Wyszukaj

31 stycznia 2016

Recenzja: Motorhead - Orgasmatron


Witam w kolejnej recenzji. Jak widzicie, wśród oczekujących wpisów niewiele jest pomysłów na standardowe recenzje. W takich momentach jak ten zwykle czytam wasze propozycje, aby poczuć natchnienie. No i znalazłem, jak w mordę strzelił. Ktoś z was polecał mi ostatnio Motorhead'a. Mam nadzieję że mi wybaczycie nieznajomość tego zespołu. Z nazwy i dwóch utworów znam zespół, a jednak nie miałem okazji zagłębić się jakoś w twórczość rock'n roll'owej potęgi. Do tego w świetny sposób zainspirował mnie do stworzenia paru heavymetalowych recenzji dokument Metal: A Headbanger's Journey. Jeżeli w tym momencie powiedziałem prawdę, to przez parę tygodni będę serwował wam albumy heavymetalowe. Przed wami: Motorhead - Orgasmatron.

Orgasmatron jest ósmym albumem studyjnym brytyjskiej formacji heavymetalowej Motorhead. Został wydany 9 sierpnia 1986 roku nakładem wytwórni muzycznej GWR. Po wydaniu Another Perfect Day, Lemmy Kilmister zmienia skład zespołu. Na raz wylatują gitarzysta Brian Robertson i perkusista Phil Taylor. Na ich miejsce zostają zatrudnieni wioślarz Phil Campbell i Pete Gill, do nich dołącza jeszcze drugi gitarzysta Michael Burston. W tym składzie nagrywają Orgasmatron, które obecnie zaliczane jest do najważniejszych wydawnictw Motorhead'u.

Na okładce przedstawiony jest pociąg z przodem w kształcie maskotki grupy, Snaggletooth'a. "Wcielił się" on w pędzący pociąg. Maszyna wygląda na niebezpieczną, z pewnością pędzi niepowstrzymana z ogromną prędkością. Może to być zobrazowanie sytuacji jaka panuje w muzyce Motorhead'u na tej płycie: ma być niebezpiecznie, szybko i niepohamowanie, muzyka ma wszystkich rozpierdalać swoją zajebistością i mocą. Ogólnie mówiąc, spodobała mi się oprawa graficzna. Poza tym, okładka płyty prezentuje się elegancko, mogłaby zdobić nawet koszulkę kierowcy Rolls Royce'a.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 9,5/10 - Iron Wizard
- 9/10 - autothrall
- 7/10 - Metal_Thrasher90
- 9,25/10 - Acrobat
- 10/10 - Warpig


Lista utworów:

1. Deaf Forever
2. Nothing Up To Sleeve
3. Ain't My Crime
4. Claw
5. Mean Machine
6. Bulit For Speed
7. Ridin' With The Driver
8. Doctor Rock
9. Orgasmatron

Płyta zapowiada się całkiem przyzwoicie. Choć nie jest to mój ulubiony styl gry, muszę chłopaków z Lemmym na czele docenić. Gdyby nie ta kapela, wiele moich ulubionych zespołów dzisiaj by nie grało. Utwory łatwo wpadają w ucho, większość z nich pewnie przy drugim lub trzecim przesłuchaniu dałoby się zaśpiewać. Jest przy czym się pobawić i pomachać głową, tak muzyka Brytyjczyków emanuje energią. Jednocześnie jest to dojrzałe, męskie granie z przypierdem, coś zupełnie innego od muzyki słuchanej przeze mnie codziennie. Z wrażenia włączyłem płytę nawet po tworzeniu recenzji. Pomimo, że grupa pochodzi z Wielkiej Brytanii, album ma klimat typowo amerykański, aż chciałoby się zasiąść za kółkiem ogromnego ciągnika siodłowego w celu zawiezienia czegoś z Phoenix do Las Vegas. Nie narzekam, słychać że Lemmy to doświadczony kompozytor. Słychać również, że Orgasmatron starało się dorównywać trendom; poniekąd słychać inspirację AC/DC, Motorhead stara się jednak być sobą. Największym problemem Orgasmatrona jest najprawdopodobniej jakość nagrań. Gitary brzmią dość głucho, bas jest dość słabo słyszalny. Na samym początku Motorhead prezentuje się średniawo. Na liście mam utwór o tytule Deaf Forever. Dwójka wcale nie poprawia sytuacji Nothing Up To Sleeve. Dopiero przy trójce Motorhead zaczął na mnie robić pozytywne wrażenie; w głośnikach leci świetny utwór o tytule Ain't My Crime. To samo tyczy się numeru czwartego o tytule Claw. Słychać, na czym inspirowali się chłopaki z Sodomu tworząc Persecution Mania. Utwór Mean Machine skojarzył mi się trochę z naszym rodzimym KATem z czasów 666 i Venomem. Jest to kolejna, przyzwoita pozycja z Orgasmatronu. Motorhead zwalnia nieco trochę wraz z numerem szóstym, o dziwo prezentując jedne z najlepszych utworów na płycie. Najpierw dostajemy Bulit For Speed; jest to przyzwoity numer w motorowych klimatach, możliwe że jest to najlepsza pozycja na tej liście. Trochę to dziwne, że kawałek mający w nazwie "speed" jest wolniejszy niż wcześniejsze pozycje na liście. Ridin' With The Driver tak samo jak poprzednik daje kopa, jest to jednak nieco szybszy utwór od poprzedniego. Po raz kolejny utwór skojarzył mi się z Sodomem. W dalszej kolejności Motorhead już tak bardzo mi nie przypadł do gustu; w głośnikach leci utwór rodem z klubu ze striptizem o tytule Doctor Rock. Przez chwilę można poczuć tą barową atmosferę, do takiego numeru można wypić piwo lub dwa. Na końcu znajduje się numer tytułowy: Orgasmatron. Do niedawna był to jeden z nielicznych utworów Motorhead'u jakie znałem. Jest to dość spokojny kawałek z przyzwoitym riffem. Początkowo to to chciałem dać jako faworyt, do czasu usłyszenia Bulit For Speed.

Teksty na płycie spodobały mi się. Zostały dobrze napisane, są w dodatku dość proste do zrozumienia. Większość utworów jest na temat miłości, a także jazdy na motorze. Deaf Forever poświęcone jest ludziom, którzy zginęli na wojnach. Podmiot liryczny wspomina, iż wobec śmierci wszyscy są równi, nieważne po czyjej stronie byli. W Nothing Up To Sleeve, podmiot liryczny kieruje swoje słowa do kobiety. Porównuje on flirt z nią do magii. W Ain't My Crime wypowiada się mężczyzna zawiedziony wiernością swojej wybranki. Zrywa z nią, gdyż ta wciąż go okłamuje. Claw wydaje się być kontynuacją poprzedniego numeru. Tym razem podmiotem lirycznym jest kochanek pewnej kobiety. Zachęca ją do seksu, chciałby aby ta nie myślała o swoim mężu. W utworze Mean Machine jest mowa o samolocie, który przeleciał nam miastem w celu bombardowania. Podmiotem lirycznym jest pilot wyżej wspomnianej maszyny, jest zadowolony ze swojego wyczynu. W Bulit For Speed osoba mówiąca chwali się, że urodziła się po to, aby grać rock'n roll'a. Twierdzi ona, iż nie potrafi żyć bez koncertowania po świecie. Utwór Ridin' With The Driver opowiada historię kierowcy lubującego się w szybkiej jeździe. Ludzie bali się z nim przebywać, gdyż przejażdżka jako pasażer jego auta zazwyczaj była niebezpieczna. W Doctor Rock zawarta została metafora. Tytułowy "lekarz" jest tak naprawdę butelką alkoholu, lub narkotykiem. Podmiot liryczny proponuje ludziom przychodzącym do klubu "konsultację" z "lekarzem", dzięki któremu rozluźnią się i poczują lepiej. Orgasmatron jest krytyką fanatyzmu religijnego.

Podsumowując, Orgasmatron to bardzo dobra płyta. Do pierwszego kontaktu z jakimkolwiek wydawnictwem Motorhead'u kiedyś musiało dojść, i nie zawiodłem się. Choć na początku płyta wchodziła z lekkim oporem, później chłopaki z Wielkiej Brytanii mnie urzekli. Amerykański klimat, rasowe riffy i dojrzałe brzmienie z pewnością robią wrażenie. Lemmy udowadnia, że w tamtym okresie był w formie. Największą wadą albumu była jakość nagrań niezbyt satysfakcjonująca (w każdym razie dla mnie). Wiem jednak, że Orgasmatron nie jest najmocniejszą pozycją Motorhead'u, przy następnej okazji powinienem chyba zrecenzować coś nieco starszego. Jak najbardziej polecam Orgasmatrona, w szczególności dla udowodnienia, że Motorhead nie gra tylko dla metalowców. Z pewnością uradują się punki, ale i dojrzali słuchacze.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Przebojowość
- Energia
- Klimat
- Świetne połączenie punka i metalu
- Dojrzałe brzmienie
- Bardzo dobre riffy
- Muzyka zapada w pamięć

Wady:
- Pierwsze dwa utwory
- Jakość nagrań

Okładka: 9/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 9,5/10

Ogólna ocena: 9,25/10

25 stycznia 2016

Konfrontacja: Deicide - Serpents Of The Light vs Cannibal Corpse - Vile


Witam w kolejnej konfrontacji. Początkowo chciałem wam napsuć krwi tworząc recenzję dwóch płyt numetalowych; później jednak zdałem sobie sprawę, że Limp Bizkit i Korn to strata czasu, zbyt ostry szajs na tego bloga. Nie żebym hejtował te zespoły, ale tak naprawdę daleko temu do prawdziwego metalu, chciałem się za to zabrać ze względu na swój sentyment. Myślę, że nie powinienem jednak robić tego ani sobie, ani wam. W zamian za obawy na oczekiwanie na recenzję numetalową, przygotowałem dla was dwa uznane klasyki death metalu. Przed wami: Deicide - Serpents Of The Light vs Cannibal Corpse - Vile.


Deicide - Serpents Of The Light


Serpents Of The Light jest czwartym albumem studyjnym amerykańskiej grupy deathmetalowej Deicide. Został wydany 20 października 1997 roku nakładem Roadrunner Records. Album ukazał się dwa lata po znanym z kontrowersyjnej okładki Once Upon The Cross. Wielu krytyków uznało czwarte wydawnictwo Deicide za najważniejszy kamień milowy w ich twórczości. Płyta sprzedała się w Stanach Zjednoczonych w ilości 53 tysiące egzemplarzy w ciągu pierwszego roku. Serpents Of The Light obecnie należy do klasyki death metalu.

