Ripping Corpse
3. Death Is Your Saviour
4. Pleasure to Kill
5. Riot of Violence
6. The Pestilence
7. Carrion
8. Command of the Blade
9. Under the Guillotine
10. Flag of Hate
11. Take Their Lives
12. Awakening of the Gods

Muszę powiedzieć, że w pełni się zgadzam z opinią ogółu - Pleasure to Kill brzmi naprawdę bardzo dobrze, a to dopiero drugi album Kreatora! Jest to typowa thrashowa młócka, która miejscami brzmi nawet ostrzej niż wszystkim znane Reign In Blood. Pleasure to Kill sprawia wrażenie prymitywnej płyty, kompozycje brzmią niedojrzale i czasem trochę chaotycznie, jednak coś w tym jest, album naprawdę wciąga! Dawno żadna thrashmetalowa płyta mnie tak nie powaliła, ostatni raz prawdopodobnie takie wrażenie wywarł na mnie Slayer. Zostajemy przywitani przez spokojne intro Choir of the Damned, które wcale nie zwiastuje tego, co zaraz nastąpi. Zaraz po nim słyszymy bardzo dobre utwory Ripping Corpse oraz Death Is Your Saviour. Bardzo dobrze mi się tego słucha, Kreator gra naprawdę ostro. Uważam, że grupa poszła we właściwym kierunku, jest to zdecydowanie lepsze od zalatujących black metalem kompozycji, jakie mogliśmy usłyszeć na Endless Pain. W kolejnym świetnym utworze - Pleasure to Kill - wyraźne są inspiracje Slayerem (konkretnie utworem Chemical Warfare). Po chwili grupa zwalnia i prezentuje nam wcale nie gorszy od reszty Riot of Violence. Następne utwory, czyli The Pestilence oraz Carrion, to kolejne thrashowe petardy, których słucha się z przyjemnością. Na tej płycie nie ma miejsca na spokojne czy nudne kawałki! Dowodem tego jest Command of the Blade, w którym Kreator nie zwalnia nawet na chwilę. Under the Guillotine to kolejny przepełniony agresją utwór. Kończy on wersję podstawową albumu i słyszymy bonusowy kawałek Flag of Hate, utwór z EPki o tej samej nazwie (możemy także go znaleźć na pierwszej płycie Kreatora). Grupa nie spada z dobrego poziomu, wszystko nadal brzmi nieźle. W moich głośnikach leci Take Their Lives, wolniejszy utwór od pozostałych. Zaraz po nim przychodzi pora na dobry Awakening of the Gods, który mocnym akcentem kończy album.

Jeśli chodzi o teksty, to są brutalne tak samo jak kompozycje. Są dosyć monotematyczne, w każdym utworze jest mowa o zabijaniu, wojnie i masakrze, jednak nie przeszkadza mi to - warstwa liryczna idealnie pasuje do agresywnego stylu, jaki prezentuje album. Sprawia to, że teksty wypadają bardzo dobrze. Ripping Corpse i Pleasure to Kill dotyczą psychopatycznych morderców, zabijających każdego, kto znajdzie się w zasięgu ich wzroku. Death Is Your Saviour opowiada o okrutnym władcy, który niszczył życie poddanym, a Riot of Violence, The Pestilence i Carrion traktują o okropieństwach wojny. W kolejnych utworach teksty nie przestają być brutalne, Command of the Blade jest o nieumarłej kreaturze, której jedynym celem jest zabijać, a z kolei tematem Under the Guillotine jest egzekucja przy pomocy gilotyny (jak wskazuje sam tytuł). Utwory bonusowe pod względem lirycznym nie odbiegają zbytnio od poprzednich. Flag of Hate to następny tekst o morderstwach, masakrze. Take Their Lives opowiada historię człowieka, który w pewnym momencie swojego życia doznał przemiany - stał się bezlitosnym mordercą. Ostatni utwór, Awakening of the Gods, już jest mniej brutalny od poprzednich, jest to typowy metalowy kawałek skierowany przeciwko religii. 

Podsumowując, Pleasure to Kill to bardzo dobry album, który godny jest nazwania klasykiem thrash metalu. Płyta wprost kipi agresją, nie ma tu miejsca na spokojne utwory. Kompozycje brzmią nieco prymitywnie i niedojrzale w porównaniu do następnych wydawnictw Kreatora, lecz uważam, że to nie jest wielka wada, album naprawdę wciąga. W końcu Reign In Blood Slayera, prawdziwy klasyk thrashu, też nie brzmi tak dojrzale jak następne albumy tej grupy. Agresywnych kompozycji, których jest pełno na Pleasure to Kill, dopełniają brutalne teksty, które mimo to, iż są nieco monotematyczne, idealnie współgrają z muzyką Kreatora. Polecam!

Zalety:
- bardzo dobre kompozycje
- niepowstrzymana agresja
- teksty idealnie współgrające z muzyką
- brak nudy

Wady:
- album brzmi trochę prymitywnie i niedojrzale

Najlepsze utwory: Ripping Corpse, Death Is Your Saviour, Pleasure to Kill, The Pestilence, Carrion

Okładka: 7/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 8,5/10

Ocena ogólna: 9/10

21 sierpnia 2015

Recenzja: Acid Drinkers - Broken Head


Witam w kolejnej recenzji. Od jakiegoś czasu planowałem zrecenzować jeden z ostatnio wydanych albumów. Ponieważ w internecie trudno mi było znaleźć teksty, przekładam nieco termin recenzji. Ponieważ jest ona prawie skończona, wypuszczę ją niedługo po napisaniu następnej konfrontacji. Dzisiaj z kolei zajmę się kolejną, od dawna planowaną przeze mnie pozycją. Ponieważ ostatnio powoli zacząłem wracać do słuchania tej kapeli, nadszedł czas aby wreszcie coś zrecenzować. Przed wami: Acid Drinkers - Broken Head.

Broken Head jest dziewiątym albumem studyjnym polskiej grupy thrashmetalowej Acid Drinkers. Został wydany 2 października 2000 roku nakładem Metal Mind Productions. Dwa lata po odejściu Litzy, Acid Drinkers próbuje pozostać sobą; po wydaniu Amazing Atomic Activity, przyszedł czas na kolejną falę eksperymentów ze strony panów. W założeniu, Broken Head miało przypominać Infernal Connection i High Proof Cosmic Milk (z naciskiem na to drugie). W porównaniu do poprzednich płyt, Broken Head miało być zdecydowanie bardziej nowoczesne. Niedługo potem owe dzieło zostało przysłonięte przez lepsze krążki wydane w późniejszych latach.

