Wyszukaj

28 lutego 2016

Recenzja: Terrorist - And Then Life Was Death


Witam w kolejnej recenzji. W dzisiejszym odcinku zabiorę was w dość dziwne rejony metalu. Zapoznamy się z kapelą, która pomimo niewielu lat na karku brzmi tak, jakby grała za czasów świetności thrash metalu na równi z Kreatorem, Exodusem, Slayerem i innymi znanymi osobistościami. W latach 80-tych Terrorist byłby prawdopodobnie całkiem znanym reprezentantem thrash metalu, obecnie jednak nie zwrócił na siebie uwagi. Zespół poznałem za pośrednictwem strony internetowej sadistic.pl. Mam nadzieję, że spodoba się on tak samo wam jak i mi. Przed wami: Terrorist - And Then Life Was Death.

And Then Life Was Death jest drugim albumem studyjnym amerykańskiej grupy thrashmetalowej Terrorist. Został wydany 21 marca 2013 roku nakładem Morbid Metal Records. Na wstępie nie potrafię nic szczególnego powiedzieć na temat tej płyty, w internecie nie ma informacji o produkcji, odbiorze i tym podobnych. Mogę jedynie powiedzieć, że Terrorist połączył ze sobą trzy, bardzo ważne gatunki metalu lat 80-tych: thrash metal, wczesny death metal i black metal.

Okładka jest ciekawym wprowadzeniem do albumu. Została ona stworzona przez młodego artystę Alana Corpse. Przedstawia ona armię szatana dokonującą rzezi na bezbronnej rasie ludzkiej. Widzimy tu między innymi dwóch katów dokonujących egzekucji; jeden z nich tnie swoją ofiarę piłą motorową, drugi wsadza zdobyczy harpun w pochwę. W tle możemy zobaczyć złe duchy i asasynów dokonujących rzezi na innych, nad nimi czuwają piekielne stwory przypominające trochę mitycznego Kronosa połączonego ze smokiem. Na dalszym planie znajduje się księżyc w pełni. Okładka została stworzona przy użyciu ołówka. Taka forma oprawy graficznej zdecydowanie mi odpowiada; nawet pomimo, że artysta nie wygląda na jakiegoś wybitnie utalentowanego (jak Ed Repka, czy wcześniej wspomniany Wes Benscoter), to i tak okładka prezentuje się świetnie. Lepsze to niż tworzenie gówna w postaci grafiki 3D, bądź ustawianie jako oprawy zdjęcia grupy.

Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 8,5/10 - Skull Fracturing Metal Zine
- 7,5/10 - Lacerated Metal Zine
- 7/10 - Axis Of Metal


Lista utworów:

1. Sadistic Necrophile
2. Hellstorm
3. Metal Till Death, In Metal We Die
4. Horror Rises From The Tomb
5. Lord Of Deceit
6. Onward Destroyer
7. Decimate The Inferior God
8. Bring Forth The Inverted Cross
9. And Then Life Was Death