Okładka została stworzona przez mało znanego artystę, Nizina R. Lopeza. Pracował on również z Morbid Angel i Thrash Or Die. Grafika jest dosyć dziwna; przedstawia ona zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa w grocie wyglądającego bardziej jak zombie. Na przeciwko jego widzimy dłonie złożone do modlitwy i księgę, z której wychodzą różne potworności (konkretnie to ciernie, dłoń i światło). Nad martwym Jezusem tworzy się aureola pod wpływem światła świecącego z książki. Grafika jest jedną z tych, które przed polubieniem trzeba dokładnie obejrzeć. Deicide za jej sprawą śle fanom przekaz, według artysty Jezus nie mógł powstać z grobu, gdyż jest to niemożliwe. W rzeczywistości Jezus był nieumarłym, będącym kimś bliżej zombie. Księga widoczna na okładce jest najprawdopodobniej biblią, która nadaje Jezusowi status świętego; wszystkie potworności z niej wypływające ukazuje jej potworność. Początkowo grafika wydawała mi się prymitywna ze względu na widocznego Jezusa dziwnej pozie i te dłonie złożone do modlitwy. Dopiero teraz jednak widzę, że artysta natrudził się przy tworzeniu tej grafiki. Jako suplement dodam, iż fajnie by było, gdyby Deicide mianowało Jezusa Chrystusa jako swoją maskotkę :)

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 7,75/10 - StainedClass95
- 9/10 - Necroticism89
- 9,5/10 - Noktorn
- 8,5/10 - MethylinInfo
- 9,75/10 - ad



Lista utworów:

1. Serpents Of The Light
2. Bastard Of Christ
3. Blame It On God
4. This Is Hell We're In
5. I Am No One
6. Slave To The Cross
7. Creatures Of Habit
8. Believe The Lie
9. The Truth Above
10. Father Baker's

Serpents Of The Light zdecydowanie przypadło mi do gustu. Zwykle traktowałem tą kapelę z dystansem z powodu debiutu, który w większości był wpierdolem bez serca. Tym razem chłopaki dobrze wiedzą co robią, ich muzyka brzmi naprawdę przyzwoicie i rasowo. Ostre riffy i solówki podnoszą adrenalinę, wokal Glena Bentona brzmi znakomicie. Ponury klimat nie został tak dopracowany jak na debiucie, nie jest jednak źle. W zamian dostajemy sporą różnorodność numerów, każdego słucha się z mniejszą, bądź większą radością. Od początku Deicide daje nam porządny wpierdol; chłopaki prezentują nam naprawdę zajebisty numer tytułowy, Serpents Of The Light; nie zdziwiłbym się, gdyby to był jeden z najlepszych kawałków w karierze Deicide. Utwór idealnie nadaje się do pomachania głową, jest poza tym świetnym popisem gitarowym braci Hoffman. Dwójka wypada nieco gorzej od poprzednika, można jednak porządnie się pobawić przy takim graniu jak na Bastard Of Christ. Trójka (Blame It On God) jest kolejnym pokazem umiejętności braci - wioślarzy, tak samo jak przy Serpents Of The Light, od tego riffu może włos się zajeżyć na plecach. Kolejnym przyzwoitym numerem na naszej liście jest This Is Hell We're In. Tak samo jak poprzednie numery, jest to pokaz klasy i profesjonalizmu. Po jakimś czasie mamy lekki spadek z formy - riffy nie są już tak dobre jak wcześniej, tempo nieco zwolniło. W głośnikach leci I Am No One; mam jednak nadzieję, że właśnie słucham najgorszego numeru z Serpents Of The Light. Całe szczęście, przy Slave To The Cross chłopaki wracają na właściwy tor - może i nie ślą nam lawiny blast beat'ów, można jednak nacieszyć się przyzwoitymi riffami. Następne w kolejności jest niezłe Creatures Of Habit. Moje obawy się potwierdzają jednak przy ósemce - Believe The Lie jest kolejnym przeciętniakiem. The Truth Above skojarzyło mi się trochę z graniem Morbid Angel, a jednak nie jest tak dobrze jak myślałem. Całe szczęście, końcówka albumu jest rekompensatą ostatnich cierpień - dostajemy zajebisty utwór do pomachania głową, Father Baker's.

Warstwa liryczna albumu wypada całkiem nieźle. Teksty zostały dobrze napisane, nie miałem zastrzeżeń. Przekaz jest typowy dla Deicide - antyreligia, obraza boga i Jezusa Chrystusa, głoszenie że biblia to kłamstwo... do wyboru do koloru. Nie spodziewałem się jednak w tym pozytywnego przekazu; czasem Deicide powie nam jak księża robią nas w chuja, czasem też chłopaki odwołają się do historii aby móc pokazać nam jak za pomocą wypraw krzyżowych szerzono chrześcijaństwo. W Serpents Of The Light, podmiot liryczny namawia słuchacza do ateizmu, by móc być wolnym od kłamstw szerzonych przez biblię. Wymienia on zalety odrzucenia boga i wady przyjmowania jego nauk. Utwory Bastard Of ChristI Am No One i Believe The Lie są ostrą krytyką chrześcijaństwa. Podmiot liryczny życzy śmierci wszystkim osobom głoszącym słowo boże, nazywa ich naiwniakami i kretynami wierzącymi we wszystko, co jest napisane w biblii. Blame It On God w porównaniu do poprzedniego numeru niesie bardziej pozytywny przekaz. Podmiot liryczny krytykuje boga za surowość i niesprawiedliwość. Jego zdaniem bóg jest źródłem wszelkiego zła na świecie, gdyż to on karze ludzkość za błędy, których dopuścił się sam bóg w przeszłości. W This Is Hell We're In podmiotem lirycznym jest człowiek mający depresję. Przygotowuje się on do popełnienia samobójstwa, ma on jednocześnie nadzieję, że jego męki nie potrwają długo. Slave To The Cross również niesie za sobą pozytywny przekaz. Przedstawiona jest tutaj historia wypraw krzyżowych, które opierały się na brutalnym szerzeniu wiary chrześcijańskiej. Podmiot liryczny ostro krytykuje inkwizycję, według niego jej działania były niesprawiedliwe i nie do przyjęcia. W Creatures Of Habit, Glen Benton rzuca się na księży. Podmiot liryczny krytykuje ich za wyłudzanie pieniędzy dla własnych celów (nie na kościół). The Truth Above opowiada o nieuchronnej przyszłości, gdy religia zacznie zanikać. Podmiot liryczny jest zadowolony z tego, że coraz więcej ludzi neguje chrześcijaństwo. Father Baker's opowiada historię pewnego sierocińca, w którym zakonnice biły dzieci, by nauczyć ich szacunku do chrześcijaństwa. Podmiot liryczny współczuje dzieciom, które muszą wierzyć w coś, w co nie chcą.

Podsumowując, Serpents Of The Light mocno mnie zaskoczyło. Naprawdę nie spodziewałem się aż tak dobrego albumu po Deicide - chłopaki odwalili kawał porządnej roboty. Album jest dopięty niemal na ostatni guzik, kompozycje robią pozytywne wrażenie - bracia Hoffmanowie na gitarach grają porządne riffy i solówki dające się zapamiętać. Glen Benton jest w świetnej formie wokalnej i twórczej, teksty napisane przez niego niosą za sobą czasem pozytywny, czasem negatywny (choć uzasadniony) przekaz. Jak najbardziej polecam Serpents Of The Light, z pewnością spodoba się fanom death metalu.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobrze napisane teksty
- Świetne riffy
- Ponury klimat
- Brutalność
- Wokal Glena Bentona
- Okładka
- Różnorodność
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Niektóre utwory były niedopracowane

Okładka: 9,75/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 9,5/10

Ogólna ocena: 9,5/10


Cannibal Corpse - Vile


Vile jest piątym albumem studyjnym amerykańskiej grupy brutal deathmetalowej Cannibal Corpse. Został wydany 21 maja 1996 roku nakładem Metal Blade Records. Historia tej płyty rozpoczyna się od 1995 roku. Na ten rok Cannibal Corpse planuje wydać swój piąty krążek, utwory zostały napisane, część płyty nagrano. Zaplanowano nawet nazwę: Created To Kill. Okładka nie ujrzała jeszcze światła dziennego, choć została skończona. Wydawało się, że chłopaki z Buffalo wydadzą swoją płytę w tym roku, a jednak coś się popsuło. Gdy wyszło na jaw, że Chris chce pójść w stronę lżejszego grania (zwłaszcza w stronę groove metalu), został wyrzucony z zespołu. Z tego powodu przyszłość chłopaków z Buffalo wisiała na włosku, a jednak zdecydowano się przyjąć nowego gardłowego. Został nim George Fisher, były lider formacji Monstrosity; chłopaki przerobili gotowe utwory i rozpoczęli sesję nagraniową ze świeżym nabytkiem. Płyta została nazwana Vile; wielu fanów Cannibal Corpse nie doceniło jej, możliwe że słusznie.

Okładka została stworzona przez Vincenta Locke'a. Przedstawiony jest na niej przepołowiony, zgniły trup po wykonanej sekcji. Z dolnej części jego ciała wychodzą larwy. Pewien szczegół musiał przyciągnąć uwagę fanów Cannibal Corpse, chodzi mi mianowicie o zmienione logo zespołu (a nie o widocznego kutasa, wy wstrętne zboczuchy). Patrząc na nie z pewnością nie jedna osoba pomyślała, że deathmetalowcy zrobili tym krok w tył, niegdyś zajebiste, zgrabne logo przypominające rany szarpane zostało zastąpione niezgrabnym czymś. Tym sposobem chłopaki chcieli odciąć się od byłego lidera grupy, Chrisa Barnes'a, będącego twórcą dawnego napisu. Co do samej grafiki, nie jest ona zła, prezentuje się jednak gorzej od poprzednich. Postać widoczna na niej wygląda tak, jakby ożyła w trakcie sekcji zwłok; przerażeni lekarze przywiązali ją pewnie do filarów jaskini drutem kolczastym, aby nigdy się z niej nie wydostała. Poza powyższą wersją okładki, powstały jeszcze dwie inne. Jedna to wersja ocenzurowana, druga fanowska. Na grafice z cenzurą przedstawiona jest sama twarz tego samego trupa. Nie widać jednak na niej elementów gore (zniszczonych szwów i pękniętej czaszki). Ogólnie mówiąc, Vincent Locke poszedł z tym na łatwiznę, Tomb Of The Mutilated i The Bleeding miały zajebiste okładki z cenzurą, ta stworzona do Vile jest po prostu lipna. Wersja fanowska niewiele się różni od oryginalnej; zostały zmienione kolory i pozycja napisów. Wersja stworzona przez fana prezentuje się najlepiej ze wszystkich trzech.