Okładkę do Broken Head stworzył gitarzysta grupy, Przemysław Perła Wejmann. Przedstawiona jest na niej  twarz Buddy Siakjamuni, twórcy buddyzmu. Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia co Perła ćpał chcąc zamieścić na okładce Buddę. Jeszcze zrozumiałbym, gdyby Broken Head było albumem koncepcyjnym na temat ludzkiego zaślepienia przez obłudę. W rzeczywistości nigdy nie widziałem, żeby Acid Drinkers zabierało się za jakiś album koncepcyjny; poza tym, grafika kompletnie nie pasuje do tytułu. To tak jakby nazwać album "marchewka", a na okładce przedstawić ponurego żniwiarza trzymającego głowę swojej ofiary. Pomysł na grafikę jest wyjątkowo beznadziejny.

Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 8/10 (rockmetal.pl, sporysz)
- 9,5/10 (brutalland.pl, Yathrin)
- 8/10 (metalcenter.pl, Nick Fury)
- 7/10 (magazyngitarzysta.pl, Maciej Betliński)




Lista utworów:

1. Superstitious Motherfucker
2. Dog Rock
3. El Pecado
4. Calista
5. Don't Go To Where I Sleep
6. Rubber Hammer And A Broken Head
7. There's So Much Hatred In The Air
8. The Wildest Planet In Space
9. Youth
10. Red And Grey

Jest to drugi krążek na którym nie występuje Litza; ostatecznie bez niego Acid Drinkers radzi sobie całkiem przyzwoicie. Wydając album Amazing Atomic Activity, kapela próbuje udowodnić fanom, że jest w dobrej formie. Niestety, Broken Head jest gorszym albumem od poprzednika. Po pierwsze, szwankuje pomysłowość: niegdyś dostawaliśmy takie tytuły jak Cops Broke My Beer, czy chociażby Human Bazooka, teraz dostajemy takie nie wiadomo co jak El Pecado lub Calista. O tym, że panowie mają problem z pomysłowością świadczy też wcześniej omówiona przeze mnie okładka. Po drugie, album jest zdecydowanie za cichy. Nie znaczy to jednak jeszcze, że został skopany po całości. Dużego plusa dostaje ode mnie kapela za zagwarantowanie nam ciężkiego brzmienia w stylu Infernal Connection, oraz klimatu i groove al'a High Proof Cosmic Milk. Spodobała mi się też ta dziwna powaga muzyki Acid Drinkers, nie jest to typowe dla tej grupy. Na początku dostajemy dwa świetne, thrashowe numery (Superstitious Motherfucker i Dog Rock) zagrane w typowy, energiczny sposób dla Acid Drinkers. El Pecado w porównaniu do poprzednich numerów jest zdecydowanie wolniejsze, jednak jak na razie nie jest źle. Pod czwórką dostajemy niegłupi, rasowy kawałek Calista. Nuty do jakich gra Ślimak przypominają trochę  Territory Sepultury z albumu Chaos A.D.. Pod numerem szóstym Acid Drinkers po raz kolejny inspiruje się Sepulturą (słyszymy utwór przypominający lekko Amen), Don't Go To Where I Sleep. Numer jest dosyć spokojny, aczkolwiek słucha się go całkiem przyjemnie. Następnym utworem powinienem być zachwycony ze względu na rozpierdol tam panującą. Leci szybkie Rubber Hammer And A Broken Head przypominające trochę Track Time: 66,6 sec. z albumu Infernal Connection. Ostatecznie jest to numer bezsensowny i bardzo chaotyczny, jeden z gorszych na albumie. W dalszej części album prezentuje się jakby lepiej: słyszymy utwór przyciągający przyjemnym klimatem w stylu High Proof Cosmic Milk, There's So Much Hatred In The Air. Dalej panowie po raz kolejny serwują nam nieco szybszy kawałek, The Wildest Planet In Space. W dalszej części będzie trochę bardziej rasowo: słyszymy całkiem niezły, rasowy kawałek  w stylu Acidofilii, Youth. Pod koniec, Acid Drinkers kończy się popisywać. W moich głośnikach leci gorszy numer od pozostałych, Red And Grey.

Styl pisania tekstów panów z Acid Drinkers chyba nigdy się nie zmieni. Jest on dosyć łatwo rozpoznawalny: często ma w sobie głębszy sens, nawet pomimo tego, że zazwyczaj w utworach można znaleźć dość nietypowe wersy, czasem nawet niedopasowane do reszty (np. "I don't wash my dick on weekends"). Dla Acid Drinkers normą jest również stosowanie przysłowia w utworach. Pomimo tego, raczej nie ma powodów do narzekań, jest to bardzo typowy styl pisania chłopaków z Poznania i uważam, że wypada dobrze. W Superstitious Motherfucker wypowiada się do przesady przesądny mężczyzna. W utworze opisuje on swoje życiowe przygody. Dog Rock jest numerem o parze tańczącej "psiego rocka". Tekst utworu El Pecado jest dosyć trudny; nie do końca wiadomo o co chodzi, prawdopodobnie jest to utwór o walce ze swoimi wewnętrznymi słabościami. Calista jest humorystycznym kawałkiem o miłości; podmiot liryczny wyznaje w nietypowy sposób miłość do swojej ukochanej. Don't Go To Where I Sleep jest o osobie, która jest zirytowana nagłymi pobudkami. Mówi ona do adresata, aby dała mu spokój w czasie, gdy śpi. W Rubber Hammer And A Broken Head wypowiada się osoba przyłapana na pewnym złym uczynku. Wyraża ona skruchę, przy okazji opowiada ona o bólu jaki czuje. W There's So Much Hatred In The Air grupa krytykuje ludzką mentalność przepełnioną nienawiścią. Chłopaki z Acid Drinkers uważają, że życie z tego powodu jest nieprzyjemne, wręcz ciężkie. The Wildest Planet In Space jest o planecie, której jedyną domeną jest prowadzenie wojen. Często powód wybuchu konfliktu jest bardzo błahy. W Youth grupa krytykuje współczesną młodzież za to, że często stawia swoim rodzicom trudne do spełnienia wysokie wymagania. W Red And Grey wypowiada się nieszczęśliwy człowiek chcący odłączyć się od niedającej mu żyć drugiej osoby.