Słuchając And Then Life Was Death nie zdziwiłbym się, gdyby to nagranie przeleżało w lodówce 30 lat, po czym zostało wydane. To jest oczywiste, że drugie dzieło zespołu Terrorist jest bardzo przestarzałe, czy jednak jest złe? Takie granie na pewno znajdzie fanów, w końcu wielu krytyków zgodzi się z tym, że thrash lat 80-tych był najlepszy. And Then Life Was Death właśnie tak brzmi, toteż fani takiego grania będą mieli się czym rajcować (o ile współczesne podejście do tego gatunku wyda im się "zbyt pedalskie"). Muzyka chłopaków z Terrorist skojarzyła mi się z Bestial Devastation Sepultury, I.N.R.I. Sarcofago, Seven Churches Possessed, Scream Bloody Gore Death'u, Obsessed By Cruelty Sodomu i Pleasure To Kill Kreatora; pomimo podobieństw do wyżej wspomnianych wydawnictw, płyta nie jest ich zrzynką. Jak już mówiłem, album brzmi tak, jakby przeleżał te 30 lat nieruszany, po czym jakaś wytwórnia od niechcenia postanowiła go wydać. Słuchając go można wyczuć tą młodzieńczą energię lat 80-tych i typowe dla tej epoki podejście do muzyki. Na płycie usłyszymy całkiem sporo dobrych riffów, partii perkusyjnych i zwrotów akcji. Klimat zdecydowanie może się skojarzyć ze starym metalem, jakość nagrań i brzmienie gitar wyraźnie na to wskazują. Skoro nachwaliłem zespół, może czas go za coś opierdolić? Zdarzały się chwile, gdy chłopaki grali trochę nierówno, niektóre utwory ciężko było ze sobą rozróżnić za sprawą podobnych, prymitywnych schematów gry... to jeszcze nie jest jednak najgorsze. Przede wszystkim nie podoba mi się wokal; to blackmetalowe chrapanie Alfredo Cumplido (gardłowego zespołu) przypomina mi trochę warczenie wkurwionego chihuahuy z rakiem płuc. Zamiast tego wolałbym dostać jakiegoś krzykacza al'a Mille Petrozza lat 80-tych, bądź Chrisa Barnes'a z czasów Eaten Back To Life. Wiem, że Terrorist chciał połączyć thrashowe granie z black metalem, ale nie można było czegoś zrobić z tym głosem? Żeby chociaż to nie brzmiało jak dogorywający staruszek stojący za mikrofonem. Na początku dostajemy przyzwoitą thrashową petardę do pomachania głową o tytule Sadistic Necrophile. Podobna sytuacja jest przy Hellstorm; utwór przypomina nieco poprzednika, zastosowano w nim jednak więcej zwrotów akcji i zwolnień. Później usłyszymy równie dobrą rozpierduchę inspirowaną dawnym black metalem: Metal Till Death, In Metal We Die. Jest to prawdopodobnie najlepszy kawałek z płyty, znacząco się on wyróżnia swoim grobowym klimatem i blastową sieczką. Przy Horror Rises From The Tomb zespół ponownie idzie w stronę thrashowego napierdalania. Nieco później chłopaki dają nam do posłuchania kilka podobnych (choć nieźle zagranych) numerów: Lord Of Deceit, Onward Destroyer i Decimate The Inferior God. Utwór Bring Forth The Inverted Cross w pierwszej chwili skojarzył mi się trochę z pierwszym długograjem Sodomu, Obsessed By Cruelty. No i niestety, najgorzej spośród wszystkich kawałków prezentuje się tytułowiec: And Then Life Was Death. W porównaniu do poprzednich kawałków brzmi on dość bezdusznie, zupełnie jakby ktoś pisał ten kawałek na szybko. Terrorist w trochę kiepskim stylu nas pożegnał.

Byłem zaskoczony obecnością tekstów do płyty w internecie. Znalazłem je tam, gdzie się ich bym nie spodziewał: na Metal Archives. Przyznam, że teksty nawet mi się spodobały. Choć zostały napisane dość przeciętnie, przekaz jest całkiem ciekawy. Najczęściej pojawiały się teksty na temat brutalnych mordów, holokaustu, nekrofilii i dominacji zła. Prócz tego kapela oddaje hołd subkulturze do której należy tępiąc przy tym wszelkich pozerów. Bohaterem utworu Sadistic Necrophile jest tytułowy nekrofil. Opowiada on nam o tym, jak wykopuje groby zmarłych i z nimi kopuluje. HellstormDecimate The Inferior God i And Then Life Was Death jest zapowiedzią najazdu armii szatana na naszą planetę. Podmiot liryczny opisuje w jaki sposób piekielni żołnierze zabijają mieszkańców ziemi. W Metal Till Death, In Metal We Die zespół jednoczy się ze wszystkimi fanami muzyki metalowej. Według Terrorist bycie metalowcem nie polega wyłącznie na noszeniu czarnych ubrań i słuchaniu zespołów, aby kochać muzykę metalową trzeba ją czuć w sercu i być gotowym za nią umrzeć. W Horror Rises From The Tomb mowa jest o zmarłych powstających z grobu. Zdaniem podmiotu lirycznego, truposze ożyły z rozkazu szatana, aby wybić rasę ludzką. Lord Of Deceit jest atakiem na religię chrześcijańską. Osoba mówiąca wyzywa boga od tchórzy, gdyż ten nie pomaga wyznawcom pomimo usilnych próśb. W Onward Destroyer wypowiada się satanista. Oddaje on hołd swojemu bogu, szatanowi. Jednocześnie namawia on do nienawiści wobec chrześcijan. Bring Forth The Inverted Cross skierowane jest do człowieka, który zdecydował się na religię satanistyczną. Jej wyznawcy chcą pokazać nowemu członkowi na czym polega wyznawanie pana zła.