Wybrane oceny z Metal Archives:

- 5/10 - SweetLeaf95
- 9/10 - psychosisholocausto
- 5/10 - hells_unicorn
- 5/10 - Noktorn
- 10/10 - MorbidAtheist666


Lista utworów:

1. Devoured By Vermin
2. Mummified In Barbed Wire
3. Perverse Suffering
4. Disfigured
5. Bloodlands
6. Puncture Wound Massacre
7. Relentless Beating
8. Absolute Hatred
9. Eaten From Inside
10. Orgasm Through Torture
11. Monolith
12. The Undead Will Feast

Vile na początku zapowiadało się na totalne gówno. Wiecie o czym mówię; lipne logo, okładka inna od pozostałych (+ kiepska wersja ocenzurowana) i nowy wokalista. Gdy włączyłem album po raz pierwszy, wydał mi się średni. Dopiero po czasie polubiłem Vile, obecnie uważam to za jedno z najlepszych dzieł wykonanych z Georgem Fisherem. Jak dla mnie, piąty album Cannibal Corpse przebija każde następne wydawnictwo grupy, w każdym razie do czasu wydania Kill. Jest agresywnie i brutalnie, choć mało przebojowo jak na Kanibali z nowym krzykaczem. Z pewnością dobrą robotę robi tutaj duet Jacka Owena i Roba Barretta. Cieszcie uszy, gdyż na tym wydawnictwie usłyszymy ich po raz ostatni; chłopaki uzupełniają się niczym bracia Hoffman na Deicide, grają potężne, przyjemne dla ucha riffy. Ich granie przypomina mi trochę rozpierduchę na The Bleeding, choć nie jest tak ciężko i klimatycznie. Późniejsze wydawnictwa w duecie Owen - O' Brien nie są już tak dobre, o tym jednak opowiem później. Panowie prezentują spory poziom umiejętności. Nowy gardłowy również świetnie się spisał, pokazał on starym fanom, że może być świetnym następcą Barnes'a. Nie mówię tego na wyrost (wiecie, że nie przepadam za zmianami wokalistów), Fisher naprawdę dobrze daje sobie radę. Czasem chciałoby się usłyszeć Barnes'a w Cannibal Corpse, aczkolwiek nie powinniśmy narzekać - pan z szeroką szyją jest zajebisty na swoim miejscu. Już na początku Kanibale dają porządny wpierdol: Devoured By Vermin. Ten początkowy krzyk w jego wykonaniu brzmiał niczym przywitanie. Dwójka choć nieco wolniejsza od poprzednika, również nieźle kopie po dupie: Mummified In Barbed Wire; utwór niewiele się różni od wersji zagranej z Barnes'em. Moim osobistym faworytem na Vile jest numer Perverse Suffering. Jest brutalnie, agresywnie, gitarzyści grają porządne riffy. Następny utwór na liście jest mniej lubianym kawałkiem przeze mnie, nie jest jednak zły. W głośnikach da się usłyszeć Disfigured (roboczo nazwane Unburied Horror). Niedługo potem, Cannibal Corpse znacząco zwalnia tempo. W głośnikach leci ociężałe Bloodlands. Po niedługim czasie, dla odmiany dostajemy słabszy numer: Puncture Wound Massacre. Na Created To Kill utwór wcale nie brzmi lepiej. Po tym niezbyt dobrym przedstawieniu, dostajemy świetny instrumental: Relentless Beating. Absolute Hatred jest kolejnym średniakiem, w przeciwieństwie do Puncture Wound Massacre, utwór rozkręca się w pewnym momencie, prezentując przyzwoity poziom. Od tej pory album ponownie zaczyna się rozkręcać, prezentując przyzwoity poziom do samego końca. Pod numerem dziewiątym znajduje się agresywne i wpadające w ucho Eaten From Inside (roboczo nazwane Gallery Of The Obscene). Numer idealnie nadaje się do pomachania głową. Następne w kolejności jest Orgasm Through Torture (roboczo nazwane Created To Kill), jest to kolejny przyzwoity utwór na liście. Oryginalną wersję albumu kończy ciężkie Monolith, w którym użyczył swojego głosu Glen Benton z Deicide. Ostatni numer został nagrany w trakcie sesji nagraniowej Vile, oryginalnie znalazł się na Eaten Back To Life. Jest to remake utworu The Undead Will Feast.

Teksty na albumie są bardzo dobre, nie miałem się do czego czepiać. Cannibal Corpse nawet w nowym składzie wywiązuje się ze swojego obowiązku idealnie. Nie tylko zostały dobrze napisane, przekaz również robi pozytywne wrażenie. Ich twór pobudza wyobraźnie, parę razy czytając je można było poczuć się niekomfortowo. Chłopaki w sposób ohydny i obrzydliwy opisują nam śmierć z dowolnego powodu; czy to z ręki seryjnego zabójcy, czy chociażby robali. Można wymieniać bez przerwy. Utwór Devoured By Vermin odnosi się do okładki albumu. Wypowiada się tu człowiek jedzony przez robaki, opowiada nam jak okropne jest to uczucie. Mummified In Barbed Wire zostało opowiedziane z perspektywy zabójcy duszącego drutem kolczastym swoją ofiarę. W sposób dość obrzydliwy zostało opisane nam, jaką radość daje mu odebranie komuś życia. W Perverse Suffering i Orgasm Through Torture wypowiada się masochista, fantazjujący o okaleczaniu się w trakcie stosunku. W utworze zostały opisane jego odczucia i radość związana z zadawaniem sobie bólu. Disfigured opowiada historię człowieka nienawidzącego samego siebie. Zostało tu opowiedziane w jaki sposób podmiot liryczny popełnił samobójstwo; na początku się pociął, po czym zalał wannę alkoholem i podpalił się. W Bloodlands wypowiada się mężczyzna błądzący po pustyni. Z powodu gorąca ma halucynacje, pod ich wpływem widzi porozwalane ciała ludzi. W Puncture Wound Massacre i Absolute Hatred podmiotem lirycznym jest psychopata. Włamał się on do domu uzbrojony w dwa noże, tam zaczął w brutalny sposób zabijać mieszkańców. Tekst do utworu Eaten From Inside wygląda nierealnie; opowiedziana jest tu historia człowieka, który eksplodował z nadmiaru nienawiści. Można powiedzieć, że była to czystko groteskowa śmierć. Monolith i The Undead Will Feast są o fikcyjnej przyszłości, w której cała ludzkość zostanie zjedzona przez żywe trupy.

Podsumowując, Vile to bardzo dobra płyta. Choć na początku zapowiadała się nieciekawie, dostaliśmy coś na przyzwoitym poziomie. Cały skład Cannibal Corpse się pozytywnie wykazał; Alex Webster z wioślarzami napisali bardzo dobre kompozycje, George Fisher zajebiście do nich wydarł mordę. Riffy wpadały w ucho, a jednak nie zrobiły na mnie tak wielkiego wrażenia jak na The Bleeding i Tomb Of The Mutilated. Teksty są najlepszą częścią tej płyty; nie tylko dobrze je napisano, ale postarano się też, aby pobudzały wyobraźnię. Jeżeli szukasz porządnej, deathmetalowej sieczki, koniecznie przesłuchaj Vile - płyta z pewnością ucieszy nie jednego fana tego typu muzyki.


Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobrze napisane teksty
- Przyzwoite riffy

- Przekaz
- Brutalność
- Wokal George'a Fishera
- Różnorodność
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Niektóre utwory były niedopracowane


Okładka: 6,75/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 8,75/10

Ogólna ocena: 9/10


Konfrontację wygrywa album: Serpents Of The Light. Chłopaki z Deicide stworzyli lepsze kompozycje, ich dzieło posiadało również lepszą oprawę graficzną. Teksty obu kapel zostały napisane tak samo dobrze.

23 stycznia 2016

Recenzja: Acid Drinkers - High Proof Cosmic Milk


Witam w kolejnej recenzji. Jak fani Acid Drinkers wiedzą, zespół ten znany jest z eksperymentowania z muzyką. Dzisiaj zajmę się jedną z najbardziej nietypowych płyt w ich dyskografii, prawdopodobnie największym odlotem w karierze naszych polskich przyjaciół. Album ochrzczony jako "polskie Roots", dzieło tajemnicze, a także dość poważne jak na tą grupę. Przed wami: Acid Drinkers - High Proof Cosmic Milk.

High Proof Cosmic Milk (zwane również Kosmiczne Mleko) jest ósmym albumem studyjnym polskiej grupy thrashmetalowej Acid Drinkers. Został wydany 18 marca 1998 roku nakładem Metal Mind Productions. Po mniej entuzjastycznie przyjętym State Of Mind Report, chłopaki z Acid Drinkers wracają do zabawy. Prawdopodobnie po raz pierwszy w swoim istnieniu zaczynają eksperymentować z groove metalem, tworząc bardziej nowoczesny krążek w porównaniu do pozostałych. Krytycy doszukali się w High Proof Cosmic Milk wpływów między innymi Sepultury, Metalliki (z czasów Load i Reload) i Korna. Obecnie ósmy krążek Acid Drinkers posiada status polskiego klasyka metalu. High Proof Cosmic Milk jest jednocześnie ostatnim krążkiem stworzonym wraz z Litzą.

Pomysłodawcą okładki był gitarzysta grupy, Litza. Przedstawiony jest na niej łeb krowy z oczami kosmity. Okładka kryje w sobie pewne wspomnienie; w jednym z wywiadów Titus opowiada historię z ich wypadu do rzeźni. Litza kupił tam głowę krowy, z którą po powrocie do domu eksperymentował. Wsadził jej w oczy łyżki, po czym pokazał to kolegom. Uznał jednocześnie, że pomysł ten można byłoby wykorzystać jako okładkę jednego z albumów. Przyznam, że koncepcja jest ciekawa, zajebiście byłoby popatrzeć na okładkę w stylu gore, na której widzimy krowi łeb z łyżkami w oczodołach. Niestety, wyszło do dupy. Zapewne gdyby Acid Drinkers byli zwariowaną bandą niczym Carcass lub Cannibal Corpse, nie baliby się zastosować prawdziwej krowy z łyżkami powtykanymi w oczodoły. Ta gówniana wersja z łbem wykonanym w 3D i archaicznym tłem rodem z kaset VHS sprawdziłaby się jedynie jako ocenzurowana wersja wyżej wspomnianej okładki.

Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 9,25/10 - Metal Archives
- 9/10 - Magazyn Gitarzysta
- 8/10 - Teraz Rock
- 7/10 - rockmetal.pl
- 8/10 - Brutal Land


Lista utworów:

1. Rattlesnake Blues
2. Human Bazooka
3. High Proof Cosmic Milk
4. What's Happening In The Heart Of Pacifist
5. More Life
6. Be My Godzilla
7. Dementia Blvd
8. Blind Leadin' The Blind
9. Gain On Shit
10. Proud Mary
11. Sad Like A Coal Check
12. Blustery Nite Tour

High Proof Cosmic Milk zostało przyzwoicie skomponowane. Rzeczywiście na tym wydawnictwie da się usłyszeć inspiracje wielu zachodnich kapel lat 90-tych, toteż płyta w swoich czasach brzmiała dość nowocześnie.. Jako drugą największą wadę (po okładce) mógłbym umieścić rozmieszczenie utworów; przy kilku pierwszych przesłuchaniach miałem problem z wczuciem się w muzykę. Dopiero gdy sam wymieszałem numery, High Proof Cosmic Milk wydało mi się przyjemniejsze w odbiorze. W zamian za te minusy, mamy parę plusów: ponury, depresyjny klimat, przyzwoite riffy, różnorodność i brzmienie. Gitary nastrojone na niskie tony al'a Roots - pierwszy taki zabieg w historii Acid Drinkers sprawdził się doskonale, fajnie byłoby usłyszeć jeszcze jakieś wydawnictwo tego typu. Poza tym, bębny w stylu St. Anger sprawdzają się na tej płycie perfekcyjnie - do nisko nastrojonych gitar, riffów, wyraźnego basu i klimatu pasują jak dłoń w rękawiczkę. Jest to również pierwszy i ostatni album, na którym możemy usłyszeć Titusa i Litzę śpiewających razem, wreszcie chłopaki nie śpiewają oddzielnie w różnych utworach. Acid Drinkers wprowadza nas w płytę z przypierdem; z głośników wydobywają się dźwięki gwałtownego Rattlesnake Blues - ot mało skomplikowany numer na rozgrzewkę. Wraz z Human Bazooka Acidzi się rozkręcają. Utwór został zagrany przyzwoicie, jest do czego pomachać głową. Niedługo potem, album nieco się uspakaja. Wraz z nastaniem outra utworu Human Bazooka, zrobiło się klimatycznie. Po nim dostajemy High Proof Cosmic Milk. Można powiedzieć, że trójka jest definicją tej płyty; jest to z jednej strony ponury i spokojny numer, a z drugiej strony ciężki niczym paleta z pustakami. Pomimo że nie jest to jeszcze najlepszy kawałek z płyty, i tak polecam się w go wsłuchać, aby dowiedzieć się o co mi chodzi. What's Happening In The Heart Of Pacifist należy do czołówki High Proof Cosmic Milk - jest to wpadający w ucho numer zagrany w zrównoważonym tempie. More Life jest jednym z najlepszych kawałków na płycie. W porównaniu do poprzedniego utworu, piątka została zdecydowanie lepiej zagrana. Jest ciężej, bardziej klimatycznie i ze smakiem. Be My Godzilla niezbyt przypadło mi do gustu, nawet pomimo, że jest to jeden z szybszych kawałków na płycie. Nie został jednak wykonany najgorzej, jest do czego pomachać głową. Moim faworytem na High Proof Cosmic Milk jest Dementia Blvd. Utwór przypomina nieco numer tytułowy z tempa, jest od niego jednak cięższy i bardziej klimatyczny. Chłopaki w tym momencie mnie poruszyli brzmieniem, a to jeszcze nie koniec albumu. Po nim dostajemy kolejny, przyzwoity numer: proste, alternatywne Blind Leadin' The Blind. Od numeru dziewiątego Acid Drinkers do złudzenia zaczyna przypominać Sepulturę; w głośnikach leci ciężki utwór w stylu Chaos A.D., Gain On Shit. Dyszka jest coverem zespołu Creedence Clearwater Revival, Proud Mary. Chłopaki zastosowali tutaj riff główny z utworu Roots Bloody Roots Sepultury. Nawet pomimo takich udogodnień, jest to moim zdaniem najgorszy kawałek z High Proof Cosmic Milk. To po prostu nie pasuje do reszty, Proud Mary jest zbyt wesołe. Do pozostałych utworów mógłby pasować ten riff Sepultury; jedyne z czym współgra Proud Mary, to ta ohydna okładka z krową. Tutaj najłatwiej jest zauważyć, że numery na High Proof Cosmic Milk zostały porozmieszczane niedbale, gdyż następne na naszej liście jest Sad Like A Coal Check - najbardziej nietypowy utwór Acid Drinkers. Numer ma wręcz depresyjny nastrój, głosy wokalistów brzmią naprawdę niepokojąco. Tutaj wokalnie udziela się perkusista Acidów, Ślimak. Ostatni na liście jest bonus, zupełnie inny od pozostałych utworów: Blustery Nite Tour. Numer został zagrany na innej sesji nagraniowej; gitary są nastrojone na wyższe tony, bębny brzmią inaczej. W utworze udzielił się wokalnie gitarzysta, Popcorn.

Pomimo ponurego brzmienia płyty, Acid Drinkers nie rezygnują z typowego dla siebie humoru. Do stylu pisania tekstów nie miałem zastrzeżeń. Wbrew pozorom, przekaz nie dotyczy depresji, wojen, tragedii ludzkich, itp. Jest to typowy dla naszych rodaków humor, warstwa liryczna najczęściej jest na temat ludzkiego szaleństwa, fałszywych autorytetów, zebrania odwagi w sobie, by móc walczyć ze swoimi demonami. Tekst do utworu Rattlesnake Blues przypomina trochę ogniskową przyśpiewkę. Opowiedziana jest tu historia dowcipnisia, który wylądował w psychiatryku za swoje wyczyny. Podmiot liryczny opowiada nam, jak to kiedyś podpalił szkołę i zatruł rzekę własnym kałem. Human Bazooka jest historią mężczyzny, który po pijaku zaczął demolować miasto. Podmiot liryczny opowiada słuchaczowi o jego agresji i bezwzględności. W High Proof Cosmic Milk wypowiada się ćpun będący na gastro-fazie. Będąc w narkotykowym amoku, chciałby skosztować kosmicznego mleka. W utworze o tytule What's Happening In The Heart Of Pacifist wypowiada się tytułowy pacyfista. Skarży się on słuchaczowi na swoją niedolę. Chciałby móc nie reagować na zło na świecie, zdaje on sobie jednak sprawę z tego, że zatraciłby w sobie człowieczeństwo. W More Life, podmiot liryczny zachęca słuchacza do walki o swoje prawa. Według niego niechęć do spełniania swoich marzeń oznacza upadek człowieka. W tekście Be My Godzilla nie znalazłem sensu. Utwór wygląda tak, jakby wypowiadało się w nim ciastko, które czeka na pożarcie. W utworze Dementia Blvd podmiotem lirycznym jest bóg będący świadkiem zabójstwa dziennikarza. Osoba mówiąca twierdzi, iż adresat potrzebuje siły, aby móc stawić czoło nieuniknionej śmierci. W utworach Blind Leadin' The Blind i Gain On Shit podmiotem lirycznym jest młoda, niedoświadczona osoba. Krytykuje ona swój autorytet za to, że tak naprawdę nie wie co robi. Trudno mi powiedzieć o czym jest utwór Proud Mary. Prawdopodobnie wypowiada się w nim człowiek, który zdecydował się rzucić wszystko co miał, by móc prowadzić prostsze życie. Sad Like A Coal Check opowiada historię człowieka skrajnie zmęczonego dniem. Jedyne czego pragnie, to się wyspać. Tekstu do Blustery Nite Tour nie znalazłem w internecie.

Podsumowując, High Proof Cosmic Milk to bardzo dobry album. Jak na Acid Drinkers, jest to bardzo nietypowa płyta, zagrana nowocześnie według zachodnich wzorców. Wrażenie robi zupełnie inne brzmienie w porównaniu do pozostałych płyt: gitary nastrojone na niskie tony, bębny w stylu St. Anger, a także nietypowy dla chłopaków ponury klimat. Teksty na High Proof Cosmic Milk również są bardzo przyzwoite: zarówno tematyka utworów jak i styl pisania tekstów chłopaki mają przyzwoity. Największymi wadami albumu są najprawdopodobniej wykonanie grafiki i rozmieszczenie utworów utrudniające słuchanie albumu. Jeżeli szukacie zachodnich standardów w Polskiej muzyce, jak najbardziej polecam High Proof Cosmic Milk - jest to dobrze zagrany thrash zmieszany z groove metalem, z pewnością nie jedną gębę ucieszy swoim stylem. Szkoda tylko, że niedługo po wydaniu płyty z grupy odszedł jeden z najważniejszych filarów Acid Drinkers, Litza.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobre teksty
- Brzmienie
- Ponury klimat
- Bardzo dobre riffy
- Pomysłowość
- Przekaz
- Współpraca wokalistów Titusa i Litzy
- Różnorodność
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Kiepskie rozmieszczenie utworów
- Wykonanie okładki


Okładka: 3,75/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 8,75/10

Ogólna ocena: 8,5/10

17 stycznia 2016

Konfrontacja: Assassin - The Upcoming Terror vs Overkill - Taking Over


Witam w kolejnej konfrontacji. Dzisiaj mały spontan - niezapowiadany wpis. Poczułem potrzebę zapoznania się z nową kapelą, gdyż ostatnio nie mam pomysłu jak mógłbym zorganizować sobie playlistę. W pewnym jednak momencie doznałem olśnienia. Zainspirowała mnie jedna osoba związana z naszym blogiem; jest to ktoś, kogo znam. Możliwe, że czytając to swędzą jej palce, aby napisać coś obraźliwego o mnie. Otóż zawsze gdy się za coś zabieram, nie mam zamiaru tego skrytykować - nawet w największym gównie próbuję znajdować dobre strony. Nie myślcie jednak, że stworzyłem ten wpis, aby zhejtować cokolwiek, nie jestem takim buracznym typem ;) Ponieważ w ostatnim czasie wykluczyłem wszystkich kandydatów do konfrontacji z Assassinem (Sodom, Kreator, Destruction), postanowiłem zestawić ten zespół z amerykańską potęgą thrashu - Overkillem. Przed wami: Assassin - The Upcoming Terror vs Overkill - Taking Over.