Podsumowując, Broken Head jest całkiem dobry albumem. Początkowo uważałem ten krążek za niedopracowany, za coś znacznie gorszego od wcześniej wydanego Amazing Atomic Activity, czy chociażby High Proof Cosmic Milk. Ostatecznie warto było się w ten album zagłębić. Kapela napisała całkiem porządne kompozycje w stylu High Proof Cosmic Milk oraz Infernal Connection. Spodobało mi się to, jak ten album jest ciężki i klimatyczny, pod tym względem panowie odwalili kawał dobrej roboty. Czasem może szwankowała pomysłowość (kiepska okładka, tytuły niektórych utworów, czasem też teksty), aczkolwiek nie jest to jakaś wielka ujma na honorze chłopaków. Teksty dla Acid Drinkers były bardzo typowe, standardowo nie były wyrafinowane, chociaż niosły za sobą ważne przesłania.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Teksty i ich przekaz
- Ciężar Infernal Connection
- Klimat High Proof Cosmic Milk

Wady:
- Kiepska okładka
- Słabe pomysły na tytuł utworów
- Album jest zbyt cichy

Okładka: 2/10
Teksty: 7/10
Kompozycje: 7,5/10

Ogólna ocena: 7,25/10

20 sierpnia 2015

Relacja (1): Soulfly - 19.07.2015, Proxima, Warszawa

Witam, tu MrCommando1995. Pewien czas temu miałem przyjemność być na koncercie dosyć bliskiej mi grupy, której słucham już kilka lat - Soulfly. Od razu pojawił się pomysł, by zacząć pisać relacje z tego typu imprez. Podzieliłem się nim z kolegą z bloga i wspólnie uznaliśmy, że warto zabrać się za stworzenie takiej serii. Zapraszam do przeczytania pierwszej relacji z koncertu.


Soulfly zagrało 19 lipca 2015 w warszawskim klubie Proxima. Przed gwiazdą wieczoru publiczność rozgrzały polskie zespoły Minetaur i None. Po ponad godzinnym opóźnieniu, fani ekipy Maxa Cavalery zostali wpuszczeni do klubu. Jako pierwszy wystąpił Minetaur, jedna z nowszych polskich grup (powstał w 2012 roku i na razie wydał dwa minialbumy). Gdy słuchałem kilku utworów tego zespołu przed koncertem, niezbyt mi się spodobały, jednak na żywo zabrzmiało to o wiele lepiej. Muzyka Minetaura to mieszanka groove metalu i hardcore'u ze szczyptą death metalu - dosyć ciekawe połączenie. Ludzie dość dobrze ich przyjęli, chociaż niektórym zespół nie przypadł do gustu i wygwizdali muzyków. Następnym supportem była metalcore'owa grupa None z Bydgoszczy, która już dawniej miała okazję występować przed Soulfly. Zespół zrobił na mnie o wiele lepsze wrażenie niż Minetaur, zagrali kilka naprawdę ciekawych kawałków (między innymi Black Star z albumu o tej samej nazwie).

 

W końcu przyszła kolei na gwiazdę wieczoru. Po krótkim intrze, Soulfly zaczęło z grubej rury - szybkim utworem Frontlines. Następnie przyszła kolej na Fire. Przed koncertem obawiałem się, że syn Maxa Cavalery, Zyon, który obecnie jest perkusistą Soulfly, skopie jakość utworów, ponieważ na pierwszej płycie tego zespołu, którą zagrał w całości, wypadł beznadziejnie. Na szczęście myliłem się. Następne utwory, czyli Downstroy, Seek 'n' Strike, Prophecy i Blood Fire War Hate, rozkręciły imprezę na dobre. Nie zabrakło oczywiście starych klasyków Sepultury, z czasów, gdy Max był jeszcze w zespole - Refuse/Resist, Arise, Dead Embryonic Cells i Roots Bloody Roots. Szkoda jednak, że Arise i Dead Embryonic Cells nie zostały zagrane w całości. Następnie usłyszeliśmy thrashowe Carved Inside oraz jeden z nowszych utworów - Bloodshed. Max Cavalera i jego ekipa zaprezentowali także utwór z nowego albumu Archangel, czyli We Sold Our Souls To Metal, brzmiący na żywo o wiele lepiej niż w wersji studyjnej. Frontman Soulfly obiecywał także, że zagrają więcej kawałków z nadchodzącej płyty (Sodomites i Archangel), lecz niestety tak się nie stało, gdyż zamiast tego usłyszeliśmy Tribe, No Hope = No Fear, No - utwory z debiutanckiego albumu tego zespołu. Bardzo ciekawym momentem było, gdy fani zaczęli razem z Maxem śpiewać "Ole, ole, ole! Soulfly! Soulfly!" w rytm hymnu mistrzostw piłki nożnej. Jest to jeden ze stałych elementów koncertów tego zespołu już od pewnego czasu. Max w ten sposób także utwierdza swoją więź z ojczyzną, z Brazylią. Płyty Primitive również nie zabrakło, na bis grupa wykonała Back To The Primitive oraz Jumpdafuckup w połączeniu z Eye For An Eye z pierwszego albumu. Na koniec koncertu Max zagrał kilka dobrze znanych nam riffów - mianowicie z Creeping Death i Master of Puppets Metalliki.

Koncert był naprawdę bardzo udany. Max Cavalera miał świetny kontakt z publicznością. Po kilku utworach nawet ci, którzy przez większość czasu stali w miejscu, zaczęli się bawić. Grupa pokazała na co ją stać. Widać, że Max się już starzeje, nie jest tak energiczny jak kiedyś i nie skacze po scenie, lecz atmosfera mimo to była niesamowita. Na setliście znalazły się bardzo dobre utwory, jedne z lepszych Soulfly. Jedynie zabrakło mi albumów Conquer i Enslaved. Z pierwszego z wymienionych zespół zagrał tylko Blood Fire War Hate, a szkoda, chętnie usłyszałbym jeszcze np. Doom lub Fall of the Sycophants. Z kolei z płyty Enslaved nie zagrali kompletnie nic, a mogliby - w końcu to świetny album. Tak czy inaczej, koncert był udany i warto było na niego pójść.