Podsumowując, And Then Life Was Death to całkiem dobra płyta. Chłopaki z Terrorist stworzyli ciekawy krążek według nieobowiązujących współcześnie standardów, jest on nie tylko inspirowany metalem lat 80-tych, ma również mnóstwo jego cech. Jakość nagrań jest słaba, brzmienie kipi surowością thrashu sprzed 30 lat; to z pewnością solidnie podkręca klimat albumu. Warto również posłuchać riffów na płycie, z pewnością wzbudzą one skojarzenia z wyżej wymienionymi przeze mnie zespołami (ze względu na epokę, w jakiej wydały one swoje pierwsze dzieła). Gdyby nie te cechy, And Then Life Was Death byłoby kolejną, tak samo grającą grupką. Teksty również przypadły mi do gustu; choć nie zostały one najlepiej napisane, to jednak bronią się całkiem niezłą tematyką. Żeby nie było za różowo, na And Then Life Was Death nie jest ciężko znaleźć kilka podobnych do siebie utworów, parę z nich ma identyczne schematy gry. Niektórzy też nie docenią wysiłków zespołu i powiedzą "eee, plagiat Possessed", albo wkurzą się ze względu na przestarzałość. Dla mnie bardziej nie pasował wkurzający, nowotworowy głos Alfreda Cumplido. Pomimo wyżej wspomnianych wad, And Life Was Death zasługuje na polecenie. Zespół powinien przyciągnąć swoją uwagę nietypowością na tle pozostałych kapel thrashmetalowych.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Świetnie odwzorowany klimat metalu lat 80-tych
- Bardzo dobra okładka
- Ciekawy przekaz
- Ponurość
- Młodzieńcza energia
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Niektórym album może wydać się bardzo przestarzały
- Utwory mają podobne schematy
- Wokal Alfredo Cumplido

Okładka: 9,5/10
Teksty: 6,75/10
Kompozycje: 8,25/10

Ogólna ocena: 7,5/10

24 lutego 2016

Recenzja: Morbid Angel - Covenant vs Vader - De Profundis


Witam w kolejnej konfrontacji. Przebieg starcia amerykańskiego Morbid Angel i naszego Vadera planowałem sobie od jakiegoś czasu. Początkowo myślałem o konfrontacji Blessed Are The Sick i The Ultimate Incantation, jednak obie płyty wchodziły mi dość ciężko (zwłaszcza drugi krążek Morbid Angel). Później zdecydowałem się zamienić dwójkę Morbidów na Covenant, zostawiając przy tym Ultimate Incantation. Bartosz z RAMu zaproponował mi jednak zapoznanie się z drugim dziełem Vadera, które ostatecznie zastąpiło debiut tej grupy. Przyznam, że jestem bardzo ciekaw jak wyjdzie mi ten wpis. Pisząc się na dwa mało znane mi zespoły poniekąd porywam się na głęboką wodę, a jednak specjalnie zmartwiony nie jestem (pomimo, że kiedyś takie pomysły zazwyczaj zawodziły). Przed wami: Morbid Angel - Covenant vs Vader - De Profundis.