Assassin - The Upcoming Terror


The Upcoming Terror jest pierwszym albumem studyjnym niemieckiej grupy thrashmetalowej Assassin. Został wydany w 1986 roku nakładem Steamhammer Records. Zespół został założony w 1982 roku przez Michaela Hoffmanna, Markusa Ludwiga, Dinko Vekicia i Roberta Gonnellę. Początkowo występowali jako Satanica, po szaradach w składzie zespół zmienił nazwę na Assassin. Zespół rozpoczął pracę nad albumem w roku 1985, nieco później płyta została wydana. Obecnie The Upcoming Terror uznawane jest za niemieckiego klasyka thrash metalu, nie odniósł jednak tak wielkiego sukcesu jak ówcześni konkurenci: Pleasure To Kill Kreatora i Persecution Mania Sodomu.

Od początku grafika skojarzyła mi się nieco z Panzer Division Marduk Marduka. Na okładce został przedstawiony czołg stojący w płytkiej wodzie. Strzela on do jakiegoś celu znajdującego się w oddali. Grafika nie jest zbyt odjechana, ot po prostu panowie z Assassina potrzebowali czegoś, co ozdobi ich pierwszą płytę. Nie budzi to żadnych emocji, choć nie wygląda też strasznie. Na pierwszą płytę wystarczy.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 7,5/10 - Felix 6666
- 8/10 - TheLibertine
- 9,25/10 - CHRISTI_NS_ANITY8
- 8,25/10 - Gutterscream
- 8,75/10 - Milo


Lista utworów:

1. Forbidden Reality
2. Nemesis
3. Fight (To Stop The Tyranny)
4. The Last Man
5. Assassin
6. Holy Terror
7. Bullets
8. Speed Of Light

Początkowo byłem do panów z Assassina nastawiony lekko sceptycznie. Przyznam, że obecność Michaela Hoffmanna sprawiła, iż zacząłem zapoznawać się z zespołem. Wprawdzie The Upcoming Terror zostało wydane w czasach, gdy wyżej przedstawiony gitarzysta nie występował w grupie, nie był to jednak powód do narzekania. Chłopaki spisali się bardzo dobrze, The Upcoming Terror to przyzwoita, thrashowo-crossover'owa petarda. Jak to w przypadku thrash metalu zwykle bywa, nie brzmi on oryginalnie. Z inspiracji jakie zdołałem wyłapać mógłbym wymienić: Metallikę, Kreatora, Tankarda, Overkilla, Anthraxa i Slayera. Recenzując The Years Of Decay Overkill'a przyznałem jednak, iż głupotą jest oceniać thrashmetalową płytę za oryginalność, tak więc postąpię i tutaj. The Upcoming Terror zostało przyzwoicie skomponowane; płyta zapada w pamięć za sprawą riffów, solówek i surowego klimatu, dla miłośnika thrashu debiut Assassina powinien przypaść do gustu. Właściwie to wcześniej wspomniane zalety krążka mogą zadecydować o oryginalności chłopaków z Niemiec. Nie są może to idealne kompozycje (miejscami album utyka), jest jednak do czego pomachać głową. Ważne, że czasem nasłuchamy się naprawdę przyzwoitego kawału thrashu. Wokalista (wyglądający jak Dead z Mayhem) wyróżnia się charyzmą, bardzo dobrze się go słucha. Bez niego Assassin nie jest tym, czym powinien być. Po krótkim intrze dostajemy całkiem przyzwoity utwór wpadający w ucho: Forbidden Reality. Później dostajemy szybszy numer o tytule Nemesis. Jest on widocznie gorzej skomponowany od poprzednika, słyszałem jednak dużo gorsze utwory w życiu. Numer trzeci (Fight (To Stop The Tyranny)), kojarzy mi się trochę z wczesną twórczością Kreatora i Destruction, przyjemnie się tego słucha. Od tej pory chłopaki z Assassina poważnie się rozkręcają; dostajemy serię najlepszych utworów na płycie. Pod numerem czwartym znajduje się świetna, thrashowa petarda wpadająca w ucho o tytule The Last Man. W dalszej kolejności znajdziemy kolejny, świetny numer: Assassin; utwór jest nieco wolniejszy i bardziej melodyjny, daje się jednak łatwo zapamiętać za sprawą chwytliwego refrenu. Pod koniec Assassin zaczyna pędzić: w dalszej kolejności dostajemy jeden ze starszych utworów tej niemieckiej kapeli. Jest nim thrashowa petarda Holy Terror. Przy numerze siódmym tempo nie zwalnia. Panowie wrzucają wyższy bieg pędząc jak emerytka na mszę przy Bullets. Utwór ostatni nazywa się Speed Of Light; jest to bardzo dobry instrumental, idealny do pomachania głową.

Warstwa liryczna The Upcoming Terror prezentuje się całkiem dobrze. Wprawdzie nie są one zbyt dobrze napisane ze względu na słabą znajomość angielskiego chłopaków z Assassina, mają za to pozytywny przekaz. Grupa najczęściej porusza tematy ludzkiej wolności, wojen, doktryn doprowadzających do zła i ludzkiego zniewolenia. Wracając do stylu pisania omawianych Niemców, dlaczego mówię, że chłopaki nie znają dobrze angielskiego? Często pojawiają się te same zwroty, brak tu porządnej inwencji twórczej. Cóż, cieszmy się zatem pozytywnym przekazem. Chłopaki z Assassina od razu częstują nas metaforą. Forbidden Reality opowiada historię starożytnej świątyni, w której zostały skryte złe cechy ludzkie. Budynek ten jest w rzeczywistości przechowalnią wszelkiego zła na świecie. Według podmiotu lirycznego należy zniszczyć tą świątynię, aby móc żyć bez konfliktów. Nemesis zostało poświęcone greckiej bogini sprawiedliwości i zemsty Nemesis. Podmiot liryczny chciałby, aby wyżej wspomniana postać pojawiła się w naszej rzeczywistości i zniszczyła wszelkie zło. Fight (To Stop The Tyranny) jest krytyką doktryn wyrządzających zło. Podmiot liryczny namawia ludzi do wystąpienia przeciwko marksizmowi, nazizmowi i komunizmowi aby móc odzyskać utraconą wolność i pokój. The Last Man i Holy Terror opowiada historię świata zniszczonego wojną. Osoba mówiąca namawia ludzkość do wspólnej walki z tyranią, która doprowadziła naszą cywilizację do ruiny. Assassin jest utworem, który posiada jeden z gorszych tekstów na płycie. Podmiot liryczny opowiada historię zabójcy, kroczącego dumnie po ulicach nie bojąc się konfrontacji z innymi. Bullets zostało w całości poświęcone pociskom. W dość prosty sposób podmiot liryczny nam o nich opowiada.

Podsumowując, The Upcoming Terror to przyzwoita płyta. Debiut Assassina to typowy thrash stworzony z sercem, słucha się go z uszami przyłożonymi do głośników. The Upcoming Terror zostało całkiem dobrze skomponowane; chłopaki stworzyli przyzwoite riffy wpadające w ucho, solówki są zmyślne, a klimat bardzo specyficzny. Nie zostały one w 100% idealnie stworzone, bowiem wówczas w szeregach grupy grały niedojrzałe dzieciaki. Teksty mają się już trochę gorzej, choć wielkiej tragedii nie ma. Osoba je pisząca miała lekkie problemy z językiem angielskim. Sam przekaz jest za to bardzo pozytywny, nie było się do czego czepiać. The Upcoming Terror jest bardzo przyzwoitą pozycją thrashową, polecam ją osobom lubującym się w tym gatunku.

Zalety:
- Dobrze napisane kompozycje
- Przekaz
- Bardzo dobre riffy
- Klimat
- Agresja
- Surowość
- Bardzo dobre solówki
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Lekkie niedopracowanie płyty
- Niedopracowane teksty


Okładka: 7/10
Teksty: 6,75/10
Kompozycje: 8,5/10

Ogólna ocena: 8/10


Overkill - Taking Over


Taking Over jest drugim albumem studyjnym nowojorskiej grupy thrashmetalowej Overkill. Został wydany w marcu 1987 roku nakładem Megaforce Records. Po całkiem udanym debiucie, Overkill zaczyna się rozkręcać; w tym samym składzie wydaje kontynuację poprzedniego krążka. Thrasherzy z Nowego Jorku uzyskują światową popularność, po wydaniu płyty chłopaki w postaci supportu jadą w trasę koncertową z Megadeth, który w tamtym okresie promował płytę Peace Sells... But Who's Buying?. Jeszcze przed jej rozpoczęciem, z kapeli odchodzi bębniarz Rat Skates. Zostaje on zastąpiony Markiem Archibole, który wkrótce potem opuścił szeregi Overkilla. Na jego miejsce wszedł Sid Falck. Obecnie Taking Over uznawane jest za klasyka thrash metalu.

Na okładce zostali przedstawieni członkowie zespołu trzymający karabiny maszynowe. Za nimi widoczne jest miasto, w którym wybucha bomba. Patrząc na nią nasuwa się jedno pytanie: dlaczego kurwa? Kto pomyślał, że pomysł na taką okładkę będzie dobry? Jeszcze rozumiem to, że Taking Over jest kontynuacją Feel The Fire, przez co chłopaki z Overkill próbowali zastosować podobną okładkę do poprzedniej. Po co jednak było ją przepuszczać przez kilkadziesiąt filtrów? Grafika jest brzydka, ciężko jest rozpoznać w jakiej sytuacji znajdują się wyżej przedstawieni członkowie zespołu (jeszcze ciężej rozpoznać ich po twarzach). Myślę, że gdyby nie ta okropna okładka, Taking Over byłoby jeszcze bardziej popularnym dziełem; w końcu chłopaki z Overkilla wyglądają na niej jak glam metalowcy. Katastrofa właśnie została zapowiedziana.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 8,25/10 - Metal_Thrasher90
- 9/10 - Peacesells2015
- 8/10 - PKendall317
- 9,5/10 - hells_unicorn
- 9,5/10 - morbert



Lista utworów:

1. Deny The Cross
2. Wrecking Crew
3. Fear His Name
4. Use Your Head
5. Fatal If Swallowed
6. Powersurge
7. In Union We Stand
8. Electro Violence
9. Overkill II (The Nightmare Continues)
10. Fuck You