14 sierpnia 2015

Konfrontacja: Fear Factory - Genexus vs Machine Head - Bloodstone & Diamonds


Witam, tu MrCommando1995. W konfrontacji albumów South of Heaven Slayera i Peace Sells Megadeth mój kolega z bloga, Adi666, zaznaczył, iż nie ma na razie zbyt dużo czasu na pisanie recenzji, dlatego będą pojawiały się rzadziej. Na szczęście na tym blogu jestem także ja, a że aktualnie mam kiedy pisać i weny mi nie brakuje, postaram się, aby nie było nudno. Zapraszam do przeczytania konfrontacji albumów Fear Factory - Genexus oraz Machine Head - Bloodstone & Diamonds. Zespoły te grały zwykle w dosyć podobnym stylu, w podobnym czasie miały swoje wzloty i upadki [w małym odstępie czasu wydano The Industrialist (Fear Factory) i Unto The Locust (Machine Head), które brzmiały dosyć przeciętnie]. Albumy, które dziś recenzuję, również powstały w podobnym okresie. Czy Fear Factory i Machine Head tym razem zrobiły coś sensownego, czy też będzie to kolejny bubel? Porównam, która z tych grup stoi obecnie na wyższym poziomie.

Fear Factory - Genexus


Genexus jest dziewiątym i najnowszym albumem Fear Factory. Został wydany 7 sierpnia 2015 roku nakładem wytwórni Nuclear Blast Records. Jest to pierwszy studyjny album grupy, na którym zagrał perkusista Mike Heller. Ostatni krążek autorstwa Fear Factory - The Industrialist - został wydany w 2012 roku i trochę mnie rozczarował. Nie dorastał do poziomu pozostałych albumów (z wyjątkiem Transgression). Kompozycje były nieco nijakie, automat perkusyjny nie był najlepszym rozwiązaniem, polubiłem tylko cztery utwory. Mogło się wydawać, że zespół dalej podąży taką ścieżką, jednak najnowsza płyta Fear Factory brzmi zupełnie inaczej. Ośmielę się nawet stwierdzić, iż jest to najlepszy album tej grupy w historii. 

Jeśli chodzi o okładkę, bardziej się kojarzy ze starymi oprawami graficznymi albumów Fear Factory (mam na myśli te sprzed 2004 roku). Tym razem zrezygnowano z pomysłu przedstawienia loga zespołu w ciekawy, intrygujący sposób, tak jak to robiono na wszystkich płytach po Archetype. Oczywiście nie znaczy to, że efekt jest zły - oprawa graficzna Genexus zrobiła na mnie dobre wrażenie, podobnie jak te z Digimortal, Obsolete, Demanufacture czy Soul of A New Machine.  Przedstawia ona robota, co jest typowe dla tego zespołu, jeżeli spojrzeć na ich teksty (dla niewtajemniczonych: w tekstach tej grupy dominuje motyw maszyn panujących nad światem, coś jak w Terminatorze). Świetnie wprowadza w futurystyczny klimat, który, jak wielu z was zapewne wie, jest najważniejszą rzeczą w muzyce Fear Factory. Oprawa graficzna cieszy oko, aczkolwiek mogłaby być nieco lepsza, bogatsza.

Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 9/10 - Metal Archives
- 8,5/10 - Metal Injection
- 8/10 - Blabbermouth
- 11/10 - The Metal Review


Lista utworów:

1. Autonomous Combat System
2. Anodized
3. Dielectric
4. Soul Hacker
5. Protomech
6. Genexus
7. Church of Execution
8. Regenerate
9. Battle For Utopia
10. Expiration Date
11. Mandatory Sacrifice (Genexus Remix)
12. Enhanced Reality
13. Maximum Voltage Capacitor (Dielectric Remix)

Mogło się wydawać, że Fear Factory się wypaliło i wyda kolejną przeciętną płytę, taką jak The Industrialist, jednak Genexus pozytywnie mnie zaskoczył. Odniosłem wrażenie, że ten album zawiera charakterystyczne elementy dla pozostałych wydawnictw zespołu (z naciskiem na Mechanize i Digimortal). Wszystko to brzmi jak typowe Fear Factory, ale czuć świeżość i to jest duża zaleta. Pierwszy utwór, Autonomous Combat System, dzięki świetnemu intro i ostrej kompozycji, bardzo dobrze wprowadza nas w nowe dzieło Fabryki Strachu. Nowy perkusista - Mike Heller - idealnie spełnia moje oczekiwania. Następny utwór, Anodized, wyróżnia się niezłą ciężką kompozycją, w której nie brakuje oczywiście charakterystycznych dla zespołu elementów muzyki elektronicznej. Zaraz po nim przychodzi pora na Dielectric, Soul Hacker i Protomech. Były to single promujące Genexus. Zostały perfekcyjnie dobrane, prezentują nam całą istotę albumu. Utwór tytułowy, czyli Genexus, to najcięższa i najmroczniejsza kompozycja na płycie, w której nie brakuje różnych zjawiskowych riffów. Słucha się tego z przyjemnością. Jak dotąd jestem zaskoczony, że zespół nie popełnia żadnych błędów i kompozycje brzmią idealnie. W tym przekonaniu utwierdzają mnie Church of Execution oraz dwa utwory przypominające album Archetype, czyli żywo brzmiący Regenerate i Battle For Utopia z nastrojowym refrenem. Ostatnim utworem z wersji podstawowej jest Expiration Date, spokojny dziewięciominutowy kawałek idealny na sam koniec. Cokolwiek zarzucić mogę tylko utworom bonusowym, gdyż jak to na Fear Factory przystało, te zawsze są słabe. Mandatory Sacrifice i Maximum Voltage Capacitor to beznadziejne remiksy, w których nie ma absolutnie nic ciekawego. Z kolei Enhanced Reality to spokojny utwór, który niestety nie dorasta do poziomu Expiration Date. Jednak nigdy nie wliczam bonusów do oceny ogólnej albumu. Najważniejsze jest to, że wszystkie utwory w wersji podstawowej zostały wykonane bezbłędnie.