Morbid Angel - Covenant


Covenant jest trzecim albumem studyjnym amerykańskiej grupy deathmetalowej Morbid Angel. Został wydany 22 lipca 1993 roku nakładem Earache Records. W roku 1992 z grupy odchodzi gitarzysta Richard Brunelle. Morbid Angel we trzy osoby rejestruje kolejne wydawnictwo. Producentem płyty zostaje Fleming Rasmussen znany ze współpracy z Metalliką na początku jej kariery. Gdy Covenant zostało wydane, zebrało wiele pochlebnych ocen.

Patrząc na okładkę musiałem się do niej przypierdolić. Przedstawione są na niej: cyrograf, pióro z atramentem, dwie satanistyczne księgi i świeca. Opis tej okładki może i wywołuje lekkie ciarki na plecach, ale efekt finalny... w ogóle co to kurwa jest? Grafika najprawdopodobniej została stworzona komputerowo, w dodatku w mało profesjonalny sposób. Otwarta księga wygląda jak idealnie równy kwadrat, cyrograf z piórem i świeca prezentują się niczym tekstury nałożone na dwuwymiarowe modele. Kolorystyka budzi moje skojarzenia z tymi wszystkimi facetami tworzącymi nastrój w sypialni przed seksem po kolacji. Tak, wiem, przypierdalam się do byle gówna będącego ozdobnikiem... dla mnie okładka bardzo wpływa na pierwsze wrażenie, toteż nosi mnie (w przeciwieństwie do was) jak pomyślę sobie, że ktoś mógł uznać tworzenie brzydkich obrazów 3D za rewolucję i stwierdzić, że "tradycyjne grafiki 2D zostaną zastąpione tymi tworzonymi komputerowo". Jak ktoś mi nie wierzy (ktoś taki jak ja) to niech porówna ze sobą grafiki do Leprosy i Youthtanasii. Ja pierdole! <biorę Relanium (audycja zawiera lokowanie produktu)>

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 9,75/10 - Emptyreal
- 7,5/10 - autothrall
- 9/10 - Five_Nails
- 9,5/10 - I_Cast_No_Shadow
- 9,75/10 - Noktorn


Lista utworów:

1. Rapture
2. Pain Divine
3. World Of Shit (The Promised Land)
4. Vengeance Is Mine
5. Lion's Den
6. Blood On My Hands
7. Angel Of Disease
8. Sworn To The Black
9. Nar Mattaru
10. God Of Emptiness