Słuchając Taking Over od pierwszych sekund stwierdzam, iż bardzo dobrze trafiłem z tą konfrontacją. Taking Over nawet przypomina The Upcoming Terror. Gitary są nastrojone na te same wysokie tony (nie zdziwiłbym się nawet, gdyby były to te same modele gitar). W przeciwieństwie do albumu Niemców, Overkill poszedł bardziej w stronę speed metalu. Płyta Overkill'a jest bardziej skoczna od debiutu Assassina, zdecydowanie lepiej słuchałoby się jej na koncercie. Na tym jednak zalety się kończą... większość utworów brzmi dość podobnie, brak tu elementu zaskoczenia. Dołóżmy do tego jeszcze prymitywne riffy i jednostajną grę, rezultatem będzie płyta której nie chce się po prostu słuchać. Tylko niech mi nikt nie próbuje wmawiać, że thrash w tamtym okresie właśnie taki był. Chłopaki z Overkill'a dopiero uczyli się grać thrash, całe szczęście wydając The Years Of Decay panowie w świetnym stylu się wyrobili. Wokal Bobby'ego Blitza nie przypadł mi do gustu. Stylem przypomina mi trochę Bruce'a Dickinsona, którego głos jest moim zdaniem kwintesencją heavy metalu. Nie twierdzę jednak, że facet nie ma talentu; Blitz po prostu brzmi za bardzo heavymetalowo, za dużo jest w tym wszystkim melodyjności. W thrash powinien włożyć więcej agresji, a melodyjność zostawić na inne okazje (takie jak coverowanie Iron Maiden). Na pierwszy ogień leci całkiem przyzwoity numer: Deny The Cross. Wrecking Crew pomimo swojej skoczności wydało mi się wkurzające. Jeśli kiedykolwiek pobiorę lub kupię Taking Over, to prawdopodobnie będę dwójkę omijał szerokim łukiem. W dalszej kolejności jest Fear His Name. Utwór wydaje się być lepszy od poprzednich numerów; kojarzy mi się trochę z Iron Maiden zmieszanym z Manowarem. Następne w kolejności jest słabe Use Your Head. Jednym z najlepszych numerów na płycie jest najprawdopodobniej Fatal If Swallowed. Jest do czego pomachać głową, poza tym kawałek wpada w ucho. Powersurge na początku prezentuje się całkiem przyzwoicie, z czasem jednak brzmi gorzej. Tragedii sprzyja melodyjny wkurwiający głos Blitza. Po tym idiotycznym pokazie dostajemy bardzo dobry, heavymetalowy numer o tytule In Union We Stand. W tym (jedynym) przypadku Blitz spisał się znakomicie, w tego typu numerach słucha się go z radością. Jednym z najszybszych kawałków na albumie jest Electro Violence. Nie brzmi on źle, choć Overkill mógł go trochę bardziej dopracować. Ostatnim numerem z wersji oryginalnej płyty jest Overkill II (The Nightmare Continues). Obok Fatal If Swallowed i In Union We Stand, druga część Overkill'a ratuje ten krążek. Utwór brzmi naprawdę dobrze, żeby chłopaki grali tak przez większość czasu, nie miałbym się za bardzo do czego czepiać. Na deser dostajemy średni cover grupy The Subhumans, Fuck You.

Teksty są średnie. Zostały one dobrze napisane, w tym przypadku nie miałem się do czego czepiać. Pomimo tego, ciężko mi się je czytało. Większość tekstów dotyczy seryjnych zabójców, ludzi popadających w kłopoty życiowe, można znaleźć również coś na temat miłości i nienawiści. Omówię jedynie najbardziej interesujące teksty na płycie. W Deny The Cross i Fear His Name podmiotem lirycznym jest seryjny zabójca. Chwali się on słuchaczowi swoim stylem życia. W Wrecking Crew wypowiada się gang, zwany "ekipą zniszczenia". Jej członkowie przedstawiają się słuchaczom twierdząc, iż są w stanie zniszczyć wszystko. W Use Your Head zostały przedstawione dwie sytuacje. Jedna dotyczy alkoholika, który przepija wszystkie swoje pieniądze; w drugiej jest mowa o mężczyźnie poświęcający się dla kobiety traktującej innych przedmiotowo. Podmiot liryczny chciałby, aby bohaterzy liryczni zastanowili się nad swoim życiem, namawia ich do zmian na lepsze. W Fatal If Swallowed jest mowa o parze uprawiającej seks oralny. W utworze zostały opisane igraszki kobiety i mężczyzny i ich zadowolenie. Numer o tytule Powersurge omawia tajemniczą energię, będącą w stanie niszczyć wszystko na swojej drodze. Podmiot liryczny przestrzega ludzi będących świadkami pojawienia się wyżej przedstawionej kuli energii, aby nie zbliżali się do niej. In Union We Stand opowiada o ludziach, którzy postanowili złączyć się, by walczyć ze złem na świecie. Podmiot liryczny nastawiony jest optymistycznie, ma nadzieję, że wkrótce nastaną czasy pokoju na Ziemi.

Podsumowując, Taking Over to dość słaba płyta, zupełnie nie w moim stylu. Na wstępie mówiłem, że nie recenzuję płyt wyłącznie dla hejtu, ale dla subiektywnej opinii; patrząc na to co przed chwilą napisałem, można by pomyśleć inaczej. Jedyne czym mogą się na niej poszczycić panowie z Overkill'a to styl pisania tekstów i energia muzyki. Pozostałe elementy zostały wykonane na odpierdol. Wiele utworów jest do siebie podobnych; bębniarz napierdalał na jedno kopyto (bez większych zaskoczeń), a wioślarz wygrywał prymitywne riffy. Płyta wprawdzie od połowy poprawiła się, jednak jest to za mało aby dać drugiemu wydawnictwu Overkill'a jakąś godną ocenę. Głos Bobby'ego Blitza jestem tu w stanie wybaczyć, gdyż gość ma talent do śpiewania. Szkoda tylko, że partie śpiewane przez niego nie pasują do muzyki. Nie polecam Taking Over, nie usłyszycie tu dobrych riffów, bębnów itp. Płyta sprawdziłaby się jedynie jako ciekawostka w stylu "jak nie grać thrashu/speed'u".

Zalety:
- Dobrze napisane teksty
- Energia

Wady:

- Niedopracowane kompozycje
- Przekaz
- Okładka
- Brak różnorodności
- Prymitywne riffy
- Płyta nie zapada w pamięć


Okładka: 2,5/10

Teksty: 6,5/10
Kompozycje: 5/10

Ogólna ocena: 5,25/10


Z dużą przewagą konfrontację wygrywa album: The Upcoming Terror. Overkill mógł poszczycić się energią grania i wokalistą, panowie z Niemiec wykonali płytę solidniej, pomimo że nie było to dzieło idealne.

12 stycznia 2016

Recenzja: Batushka - Litourgiya


Witam w kolejnej recenzji. Z racji tego, że właśnie skończyły się prawosławne święta, postanowiłem przygotować wam coś z nimi związanego. Nie mam pojęcia czego mógłbym spodziewać się po tej polskiej grupie. Zrobiło się o nich głośno całkiem niedawno (nikt nawet nie zna tożsamości jej członków), zainteresowałem się Batushką nie tylko ze względu na grafikę, ale też tajemniczość zespołu i prawosławną tematykę utworów. Czy nie prosiliście mnie jakiś czas temu o recenzję zespołu blackmetalowego? Oto macie. Ta recenzja będzie znacząco różniła się od pozostałych, album z racji na swój koncept zmusił mnie do zmiany paru zasad. Przed wami: Batushka - Litourgiya.

Litourgiya jest pierwszym albumem studyjnym polskiego zespołu blackmetalowego Batushka. Został wydany 4 grudnia 2015 roku nakładem Witching Hour Records. Nic nie wiadomo o tym zespole - nikt nie wie kiedy kapela powstała, jacy są jej członkowie. Wiadomo jedynie, że zespoły w których grają są dobrze znane. Słowo "Batushka" oznacza prawosławnego księdza, litourgyia odnosi się z kolei do mszy. Tytuły utworów odnoszą się z kolei do części prawosławnej liturgii.

To co zdecydowanie muszę opisać w tym przypadku to grafika zdobiąca płytę. Okładka stylizowana jest na prawosławną ikonę. Przedstawiona jest na niej matka boska z dzieciątkiem Jezus na złotym tle (symbolizuje ono boskość przedstawionych postaci). Poniekąd za grafiką może kryć się pewien przekaz. Postacie przedstawione na niej nie mają twarzy; przez to jednak grafika wygląda tajemniczo, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie "przerażająco". Warto przyjrzeć się również prawej ręce matki boskiej, która wykonuje gest mano cornuta (w chrześcijaństwie gest szatana). W przypadku prawosławnych ikon, ludzie piszący je zwracają szczególną uwagę właśnie na twarze; " [...] twarz na ikonie jest obliczem zwróconym ku Bogu, obliczem przemienionym w wiecznej światłości. Istotą ikony jest paschalna radość, nie rozstanie, ale spotkanie. Ikona w swoim rozwoju dążyła od portretu do oblicza, od tego, co realne i czasowe, do przedstawienia tego, co jest idealne i wieczne.". Przedstawiona wyżej grafika jest więc odwrotnością standardowej ikony. Nie ma tu wyżej opisanej boskości, radości paschalnej, światłości. Jest to po prostu obraz bluźnierczy, skierowany bardziej w stronę szatana niżeli boga. Jest to prawdopodobnie najlepsza grafika jaką widziałem, przy niej chowają się wszelkie Behemothy, Edy Repki, Michaele Whelani. Miejmy nadzieję, że materiał będzie równie dobry.

Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 10/10 - kvlt.pl
- 9,5/10 - Rock Area
- 10/10 - Uwolnij Muzykę
- 9/10 - Sputnik Music
- 9,75/10 - Metal Archives


Lista utworów:

1. Yekteniya 1
2. Yekteniya 2
3. Yekteniya 3
4. Yekteniya 4
5. Yekteniya 5
6. Yekteniya 6
7. Yekteniya 7
8. Yekteniya 8

Litourgiya jest płytą koncepcyjną. Słuchając jej, miałem czasem wrażenie jakbym był świadkiem mszy prawosławnej; brzmienie albumu działa na wyobraźnię. Klimat to zdecydowanie największy plus panów z Batushki; jeden z wokalistów śpiewa niczym prawdziwy prawosławny ksiądz, od czasu do czasu możemy usłyszeć chóry, często pojawiają się również dźwięki dzwonów i kadzidła. Jednocześnie album ma wiele cech black metalu: riffy są agresywne, szybkie, ale jednocześnie emanuje z nich piękno. Najwięcej ciężaru daje tu perkusja; jej partie składają się w większości z blast beat'ów, choć są chwile gdy panowie zwalniają. Kawałki są skomplikowane, każdy różni się schematem i techniką gry. Ogólnie mówiąc, kompozycje wypadają bardzo przyzwoicie. Płyta powaliła mnie swoim ogromem. Co z tego, że to black metal, ten gatunek idealnie tutaj pasuje. Z pewnością krążek brzmiałby dużo gorzej, jakby zagrano na nim thrash lub death. Potraktujmy zatem tą płytę jak prawosławną mszę, zamiast siedzieć z fajkami i piwem w łapie oczekując na muzyczny wpierdol odprężmy się, zapalmy sobie kadzidełko, pomódlmy się i zmówmy razem "Wieruju".