Jeśli chodzi o teksty, niczym mnie nie zaskoczyły. Dominuje tematyka typowa dla Fear Factory, czyli "człowiek przeciw maszynie". Nie znaczy to oczywiście, że trzeba je z miejsca skreślać. Ten zespół za każdym razem, gdy podchodzi do tego zagadnienia, robi to inaczej. Niektóre teksty skłaniają nawet do refleksji. Autonomous Combat System, Anodized, Genexus i Battle For Utopia mówią o maszynach, "które potrafią myśleć i czuć", starających się wywalczyć sobie prawo bytu na naszej planecie. Jedyną rzeczą, która im to zagwarantuje, jest zagłada ludzi. Church of Execution opisuje zgubny wpływ Kościoła i religii na życie ludzi - taka chwila oddechu po tekstach opowiadających o buncie maszyn. W Protomech opisani zostali człowiek i robot, którzy stają się jednością. Utwór Regenerate wydaje się być bezpośrednim nawiązaniem do Terminatora - w pewnej części tego filmu jednym z bohaterów był robot, który potrafił w kilka sekund naprawić wszystkie uszkodzenia, jakich doznał, zatem był niemal niezniszczalny. Tekst zdaje się mówić właśnie o tym. Ciekawym lirycznie utworem jest Expiration Date. Wspominałem o tym, iż niektóre teksty skłaniają do refleksji. Dobrym przykładem potwierdzającym to jest ten utwór. Rozważony został w nim sens życia i śmierci oraz padło stwierdzenie że "nic nie trwa wiecznie i nikt nie żyje wiecznie". Niestety nie może być idealnie i niestety Burton C. Bell napisał też dwa bezsensowne teksty, w których właściwie o nic nie chodzi. Są to Dielectric i Soul Hacker. Są tak idiotyczne, że Max Cavalera w swoim Soulfly by się tego nie powstydził. Pełno tutaj wzajemnie nie powiązanych wersów. Kwintesencja bezsensu i głupoty. Dielectric zdaje się mówić o kimś, kto stawia opór systemowi, a Soul Hacker to jakieś pieprzenie o kontroli, zagładzie ludzi i tak dalej. Przynajmniej wydaje się, że o to w tych tekstach chodzi. Złe wrażenie po tych utworach zaciera Enhanced Reality, który został dobrze napisany. Namawia do tego by żyć tym, co jest dziś, nie patrzeć na przeszłość i być odważnym.

Podsumowując, Genexus to świetny album. To sukces Fear Factory na miarę Demanufacture czy Archetype, a pod pewnymi względami nowa płyta jest nawet lepsza od dwóch wyżej wymienionych. Choćby tradycyjne outro na Genexus, jakim jest Expiration Date, bije na głowę wszystkie podobne utwory z pozostałych krążków Fabryki Strachu (nawet A Therapy For Pain). Bardzo dobrze dobrane single, które pokazują myśl przewodnią albumu. Kompozycje po prostu są genialne, wszystko brzmi jak typowe Fear Factory, ale na każdym kroku czuć świeżość. Oprócz utworów z wersji bonusowej nie mam się czego czepiać. Jest to coś, przy czym można się zatrzymać na dłużej. Teksty również wypadają całkiem nieźle, mimo kilku niedociągnięć, o których wspominałem. Nie mogę się doczekać, gdy Fear Factory pojawi się w okolicach i usłyszę to na żywo!

Zalety:
- świetne kompozycje
- bardzo dobrze dobrane single
- świeżość
- okładka wprowadzająca nas w futurystyczny nastrój właściwy Fear Factory
- w wersji podstawowej nie ma żadnego złego utworu

Wady:
- niektóre teksty są beznadziejne
- utwory bonusowe

Najlepsze utwory: Autonomous Combat System, Anodized, Dielectric, Regenerate, Battle For Utopia

Okładka: 8/10
Teksty: 6,5/10
Kompozycje: 10/10

Ocena ogólna: 10/10

Machine Head - Bloodstone & Diamonds 

 
 
Przejdźmy do omówienia konkurenta dla albumu Fear Factory, czyli do Bloodstone & Diamonds autorstwa Machine Head. Został wydany 10 listopada 2014 roku nakładem Nuclear Blast Records. Trzeba zauważyć, że Machine Head znajdowało się w podobnej sytuacji co Fear Factory - ich poprzedni album - Unto The Locust - nie został dobrze przyjęty, podobnie jak to było w przypadku The Industrialist wyżej wspomnianej grupy. Bloodstone & Diamonds to pierwszy studyjny album Machine Head, w tworzeniu którego wziął udział nowy basista grupy Jared MacEachern. Płytę promował wydany 19 kwietnia 2014 minialbum Killers & Kings. 

Styl, jaki widzimy na okładce, przypomina wykonanie oprawy graficznej albumu The Blackening z 2007 roku. Można na niej dostrzec węże, lwy, chimery, ludzkie sylwetki. W zasadzie trudno stwierdzić, co ona przedstawia, mimo to, robi dobre wrażenie - taki to urok surrealizmu. Wszystkiego dopełnia świetna kolorystyka, która dodaje płycie aury tajemniczości. Zachęca do zapoznania się z albumem.

 Wybrane oceny z różnych serwisów:
- 9/10 - Blabbermouth
- 4/10 - Metal Archives
- 8,5/10 - Ultimate Guitar
- 7/10 - Metacritic


Lista utworów:

1. Now We Die
2. Killers & Kings
3. Ghosts Will Haunt My Bones
4. Night of Long Knives
5. Sail into the Black
6. Eyes of the Dead
7. Beneath the Silt
8. In Comes the Flood
9. Damage Inside
10. Game Over
11. Imaginal Cells
12. Take Me Through the Fire