Okładkę już zjebałem, teraz czas na kompozycje... Żartuję, tak naprawdę chłopaki z Morbid Angel są w bardzo dobrej formie. Powiem więcej; Covenant weszło mi zajebiście łatwo, od początku do końca płyty świetnie mi się słuchało. Polubiłem ten krążek zdecydowanie szybciej od Altars Of Madness, które na początku sprawiało wrażenie prymitywnego. Tym razem Morbid Angel próbuje pójść o krok dalej, zespół chciałby odstawić swoje pierwotne inspiracje jakimi były Possessed i Slayer. Słuchając jednak Covenant przyznam, że ciężko jest porzucić jakiekolwiek wzorce; tym razem były nimi w dużej mierze Cannibal Corpse i Terrorizer. Nie krytykuję jednak zespołu, dobra inspiracja to podstawa do sukcesu. W większości Covenant jest pędzącym pociągiem, czasem jednak znajdzie się pora na zagranie czegoś lżejszego; wyraźnie słychać, że chłopaki zaczynają eksperymentować z brzmieniem. Muzyka przepełniona jest blastami i agresywnymi riffami, David Vincent z kolei nauczył się sztuki growlingu. W jego głosie można teraz wyczuć charyzmę i pewność siebie. Przyznam, że dostałem to, czego brakowało mi na Altars Of Madness. Przy pierwszym kontakcie album nie brzmi jakby został zagrany bez ładu i składu; każdy riff, każda nuta zostały dobrze przemyślane. Prawdopodobnie chłopaki z Morbid Angel długo przygotowywali się do wydania Covenant robiąc mnóstwo prób i eksperymentów. Przez to znalezienie numeru wyraźnie odstającego w negatywny sposób było dość ciężkie. Płyta świetnie się rozpoczyna. Dostajemy Rapture przypominające trochę połączenie stylów Slayera i Deicide. Ciężki riff główny zapada w pamięć, przez co na tym utworze można się zatrzymać na jakiś czas. W dalszej kolejności słyszymy całkiem niezły, choć jednostajnie zagrany kawałek Pain Divine. Nieco bardziej skomplikowanym kawałkiem jest World Of Shit (The Promised Land); tym razem muzyka ma nieco więcej zmian tempa, riffy są cięższe. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest Vengeance Is Mine. Bardzo przypadły mi do gustu agresywne riffy w połączeniu z blastbeat'owym napierdalaniem w stylu Terrorizera. W tym momencie budzą się moje skojarzenia z Altars Of Madness. Kolejną przyzwoitą pozycją na Covenant jest Lion's Den. Podobnie jak w przypadku Rapture, muzyka wpada w ucho. Kolejną zajebistą pozycją na naszej liście jest z początku niepozorne Blood On My Hands. Utwór Angel Of Disease brzmi nieco inaczej od poprzednich utworów. Na gitarach wygrywane są dźwięki o wyższych tonach (niczym na debiucie), poza tym tu jako wokalista wystąpił Trey Azagthoth; wyraźnie słychać tu wpływy groove metalu i rap metalu, co w przypadku Morbid Angel jest raczej dziwne. Nie mam jednak nic do tego utworu, lżejsze granie nawet fajnie się wpasowało do płyty. Zespół wraca do ciężkiego napierdalania przy Sworn To The Black. Pomimo, że brzmienie gitar brzmi tu naprawdę przyzwoicie, to jednak jest to mniej lubiany przeze mnie wałek na Covenant. Nie zdziwiłbym się, gdyby to był najgorszy utwór na płycie. W pewnym momencie jednak sytuacja się poprawia, tak więc zostaję przy słuchaniu. Następny numer jest czymś w rodzaju przerywnika. Jest to spokojny, aczkolwiek klimatyczny kawałek o tytule Nar Mattaru. Jest to jednocześnie intro do ostatniego numeru na płycie. Jest nim ociężały utwór o tytule God Of Emptiness

W przypadku warstwy lirycznej David Vincent odwalił kawał dobrej roboty. Zostały one napisane w bardzo przyzwoitym, podniosłym stylu. Czytając je miałem wrażenie, że czytam modlitwy z biblii szatana. Większość utworów ma charakter satanistyczny i antyreligijny. W Rapture i Vengeance Is Mine podmiotem lirycznym jest człowiek opętany przez siły zła. Pragnie on zasilić szeregi armii szatana, by móc walczyć z dobrem. W Pain Divine osobą mówiącą jest szatan w postaci węża. Użala się on nad swoim losem, obwinia boga o wszystkie swoje niepowodzenia. World Of Shit (The Promised Land) jest krytyką ludzkości. Podmiot liryczny uważa, że rasa ludzka jest tępa, gdyż ślepo wierzy w swojego boga, nie dostrzegając przy tym niekorzyści płynących z wyznania. Lion's Den i Angel Of Disease opowiadają o ponurych czasach, gdy zło przezwycięży dobro. Osoba mówiąca jest zadowolona z tego, że szatan dojdzie do władzy, a rasa ludzka dostanie nauczkę za wiarę w swojego boga. Blood On My Hands i Sworn To The Black są na temat narodzin człowieka złego do szpiku kości. Omówione jest to, jak bohater utworu został wysłany przez szatana na ziemię, aby móc szerzyć nienawiść. W God Of Emptiness została przedstawiona rozmowa szatana z bogiem. Pan zła krytykuje swojego wroga za fałsz wobec wyznawców i ogłupianie ich.