Tekstów nie znalazłem w internecie. Chociaż myślę, że do tego typu płyty nie trzeba ich specjalnie omawiać. Tytuły Yekteniya odpowiadają częściom mszy. Kolejno oznaczają one: Introitus (wstęp), Kyrie (Pan), Sequens (następny), Offertorium (ofiara), Sanctus (duch), Benedidctus (Błogosławiony), Agnus Dei (baranek Boży) i Communio (komunia).

Niby nie przepadam za takim graniem, a jednak Litourgiya zrobiła na mnie ogromne wrażenie; płyta dosyć dziwnie wpływa na psychikę, pisząc recenzję czułem się jakbym był w transie. Początkowo uważałem Litourgiyę za płytę idealną, znalazłem w niej jednak bardzo poważną wadę; przy pierwszym przesłuchaniu album jest świetny, z czasem jednak płyta traci swoją magię. Istnieją krążki, które z czasem stają się lepsze, czasem trafimy na coś, co nie zmienia się przez lata... Litourgiya prawdopodobnie nadal będzie uchodziła za krążek nietypowy, choć z czasem album znacząco straci na opinii. Chyba, że z debiutem Batushki będzie jak z dwoma ostatnimi wydawnictwami Death'u, ewentualnie Far Beyond Driven Pantery. Co tu jeszcze dodawać, wszystko zostało przecież powiedziane. Na chwilę obecną Litourgiyę można uznać za współczesnego klasyka black metalu.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Pomysł na album
- Koncept
- Klimat
- Wokal
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Z czasem płyta prawdopodobnie straci swój urok


Okładka: 10/10
Teksty: BRAK OCENY
Kompozycje: 9,75/10

Ogólna ocena: 10/10

7 stycznia 2016

Konfrontacja: Kreator - Coma Of Souls vs Sodom - Better Off Dead


Witam w kolejnej konfrontacji. Nie musicie mi dziękować, wiem że wielu z was czekało na ten pojedynek. Dwa niemieckie potwory w starciu, Knarrenheinz kontra Violent Mind, Sodom kontra Kreator - wiem, że mogłem wybrać lepszego kandydata dla piątego krążka chłopaków Mille'a Petrozzy, np. Agent Orange; ponieważ jednak flagowa płyta Sodomu jest zaklepana, postanowiłem dać równie dobrego, choć mniej cenionego kandydata - jego następcę. Który album wygra? Od razu mówię, że lubię obie płyty, więc nie spodziewajcie się automatycznego zwycięstwa Sodomu. Przed wami: Kreator - Coma Of Souls vs Sodom - Better Off Dead.

Kreator - Coma Of Souls


Coma Of Souls jest piątym albumem niemieckiej grupy thrashmetalowej Kreator. Został wydany 6 listopada 1990 roku nakładem Noise Records. Historia tej płyty rozpoczyna się w 1989 roku, gdy z grupy odchodzi Jorg Trzebiatowski, gitarzysta współpracujący z Kreatorem przy tworzeniu Terrible Certainty i Extreme Aggression. Mille Petrozza i Jurgen Reil nie musieli długo czekać na następcę; w tym samym czasie z Sodomu odchodzi Frank Blackfire skonfliktowany z Angelripperem i Witchhunterem. W tym składzie Kreator rusza w trasę koncertową promującą płytę Extreme Aggression. W połowie roku 1990 Kreator zapowiada wydanie albumu, wkrótce po tym chłopaki wchodzą do studia. Coma Of Souls staje się jednym z najbardziej znanych krążków thrashmetalowych wydanych w Niemczech.

Na okładce została przedstawiona maskotka grupy, Violent Mind. Postać ta wygląda jakby przeprowadzano na niej operację; jak widzimy, Violent Mind jest w śpiączce, ma również otwartą czaszkę. Wewnątrz niej znajdują się zamordowani ludzie. Jak możemy się domyśleć, są to myśli maskotki Kreatora. Postać po prostu chce zabijać. Początkowo nie przepadałem za tą grafiką, gdyż nikt się nad nią specjalnie nie wysilił. Ostatecznie uznałem, że grafika jest przyzwoita, diabeł po prostu tkwi w szczegółach.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 10/10 - Xyrth
- 9,5/10 - Metal_Thrasher90
- 10/10 - Orbitball
- 9,5/10 - avidmetal
- 9,5/10 - morbert


Lista utworów:

1. When The Sun Burns Red
2. Coma Of Souls
3. People Of The Lie
4. World Beyond
5. Terror Zone
6. Agents Of Brutality
7. Material World Paranoia
8. Twisted Urges
9. Hidden Dictator
10. Mental Slavery

Początkowo nie zwracałem uwagi na Coma Of Souls. Dopiero gdy zdałem sobie sprawę, że Frank Blackfire odszedł z Sodomu by zagrać na tej płycie, postanowiłem przesłuchać. Chwilkę się tym pojarałem, po czym zostawiłem album na jakiś czas. Bardziej zainteresował mnie poprzednik Śpiączki Dusz, Extreme Aggression. Później jednak polubiłem i ten krążek, choć nie przypadł mi do gustu tak bardzo jak czwarty album formacji Mille'a Petrozzy. Z chwilą polubienia dwóch kluczowych wydawnictw Kreatora, w ruch poszły kolejne: Terrible Certainty, Pleasure To Kill, Endless Pain, później jeszcze Renewal i Violent Revolution. Piąte wydawnictwo Kreatora można byłoby uznać za połączenie techniki gry Extreme Aggression i brzmienia Terrible Certainty, przyznam że takie połączenie jest nawet dobre. Po zatrudnieniu Franka Blackfire słychać nawet nowości w muzyce Kreatora: większy nacisk kładzie się tu na solówki, riffy stały się bardziej melodyjne... po prostu grupa nabyła cechy, z których znany był niegdyś Sodom. Czy to dobrze? Każdy gitarzysta ma swój styl, a to jak Sodom brzmiał z pewnością było zasługą Franka. Przez pewien czas krążyły egzemplarze płyty Coma Of Souls wadliwe; utwory People Of The Lie i World Beyond zostały zamienione nazwami (na nieszczęście na taki egzemplarz trafiłem). Po włączeniu numeru pierwszego z moich głośników dobiega dźwięk gitary akustycznej. Po tym zaczyna się całkiem porządny numer o tytule When The Sun Burns Red. Pod dwójką kryje się kolejny, przyzwoity utwór, którym jest tytułowiec Coma Of Souls; do tego numeru został zrealizowany lipny teledysk. Dwa następne kawałki to wymienione przeze mnie wcześniej pomyleńce. Pod numerem trzecim znajduje się świetny singiel People Of The Lie, po nim równie dobra thrashowa petarda o tytule World Beyond. Dalej płyta nieco się uspokaja. Słyszymy bardzo nietypowy numer jak na wczesnego Kreatora: zrównoważony kawałek o tytule Terror Zone. Podobna sytuacja jest z Agents Of Brutality. Siódemka najmniej przypadła mi do gustu spośród całej płyty; jest to dość przeciętny utwór na tle pozostałych: Material World Paranoia. Numer ósmy wieszczy kolejną thrashową rozpierduchę: Twisted Urges. Kreator nawet pod koniec nie zamierza się poddawać; dostajemy kolejne dwa przyzwoite utwory: Hidden Dictator i Mental Slavery

Teksty na albumie bardzo mi się spodobały. Nie dość, że zostały one dobrze napisane, to jeszcze przekaz jest jak najbardziej pozytywny. Jak widać, Mille Petrozza ma mnóstwo inspiracji, wie także jakich sformułowań ma użyć, aby tekst się kleił. To co ma nam do powiedzenia daje do myślenia; każdy tekst jest na inny temat. Podmiot liryczny opowiada nam głównie o ludzkim cierpieniu, złu na świecie, sprawiedliwości, a także wyzysku planety Ziemi przez człowieka. When The Sun Burns Red jest zapowiedzią globalnej katastrofy spowodowanej przez globalne ocieplenie. Podmiot liryczny udowadnia nam jak bardzo zmienił się klimat; twierdzi również, iż wkrótce może to doprowadzić do tragedii. W utworach Coma Of Souls, People Of The Lie i Hidden Dictator osoba mówiąca ukazuje nam naturę typowego generała wysyłającego swoich żołnierzy na wojny. Podmiot liryczny kreuje go jako postać nieczułą i złą do szpiku kości. World Beyond jest opisem sądu ostatecznego. W utworze osądzana jest osoba, która za życia nie bała się grzechu. W końcu po śmierci trafiła ona do piekła. Terror Zone opisuje losy człowieka chorego na depresję. Podmiot liryczny zwierza się bogu ze swoich problemów; twierdzi on, iż życie jest dla niego udręką i nie wie co ma dalej robić. Agents Of Brutality opowiada historię dziewczyny, która została uprowadzona i zgwałcona. Jej oprawcy torturowali ją bez wyraźnego celu. Przed zabójstwem obdarli ją ze skóry. Material World Paranoia jest opisem życia człowieka w przyszłości. Podmiot liryczny twierdzi, iż wraz z postępem tracimy człowieczeństwo, bardziej zależy nam na technologii niż na dobru naszej planety. Twisted Urges opowiada historię kobiety, która została sprzedana handlarzom ludźmi. Dziewczyna o której mówi podmiot liryczny była przetrzymywana w piwnicy, jej oprawca wykorzystywał ją jako swoją seks-zabawkę. Mental Slavery jest kolejną krytyką technologii. Tym razem podmiot liryczny zwraca się do ludzi spędzających swój czas w wirtualnym świecie; twierdzi on, iż jest to porównywane z typowym niewolnictwem.