Z początku album brzmi bardzo dobrze; przypomina The Blackening. Niektóre utwory są naprawdę warte posłuchania, można się przy nich zatrzymać na dłużej. Dobrym przykładem takiego kawałka jest Now We Die ze świetnym refrenem. Następny - Killers & Kings - brzmi już nieco gorzej, ale i tak wypada nieźle. Zaraz po tym utworze słyszymy Ghosts Will Haunt My Bones. Jest to zdecydowanie mój faworyt na tej płycie. Jeszcze jakiś czas temu potrafiłem tego słuchać na okrągło, świetny nastrój panujący przez cały czas trwania utworu robi swoje. Night of Long Knives to kolejny bardzo dobry kawałek. Wszystko brzmi świetnie. Wydaje się, że Machine Head podobnie jak Fear Factory nagrało coś o wiele lepszego od poprzednika, jednak za chwilę po wysłuchaniu Night of Long Knives te pozytywne odczucia wyparowały. Nikt nie mógłby się spodziewać, że to będzie ostatni dobry kawałek na tej płycie. Niestety Sail into the Black nie dorasta do poziomu poprzednich utworów. Nie wiem czy to miała być ballada, czy co, ale w każdym razie wyszedł w utwór, w którym kompletnie nic się nie dzieje, bezsensownie zajmujący osiem minut na płycie. W Eyes of the Dead sprawy mają się już lepiej, ale to nadal nie jest to Machine Head, które chciałbym usłyszeć! Zaczyna to przypominać Unto the Locust, za którym nie przepadam. Chcę grania w stylu The More Things Change, The Blackening czy Through The Ashes of Empires. Następny utwór, czyli Beneath the Slit, brzmi nieco ciekawiej, ale i tak zbytnio nie przyciąga. Czekam na coś sensownego i chyba nareszcie się doczekałem; In Comes the Flood brzmi całkiem jak Through The Ashes of Empires. Utwór nie jest może świetny, ale wypada dobrze na tle tego mdłego albumu. Zacząłem mieć nadzieję, że może chociaż końcówka albumu dorówna pierwszym utworom, ale niestety się pomyliłem. Damage Inside to gwóźdź do trumny Machine Head, mdła ballada w której nie ma po prostu nic! Chciałem posłuchać metalu, a nie jakiegoś marnego pogrywania. Game Over to następny nudny utwór, którego jedynym dobrym elementem jest refren. Album kończą średnie utwory Imaginal Cells i Take Me Through the Fire. Słuchając ich, mam wrażenie, że zespół powiela po prostu swoje pomysły z wcześniejszej części albumu i nie ma w tym już nic odkrywczego.

Jeśli chodzi o teksty, to pod tym względem Machine Head się postarało. Większość tekstów brzmi dość dojrzale, są różnorodne. Co najwyżej kilka utworów zostało gorzej napisanych. Now We Die opowiada o tym, jak ludzie doprowadzają swoimi działaniami świat do zagłady, jest to jeden z lepszych tekstów. Z kolei w Killers & Kings i Ghosts Will Haunt My Bones średnio wiadomo o co chodzi. Albo to jest po prostu beznadziejne, albo ja jestem zbyt głupi, aby zrozumieć sens ukryty pod metaforami, ale w to drugie wątpię. W tych utworach nie brakuje wzajemnie niepowiązanych wersów i słów. Night of Long Knives zostało napisane lepiej od poprzedników, opowiada o jednym ze słynniejszych morderstw w USA w Hollywood. W przypadku beznadziejnego Sail into the Black przynajmniej tekst jest dobry. Według podmiotu lirycznego za wszystko co czynimy za życia, będziemy osądzeni po śmierci. Skłania do refleksji. Eyes of the Dead jest liryczną kontynuacją poprzedniego utworu. Sens i przesłanie jest identyczne. W Beneath the Silt ukazane zostały ostatnie myśli człowieka, który wie, że zaraz utonie. In Comes the Flood jest krytyką powszechnego na świecie zjawiska - konsumpcjonizmu, w Damage Inside podmiotem lirycznym jest osoba cierpiąca na depresję, a Game Over jest listem pewnego człowieka do przyjaciela, który go zdradziecko opuścił. Możliwe, że Robb Flynn inspirował się swoimi doświadczeniami, pisząc ten tekst. Ostatni tekst na płycie, Take Me Through the Fire, jest krytyką świata, w którym żyjemy i kłamstw, z jakimi się codziennie spotykamy.

Podsumowując, Bloodstone & Diamonds to słaby album. Pierwsze cztery utwory naprawdę wciągają i gdy słuchamy tego pierwszy raz, może się wydawać że ta płyta to dzieło na miarę Through The Ashes of Empires. Jednak takie odczucia szybko znikają, gdy zapoznamy się z pozostałymi utworami. Albumowi zdecydowanie brakuje ostrości, jaką jest czuć na starszych albumach Machine Head. Bloodstone & Diamonds nie jest tak metalowe jak Burn My Eyes, tak energiczne jak Supercharger, czy tak świetnie skomponowane jak The Blackening. Widać, że chłopakom z Machine Head skończyły się pomysły. Wiele utworów sprawia wrażenie zrobionych "na odwal", widać, że grupa w niektórych miejscach próbuje nieudolnie powielać cztery pierwsze utwory. Ogólnie mówiąc, rozczarowałem się.

Zalety:
- pierwsze cztery utwory
- dobre teksty
- ciekawa okładka, zachęcająca do posłuchania płyty

Wady:
- większość utworów jest mdła
- brak ostrości znanej ze starszych albumów Machine Head
- nieudolne próby powielania czterech pierwszych utworów w późniejszej części albumu


Najlepsze utwory: Now We Die, Killers & Kings, Ghosts Will Haunt My Bones, Night of Long Knives

Okładka: 8/10
Teksty: 8/10
Kompozycje: 3/10

Ocena ogólna: 4/10

Fear Factory zwycięża w dzisiejszej konfrontacji. W odróżnieniu od Machine Head, tej grupie udało się pozytywnie zaskoczyć po średnim The Industrialist. Utwory z Genexus zostały bardzo dobrze wykonane, natomiast Bloodstone & Diamonds było mdłe - na dwanaście utworów tylko cztery brzmiały nieźle. Pozostaje nam mieć nadzieję, że kolejny album Machine Head dorówna starszym wydawnictwom tego zespołu.

13 sierpnia 2015

Konfrontacja: Slayer - South Of Heaven vs Megadeth - Peace Sells... But Who's Buying?


Witam w kolejnej konfrontacji. W tym momencie spełniam życzenie kolejnego czytelnika, którego propozycja bardzo mi się spodobała. Niestety, ze względu brak czasu oraz problemy ze zdrowiem, wpisy będą pojawiały się rzadziej. Mam jednak nadzieję, że w miarę szybko uda mi się z tego wyjść. W dzisiejszym zestawieniu porównam albumy dwóch kapel thrashmetalowych należących do wielkiej czwórki: Slayera i Megadeth. Przed wami: Slayer - South Of Heaven vs Megadeth - Peace Sells... But Who's Buying?.