Podsumowując, Covenant to świetny krążek. Słychać, że chłopaki z Morbid Angel ciężko pracowali nad albumem, dopieszczając go jak najlepiej. Prawdopodobnie jest to bardzo duży krok naprzód w historii zespołu. Kompozycje zostały bardzo dobrze stworzone, brzmienie przypadło mi do gustu; solidny muzyczny wpierdol w postaci agresywnych gitar i blast beat'ów został wykonany z sercem i pomysłowością. David Vincent growlując pokazał, że w jego głosie drzemie ogromna moc. Teksty wcale nie były gorsze od kompozycji - ich podniosły styl i tematyka nadały ciekawego klimatu, nie raz miało się wrażenie, jakby czytało się satanistyczną biblię. Płyta od początku do końca prezentowała się wyśmienicie. Jak najbardziej polecam Covenant fanom death metalu - jest to solidne, a za razem profesjonalne napierdalanie. Morbid Angel udowodniło jak wielką ma wartość.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobrze napisane riffy
- Ciekawy przekaz
- Trud włożony w stworzenie albumu
- Klimat
- Brzmienie
- Wokal Davida Vincenta
- Album porządnie wciąga
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Beznadziejna okładka

Okładka: 1,5/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9,75/10

Ogólna ocena: 9,5/10


Vader - De Profundis


De Profundis (z łacińskiego: Z Otchłani) jest drugim albumem studyjnym polskiej grupy deathmetalowej Vader. Został wydany 12 września 1995 roku nakładem Croon Records. Praca nad płytą rozpoczęła się w maju tego samego roku. Zespół w tym okresie współpracował z Gdyńskim studiem Modern Sound Studio, produkcją zajęli się z kolei Piotr Wiwczarek i Adam Toczko. Portal Machina.pl uznał De Profundis za najlepszy krążek w historii polskiego metalu.

Okładka została stworzona przez znanego twórcę grafik albumów, Wesa Benscotera. Stworzył on między innymi obrazy do płyt Divine Intervention Slayera i Diabolical Summoning zespołu Sinister. Na grafice została prawdopodobnie przedstawiona rzeźba ukazująca trzy stwory. Dwa z nich próbują zabić tego znajdującego się po środku. Choć próbuje on się uwolnić, przyczynia się do swojej zagłady. Jako ciekawostkę dodam, że okładka do De Profundis jest jedną z pierwszych namalowanych przez tego artystę (pierwsza grafika została stworzona w 1993 roku, De Profundis powstało rok później). Artysta ten choć dość często tworzy okładki komputerowo, potrafi też tworzyć je ręcznie. De Profundis jest jednym z tych świetnych przykładów. Z pewnością jest to bardzo dobry ozdobnik płyty.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 8/10 - LeastWorstOption
- 9/10 - OzzyApu
- 7/10 - jayfatha
- 7/10 - Noktorn
- 8,5/10 - Deathcult


Lista utworów:

1. Silent Empire
2. An Act Of Darkness
3. Blood Of Kingu
4. Incarnation
5. Sothis
6. Revolt
7. Of Moon, Blood, Dream And Me
8. Vision And The Voice
9. Reborn In Flames
10. De Profundis
11. The Wrath
12. I.F.Y.