Podsumowując, Coma Of Souls to naprawdę dobra płyta. Nie jest to może najlepszy krążek Kreatora, aczkolwiek niewiele mu do tego brakuje. W porównaniu do Extreme Aggression jest progres, chłopaki zatrudniając Franka Blackfire'a udowodnili, że są otwarci na zmiany na lepsze. Choć Coma Of Souls jest naprawdę dopracowaną płytą, to jednak bardziej wolałem kompozycje napisane na Extreme Aggression. Słychać, że utwory napisali profesjonaliści; dostaliśmy świetne riffy i solówki, płyta brzmi nawet nowocześnie jak na te czasy. Jej styl sprawia, że Coma Of Souls zapada w pamięć. Zdecydowanie warto zapoznać się z piątym wydawnictwem Kreatora, jest to prawdopodobnie jeden z najważniejszych kamieni milowych w historii tej grupy.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Teksty i ich przekaz
- Okładka
- Bardzo dobre riffy
- Wokal
- Klimat
- Bardzo dobry skład grupy
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Niektóre utwory są lekko niedopracowane


Okładka: 8,25/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9/10

Ogólna ocena: 9,25/10


Sodom - Better Off Dead


Better Off Dead jest czwartym albumem studyjnym niemieckiej grupy thrashmetalowej Sodom. Został wydany 1 października 1990 roku nakładem Steamhammer Records. Opowieści Sodomu z czasów Better Off Dead rozpoczynają się tak samo jak historia Kreatora w trakcie wydawania Coma Of Souls. W 1989 roku odchodzi Frank Blackfire, by zasilić szeregi Kreatora. Wioślarz zdenerwowany był problemami z alkoholem Toma Angelrippera i Christiana Witchhuntera, zakończyło się to po prostu odejściem. Na jego miejsce został przyjęty Michael Hoffmann, gitarzysta grający niegdyś w thrashmetalowym zespole Assassin. Better Off Dead nie wzbudziło tak wielkiej sensacji jak poprzednik, choć znalazł grono ulubieńców. Dzieło Sodomu zdobywało jednak pozytywne opinie.

Okładka została stworzona przez Andreasa Marschall'a. Przedstawiona jest na niej ściana ze starożytnymi runami. Prawdopodobnie jest to jakiś grobowiec; po jego prawej stronie jest dziura, z której wystawia swoją rękę maskotka grupy, Knarrenheinz. Grafika stylem wykonania przypomina trochę okładkę płyty Sodom z 2006 roku. Obraz jest tajemniczy i ponury; Knarrenheinz wygląda na niebezpiecznego typa, martwego weterana wojny powstałego z grobu. Zapowiada się na rozpierduchę jeszcze mocniejszą niż na Tapping The Vein. Czy aby na pewno?

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 9,75/10 - Hellish_Torture
- 8/10 - slayrrr666
- 9,75/10 - Metal_Thrasher90
- 9/10 - hippie_holocaust
- 9,25/10 - Evil_Johnny_666


Lista utworów:

1. An Eye For An Eye
2. Shellfire Defense
3. The Saw Is The Law
4. Turn Your Head Around
5. Capture The Flag
6. Cold Sweat
7. Bloodtrails
8. Never Healing Wound
9. Better Off Dead
10. Resurrection
11. Tarred And Feathered
12. Stalinorgel

Better Off Dead początkowo wydawało mi się bardzo przeciętne; ot takie połączenie speed metalu i thrash metalu ("a miał być thrash/death metal z Tapping The Vein do kurwy nędzy!"); ostatecznie Better Off Dead do dzisiaj bardzo często ląduje u mnie w odtwarzaczu. Płyta jest wolniejsza od poprzednika, nie jest jednak lżejsza. Słychać, że chłopaki powoli dążyli w stronę płyty Tapping The Vein, toteż mamy tu parę jej naleciałości. Niby Michael Hoffmann i Andy Brings to gitarzyści grający innymi stylami, aczkolwiek trudno jest się oprzeć, że czasem chłopaki brzmieli dość do siebie podobnie. Słuchając tego albumu pomyślałem sobie, że Agent Orange to jednak przereklamowana płyta; no w mordę, ciężko jest się oprzeć tymi riffami i melodyjnością Better Off Dead, co z tego że chłopaki czerpali w tamtym okresie inspiracje ze speed metalu? Jest klimat, są dobre riffy i solówki, jest dwanaście dobrze zagranych utworów; Sodom nic nie stracił zatrudniając na miejsce Franka Blackfire'a Michaela Hoffmanna. Szkoda tylko, że ten facet grał z tą grupą tak krótko. Całe szczęście, że udało się w tym składzie wydać chociaż jeden album. Po włączeniu pierwszego utworu słyszymy fragment filmu Punisher, w którym główny bohater skarży się bogu na brak sprawiedliwości na świecie (na myśl przychodzi album Urban Discipline Biohazardu). Później rozpoczyna się przyzwoity, zrównoważony numer wpadający w ucho o tytule An Eye For An Eye. Numer drugi bardzo przypadł mi do gustu; jest to thrashowa petarda w stylu Tapping The Vein, Shellfire Defense. Jest to również mój faworyt, dla mnie jeden z najlepszych utworów Sodomu. Choć panowie zwalniają przy trójce, to jednak dostajemy kolejny, świetny tytuł z Better Off Dead: The Saw Is The Law. Czwórka również nie brzmi źle. Jest to drugi cover zespołu Tank (pierwszy pojawił się na Agent Orange), Turn Your Head Around. Numer ten idealnie nadaje się na koncerty. Za piątką początkowo nie przepadałem, jest to jednak całkiem przyzwoity numer o tytule Capture The Flag. Dalej znajduje się Cold Sweat zespołu Thin Lizzy. Pomimo, że utwór został zagrany bardzo dobrze, to jednak nie przepadam za nim; jest on tutaj tak samo oczekiwany jak Don't Walk Away na płycie Agent Orange. Chłopaki nie mogli zagrać pierwszego coveru Tank tutaj? Sodom po raz kolejny zaczyna siać rozpierduchę przy bardzo dobrym utworze o tytule Bloodtrails. Dalej panowie prezentują speedmetalowy utwór o tytule Never Healing Wound; jest to trochę gorszy kawałek od pozostałych, choć można nim nacieszyć uszy. Przy dziewiątce panowie z Sodomu ponownie dopierdalają węgla do pieca; w głośnikach leci jeden z szybszych numerów na płycie: tytułowy Better Off Dead. Resurrection od samego początku wpada w ucho; jest to jeden z wolniejszych numerów na albumie, wpada jednak w ucho. Better Off Dead nie zanudza słuchacza do samego końca. Następne w kolejności jest szybkie Tarred And Feathered. Ostatnim na płycie kawałkiem jest Stalinorgel; numer powinien spodobać się starszym fanom Sodomu, może skojarzyć się on z takimi klasykami jak Conjuration, czy chociażby Ausgebombt.

Teksty na Better Off Dead są całkiem przyzwoite, choć nie spodobały mi się tak bardzo jak na Coma Of Souls. W przeciwieństwie do Persecution Mania i Agent Orange, teksty zostały zainspirowane głównie filmami, mało jest tu mowy o prawdziwych wydarzeniach. Utwór An Eye For An Eye został zainspirowany filmem Punisher z 1989 roku. Podmiot liryczny (jednocześnie bohater utworu) skarży się bogu na brak sprawiedliwości na świecie. Podczas tej "rozmowy" osoba mówiąca dostrzega, iż tak naprawdę władza jest zbyt nieudolna, aby zapobiec przestępstwom. Bohater utworu postanawia, iż sam zacznie wymierzać sprawiedliwość. W Shellfire Defense podmiot liryczny potępia wojenny wyścig szczurów. Uważa on, iż stosowanie nowoczesnej broni jest sukcesem krótkotrwałym. Wynalezienie obrony przed tą technologią sprawiłoby, iż stałaby się ona bezużyteczna. The Saw Is The Law zostało zainspirowane filmem Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną. W utworze została opowiedziana historia człowieka, który mordował swoje ofiary przy użyciu piły łańcuchowej. Turn Your Head Around jest o człowieku, który został wsadzony do więzienia przez pomyłkę. Podmiotem lirycznym utworu jest wewnętrzne ja bohatera, które chwali go za upór i chęć przetrwania. Capture The Flag jest jednym z tych utworów zainspirowanych prawdziwymi zdarzeniami. Została tu opisana bitwa pod Hamburger Hill w Wietnamie. Bitwa zakończyła się porażką Amerykanów, których celem było ufortyfikowanie wzgórza. Wietnamczycy korzystali z potężnego ognia artyleryjskiego, po którym żołnierze Amerykańscy wyglądali niczym mięso hamburgerowe (stąd wzięła się nazwa wzgórza). Utwór Cold Sweat jest opowieścią człowieka, który wygrał pieniądze na wyścigach konnych. Podmiot liryczny postawił całą swoją kasę na konia, który zwyciężył w wyścigu. Na Bloodstrails Sodom przedstawia historię operacji Desert Shield koalicji antyirackiej. Miała ona na celu ochronę Arabii Saudyjskiej przed żołnierzami Iraku. Podmiot liryczny twierdzi, iż operacja ta nie miała sensu, gdyż Amerykanie wmieszali się w sprawy, które Irak i Arabia Saudyjska powinny rozwiązać same. Resurrection zostało napisane przez Toma Angelrippera, by uczcić pamięć zmarłego ojca. Podmiot liryczny zapewnia adresata, iż w raju będzie wiódł beztroskie życie. Tarred And Feathered jest poświęcone kobietom, które niewinnie zostały stracone podczas inkwizycji. Podmiot liryczny podaje za co karano w tamtych czasach kobiety, a także podaje przykłady tortur. Stalinorgel jest na temat wojny Związku Radzieckiego z III Rzeszą. W utworze opisana jest klęska żołnierzy Hitlera na ziemi Stalina. Związek Radziecki używał wyrzutni zwanych Katiusz, aby móc ostatecznie rozgromić armię III Rzeszy.

Podsumowując, Better Off Dead to bardzo dobry krążek. Moim zdaniem płyta znacząco przebija "flagowy" album Sodomu, Agent Orange. Jest to bardzo różnorodny krążek, chłopaki postanowili zainspirować się modnym na początku lat 80-tych speed metalem grając jednocześnie thrash. Sodom udowodnił, iż jest w stanie poradzić sobie dobrze bez Franka Blackfire'a. Kompozycje są bardzo dobre; album jest żywiołowy, klimatyczny, a riffy i solówki zapadają w pamięć. Album nie nudzi się wcale, choć nie wszystkie utwory są dopracowane na ostatni guzik. Tak samo jak w przypadku Coma Of Souls, polecam czwartą płytę Sodomu. Nie wszystkim przypadnie do gustu, jest jednak bardziej profesjonalny od swojego poprzednika.


Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobre teksty
- Okładka
- Przekaz
- Różnorodność
- Świetne riffy wpadające w ucho
- Brzmienie albumu
- Klimat
- Bardzo dobry skład grupy
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Niektóre utwory są lekko niedopracowane


Okładka: 9,5/10
Teksty: 9/10
Kompozycje: 9,25/10

Ogólna ocena: 9,25/10

Mamy remis. Obie płyty zostały wykonane na równym poziomie. Chłopaki z Kreatora stworzyli lepsze teksty, Sodom z kolei zrobił na mnie wrażenie kompozycjami i okładką.

Obserwuj nas!