Slayer - South Of Heaven


South Of Heaven jest czwartym albumem studyjnym amerykańskiej grupy thrashmetalowej Slayer. Został wydany 5 lipca 1988 nakładem Def Jam Recordings. Mijają dwa lata od wydania Reign In Blood. Pokrzepieni sukcesem panowie postanawiają wydać kolejny, nieco bardziej eksperymentalny album: Tom rezygnuje ze swoich ostrych krzyków na rzecz czystszego wokalu, gitary zostają zestrojone na niższe tony, tempo zwalnia... początkowo fani są niezadowoleni ze zmiany Slayera, ostatecznie krążek uzyskuje szereg nagród. Płyta uzyskała status złotej w 1992 roku, obecnie South Of Heaven jest wielkim klasykiem muzyki thrashmetalowej.

Po raz kolejny twórcą okładki do albumu Slayera jest Larry Carroll. W porównaniu do grafiki albumu Reign In Blood jest znacznie wyraźniejsza, zawiera przy tym więcej szczegółów. W centrum widzimy ogromną czaszkę wynurzającą się z morza krwi, obok zaś znajdują się dwie katedry, w tym jedna z odwróconymi krzyżami na szczycie. Przez czaszkę przechodzi złoty krzyż z ukrzyżowanym Jezusem, wokół niej znajduje się mnóstwo piekielnych stworzeń. Widać, że Larry Carroll postarał się bardziej niż wcześniej, jego grafika nie dość, że jest pomysłowa, to jeszcze przyjemnie się na nią patrzy ze względu na jakość.


Wybrane oceny z Metal Archives:

- 10/10 - droneriot
- 10/10 - McTague97
- 8,5/10 - LordThurisaz
- 7,5/10 - morbert


Lista utworów:

1. South Of Heaven
2. Silent Scream
3. Live Undead
4. Behind The Crooked Cross
5. Mandatory Suicide
6. Ghosts Of War
7. Read Between The Lies
8. Cleanse The Soul
9. Dissent Aggressor
10. Spill The Blood

Obok Divine Intervention i Reign In Blood, South Of Heaven jest moim ulubionym dokonaniem Slayera. Kapela zdecydowanie więcej serca włożyła w ten album niż we wszystkie swoje poprzednie krążki. Tworząc South Of Heaven, Slayer chyba postanowił dostosować się do pozostałych kapel spośród wielkiej czwórki; muzyka nie jest już wyłącznie brutalnym napierdalaniem, panowie podeszli do sprawy bardziej technicznie. Gdy Jeff i Kerry zestrajają gitary na niższe tony, Tom prawie całkowicie rezygnuje ze swojego agresywnego stylu wokalu. Poniekąd z tego powodu South Of Heaven po raz pierwszy podzieliło fanów Slayera. Jedni uważali, że kapela zrobiła krok w tył podczas tworzenia albumu lżejszego od Reign In Blood, pozostali uznali to dzieło za majstersztyk uznając Reign In Blood za przereklamowane. Ostatecznie w moim mniemaniu czwarty krążek napierdalaczy z Kalifornii jest nieco gorszy od poprzednika, aczkolwiek forma chłopaków nadal cieszy. Od razu na początku Slayer pokazuje swoje nowe oblicze: słyszymy ponury, powolny numer tytułowy, South Of Heaven. Po niedługim czasie Slayer przyspiesza dając szybszy utwór Silent Scream. Dalsze w kolejności jest nieco wolniejsze Live Undead. Dalsza część płyty to nieco szybsze numery, moim zdaniem od tej pory Slayer prezentuje najlepsze kawałki z płyty: Behind The Crooked Cross, Mandatory Suicide, Ghosts Of War oraz Read Between The Lies. Pod ósemką kryje się utwór, który równie dobrze można byłoby umieścić na Reign In Blood (tzn. wyróżnia się w porównaniu do pozostałych utworów agresją), Cleanse The Soul. Dziewiątka jest kiepskim coverem grupy Judas Priest, Dissent Aggressor. Dycha jest zakończeniem w stylu utworu South Of Heaven, Spill The Blood.

Forma Slayera w latach 80-tych była bardzo dobra, toteż panowie tworzyli naprawdę dobre teksty. Jeff Hanneman i Kerry King po raz kolejny udowodnili fanom, że pomysły na nie rzadko kiedy im się kończą. Tym razem do tej paczki dołącza również Tom Araya. Większość utworów na płycie dotyczy ludzkiego cierpienia związanego z wojną (Mandatory Suicide, Dissent Aggressor, Behind The Crooked Cross). Ghosts Of War jest o miejscach, na których w dawnych czasach toczyły się konflikty zbrojne. W ten sposób Slayer chce przekazać, iż dawne linie frontu przechowują wspomnienia związane z wojną. Silent Scream jest o nienarodzonym dziecku, na którym wykonano aborcję. W Live Undead wypowiada się torturowana osoba, która z powodu nieznośnego bólu życzy sobie jak najszybszej śmierci. South Of Heaven jest na temat cywilizacji, która wraz z podstępem czasu staje się coraz bardziej grzeszna. W Read Between The Lies jest mowa o religii, która w dzisiejszych czasach bardzo często służy do wyłudzania pieniędzy. Cleanse The Soul jest o satanistycznym rytuale, w czasie którego jeden z członków sekty zostaje poświęcony i złożony w ofierze. Spill The Blood jest o podpisaniu paktu z diabłem własną krwią w zamian za nieśmiertelność.

Podsumowując, South Of Heaven to kolejny, bardzo dobry krążek ze stajni Slayera. Zmiana stylu gry może sprawiła, że album nie był tak spektakularny jak Reign In Blood, aczkolwiek panowie z Kalifornii pokazują, że mają dobre pomysły nie tylko na muzykę, ale i na teksty. Albumu słucha się z przyjemnością: trudno było mi się doszukać jakiejkolwiek wady; pomimo krytyki, album jest dojrzalszym dziełem od Reign In Blood. Jak najbardziej polecam ten album.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Teksty i ich przekaz
- Okładka
- Przyciągający klimat
- Dojrzałe brzmienie
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Kiepski cover grupy Judas Priest, Dissent Aggressor

Okładka: 10/10
Teksty: 9,75/10
Kompozycje: 9,75/10

Ogólna ocena: 9,75/10


Megadeth - Peace Sells... But Who's Buying?