Vader również postarał się nad swoim dziełem. Podobnie jak Covenant, De Profundis przypadło mi do gustu, choć w zdecydowanie mniejszym stopniu od trzeciego krążka Morbid Angel. W De Profundis możemy usłyszeć przejścia z agresywnego, deathmetalowego grania do thrashmetalowego napierdalania. Zarówno pomysł, jak i jego wykonanie prezentują się nieźle. Vader też w ciekawy sposób tworzy przejścia pomiędzy utworami. Często nie wiedziałem, kiedy zespół przechodzi do kolejnego numeru, złudzenie te powodują krótkie pauzy i dobrze spasowane ze sobą początkowe i końcowe fragmenty kawałków. Jak na 20-letnią płytę, De Profundis prezentuje się świeżuteńko, zupełnie jakby Vader stworzył to dzieło ze 2-3 lata temu. Nie miałem również zastrzeżeń do ciężkiego brzmienia; wyraźnie kapela zainspirowała się takimi osobistościami jak Slayer, Sodom, Kreator, Deicide i Morbid Angel. Podobno zespół ten słynął z wielu inspiracji, toteż takie nagromadzenie podobieństw mnie nie dziwi. Gitary brzmią świetnie, choć nad riffami niezbyt mocno się wysilono. Docent na stanowisku bębniarza gra świetne przejścia, facet zajebiście odnajduje się w szaleńczych tempach. Nie zdziwiłbym się, gdyby Vader miał w tamtym okresie miał swój najlepszy skład. Największy problem z tą płytą jest taki, że jest mało różnorodna. Wszystkie utwory są bardzo do siebie podobne (wśród nich najbardziej wyróżnia się jedynka, którą najprościej było zapamiętać). Pozostałe są dość do siebie podobne, co utrudniło mi kontakt z albumem. Zespół rozpoczyna jazdę bez trzymanki od thrashowo/deathmetalowego stwora w postaci Silent Empire. Dwójka (An Act Of Darkness), choć podobna do poprzedniego numeru, weszła we mnie zdecydowanie gorzej. Nie najgorzej za to prezentuje się nieco wolniejsze od poprzedników Blood Of Kingu. Całkiem przyzwoicie prezentuje się też Incarnation wyraźnie inspirowane Deicide i Sodomem. Podobna sytuacja jest z numerem o tytule Sothis. Nieco bardziej od poprzednich utworów (z wyjątkiem Silent Empire) przypadło mi do gustu Revolt. Of Moon, Blood, Dream And Me skojarzyło mi się trochę z Morbid Angel. Nie jest to jednak zbyt odkrywczy numer. Kolejnym (obok Silent Empire i Revolt) bardziej wyróżniającym się numerem na De Profundis jest Vision And The Voice. Riffy słyszane w tym numerze zdecydowanie bardziej wpadają w ucho, po raz kolejny obudziły się też moje skojarzenia z Sodomem. Równie mocno na tle pozostałych kawałków wyróżnia się ciężkie Reborn In Flames. Numer tytułowy (De Profundis) jest krótkim instrumentalem stanowiącym bardziej outro albumu. The Wrath nie jest niczym specjalnym na płycie. Ot utwór inspirowany Morbid Angel i Kreatorem. Ostatni na płycie jest cover zespołu Depeche Mode o tytule I.F.Y. (I Feel You). Jest to kiepski, monotonny numer zagrany niezwykle spokojnie jak na Vadera.

Większość utworów na De Profundis zostało zainspirowanych twórczością Lovecrafta. Ponieważ nie czytałem jego książek, nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi Wiwczarkowi w większości utworów. Widać jednak, że teksty zostały dobrze napisane. Podobnie jak w przypadku Covenant, charakteryzują się one podniosłym stylem. Z pozoru wyglądają one jak bezsensowny bajzel, a jednak jest w nich przesłanie, którego nie potrafię dostrzec. Opiszę tylko te utwory, które zrozumiałem. W Incarnation została przedstawiona historia duszy, która podróżuje w zaświaty. Próbuje ona się odnaleźć wśród innych idących na sąd ostateczny. Of Moon, Dream And Me jest opisem seksu między parą kochanków. Utwór Reborn In Flames został zainspirowany biblijną apokalipsą. Podmiot liryczny opisuje to, w jaki sposób zniknie z powierzchni ziemi rasa ludzka. The Wrath jest opisem piekła. Podmiot liryczny pokazuje nam, co się dzieje z duszami wtrąconymi do królestwa szatana. W I.F.Y. została opisana silna miłość fizyczna i duchowa pomiędzy parą kochanków.