Peace Sells... But Who's Buying? (zwany również Peace Sells) jest drugim albumem studyjnym amerykańskiej grupy thrashmetalowej Megadeth. Został wydany 19 września 1986 roku nakładem Capitol Records. Kilka miesięcy po wydaniu debiutu, Megadeth zapowiada wydanie drugiego albumu studyjnego. Według zapowiedzi, Peace Sells... But Who's Buying? miało być szybsze i cięższe od swojego poprzednika. Gdy nastał dzień premiery albumu, Megadeth po raz kolejny zebrało pozytywne opinie w sprawie swojego dzieła. Kapela wyruszyła w trasę koncertową jako support dla Motorhead. W 1987 roku, po odbyciu trasy koncertowej z kapeli zostają zwolnieni Chris Poland i Gar Samuelson z powodu uzależnienia od narkotyków.

Okładka została stworzona przez Eda Repkę. Przedstawiony jest na niej Vic Rattlehead na tle zniszczonej siedziby ONZ. Maskotka Megadeth opiera się o znak z napisem "na sprzedaż". Kolorystyka grafiki jest dosyć uboga, w większości dominują różne odcienie pomarańczy i fioletu. Okładka jest całkiem przyjemna dla oka, wydaje mi się jednak, że jest to jedna ze słabszych grafik Eda Repki; większe wrażenie zrobiły na mnie grafiki do Scream Bloody Gore, oraz Rust In Peace.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 8,75/10 - Nightcrawler
- 9,75/10 - DawnoftheShred
- 10/10 - MegaHassan
- 9,5/10 - McTague87
- 9,5/10 - Metal_Thrasher90


Lista utworów:

1. Wake Up Dead
2. The Conjuring
3. Peace Sells
4. Devils Island
5. Good Mourning / Black Friday
6. Bad Omen
7. I Ain't Superstitious
8. My Last Words

Peace Sells... But Who's Buying? nie był dla mnie wielkim zaskoczeniem. Thrashu słucham dosyć dużo, tak więc wiele rozwiązań wydało mi się znajomych; muzyka napisana przez panów z Megadeth wielokrotnie kojarzyła mi się z Ride The Lightning Metalliki zmieszanym z Bonded By Blood Exodusa, The Legacy Testamentu i Among The Living Anthraxa. Nie znaczy to jednak, że Peace Sells należy skreślić. Jest to bardzo dobry krążek, zdecydowanie lepszy od poprzednika. Słychać, że Dave Mustaine musiał długo pracować nad swoim warsztatem, aby móc stworzyć tak dobry album. Pomimo poprawy w stosunku do poprzednika, Megadeth nadal wydaje się nie być w 100% oryginalne; kilka rozwiązań Mustaine zapożyczył od Metalliki. Ostatecznie jednak słychać, że wiele kapel nowofalowych (w tym Havok) inspirowało się Megadethem (w tym Peace Sells), tak więc słychać, że jest to kultowy krążek. Grupa od samego początku zaczyna przyciągać do siebie: pierwsze trzy utwory (Wake Up Dead, The Conjuring i Peace Sells) zdecydowanie nakręcają słuchacza do przesłuchania albumu do końca. Od czwórki Megadeth rozpoczyna rozpierduchę: słyszymy szybkie, aczkolwiek zrównoważone Devils Island, dwuczęściowy utwór składający się z ballady i ciężkiej jazdy Good Mourning / Black Friday, a także Bad Omen. Następny w kolejności numer został zainspirowany najprawdopodobniej dokonaniami grupy AC/DC: I Ain't Superstitious. Pod koniec Peace Sells, w głośnikach leci My Last Words, kolejny szybszy numer ze stajni Megadeth.

Teksty Megadeth zostały bardzo dobrze napisane. Dave Mustaine przekazywał wiadomości zawarte w muzyce w sposób poprawny, bez żadnego niezrozumiałego bełkotu. Na początku wydawało mi się, że teksty Megadeth będą dotyczyły w większości kwestii politycznych, ostatecznie natknąłem się na wielką różnorodność. Wake Up Dead jest o mężczyźnie, który wraca z randki z kochanką. W domu czeka na niego niezrównoważona żona, która myśli, że jej mąż był na popijawie z kolegami. The Conjuring jest o osobie, która podpisuje pakt z diabłem w celu uzyskania nadludzkiej siły. W Peace Sells Mustaine opowiada o wiecznym konflikcie ludzkości o błahostki, który sprawia, że pokój na świecie nigdy nie nastąpi. Devils Island jest o mężczyźnie, który zostaje skazany na śmierć. Obawia się on tego, co czeka go po śmierci. W Good Mourning / Black Friday wypowiada się seryjny zabójca polujący na swoje ofiary dla trofeów. Bad Omen jest utworem o tematyce satanistycznej. Jest tutaj mowa o ludziach uprawiających czarną mszę; omówiony został ich tryb życia oraz ulubione rytuały. Dla odmiany, I Ain't Superstitious jest numerem o pozytywnym przekazie. Dave Mustaine radzi słuchaczom, aby ci nie wierzyli w przesądy. My Last Words jest o grze w rosyjską ruletkę. Mustaine opowiada słuchaczom o tym, co sprawia, że ta zabójcza gra stała się legendarna.

Podsumowując, Peace Sells... But Who's Buying jest bardzo dobrym krążkiem, nawet pomimo tego, że Megadeth niezbyt się wyróżniało w porównaniu do pozostałych kapel thrashmetalowych z tego okresu. Jest to jednak godny konkurent nie tylko dla Slayera, ale i dla pozostałych kalifornijskich grup thrashmetalowych. Kompozycje zostały bardzo dobrze napisane, Dave Mustaine i spółka włożyli mnóstwo serca w stworzenie albumu. W przypadku tekstów, dominuje tutaj różnorodność. Panowie dobrze wiedzieli, jak mają przekazać swoją wiadomość fanom.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobrze napisane teksty
- Przyjemne dla ucha riffy i solówki
- Rasowy thrash
- Różnorodność
- Energia
- Album zapada w pamięć

Wady:

- Brak elementu zaskoczenia

Okładka: 7,25/10

Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 9,25/10

Ogólna ocena: 9,5/10


Konfrontację wygrywa album: South Of Heaven. Oba albumy zostały wykonane na podobnym poziomie, aczkolwiek to Slayer zwycięża tworząc swój album lepiej niż kapela Mustaine'a.

Obserwuj nas!