Podsumowując, De Profundis jest bardzo dobrą płytą. Zespół włożył dużo pracy i serca w stworzenie albumu, choć mam wrażenie, że chłopaków z Vadera stać na więcej. Zdecydowanie najbardziej spodobało mi się brzmienie płyty; agresywne gitary i solidne, deathmetalowe blasty świetnie łączą się z thrashowym stylem gry. 20 lat po wydaniu, De Profundis nie zestarzało się. Do dzisiaj w muzyce w ten sposób się gra. Świetne brzmienie De Profundis jest zasługą świetnie dobranego składu, wśród którego najlepiej moim zdaniem spisał się zmarły już bębniarz Docent. Teksty pomimo braku zrozumienia (ze względu na trudną tematykę powieści Lovecrafta) zostały dobrze napisane. Płyta nie mogła się pochwalić dobrymi riffami, przy pomocy których dałoby się w jakiś sposób rozróżnić utwory. Przez to ucierpiała również różnorodność. Wiem jednak, że chłopaki z Vadera poszli w bardzo dobrym kierunku, mam szczerą nadzieję, że nie spierdolili tego.

Zalety:
- Dobre kompozycje

- Dobrze napisane teksty
- Świeżość albumu
- Świetne brzmienie
- Bardzo dobra okładka
- Bardzo dobry skład grupy
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Niedopracowane riffy
- Brak różnorodności

Okładka: 9/10
Teksty: 8/10
Kompozycje: 8/10

Ogólna ocena: 8,25/10


Konfrontację wygrywa album: Covenant. Amerykanie z Morbid Angel zdecydowanie lepiej dopracowali swoją płytę, stworzyli bardzo dobre kompozycje i teksty. Nasz polski zespół przewyższył kapelę Azagthotha ciekawą okładką.

13 lutego 2016

Recenzja: Ektomorf - Aggressor


Witam w kolejnej recenzji. Dzisiejszy wpis zacząłem pisać 27 grudnia, jeszcze przed rozpoczęciem roku. Pomimo niedawno ukończonego remake'u konfrontacji 3 vs Instinct, nakręciłem się na recenzję najnowszej płyty węgierskiej grupy groovemetalowej. Recenzja danego wykonawcy pojawia się u nas co 12 wpisów (gdy ostatni album danego twórcy zostanie przeniesiony na drugą stronę), tak więc dzisiejszy post musiała przeleżeć przez jakiś czas "w lodówce", aby można było ją rozpakować i poczęstować wszystkich. Dzisiaj jak już moja opinia wyszła na światło dzienne, nie pozostaje mi nic jak zaprosić was do przeczytania jej. Przed wami: Ektomorf - Aggressor.

Aggressor jest dziesiątym albumem studyjnym (w tym dwunastym wydawnictwem) węgierskiej grupy groovemetalowej Ektomorf. Został wydany 23 października 2015 roku nakładem AFM Records. Najnowsze dziecko chłopaków z Węgier pojawiło się rok po ciepło przyjętym Retribution, wspominki o płycie pojawiły się jeszcze w trakcie trasy koncertowej promującej wyżej wspomniany album. Zoltan Farkas przesłał na Facebook'a informację o tym, że na najnowszym krążku pojawi się znany wokalista deathmetalowy George Fisher (Corpsegrinder). W czerwcu 2015, grupa poinformowała o procesie nagrywania albumu, z kolei 31 sierpnia pojawiła się lista utworów i okładka najnowszego wydawnictwa. Od tamtej pory Ektomorf zaczął usilnie promować krążek, wypuszczając piwa ze swoją nazwą i logiem. Równolegle z promocją płyty, Zoltan Farkas zapowiedział wydanie swojej biografii. 25 września pojawił się singiel na YouTube, Evil By Nature. Po wydaniu albumu grupa zebrała pozytywne opinie.

Okładka najnowszego dziecka Ektomorfa zrobiła na mnie pozytywne pierwsze wrażenie. Przedstawione jest na niej logo grupy w kałuży krwi; w środku widoczna jest czaszka. Po czasie zdaję sobie sprawę, że grafika jest prymitywna i bardzo "nieEktomorfowa". Nie zdziwiłbym się, gdyby została ona wykonana przez domorosłego grafika bawiącego się w GIMPie. Tak czy siak patrząc na nią, pomyślałem, że Aggressor może być płytą przebijającą każde poprzednie wydawnictwo, z pewnością chłopaki dadzą porządny wpierdol.

Wybrane oceny z różnych serwisów:

- 9/10 - R.A.M.
- 7,5/10 - LupusUnleashed
- 4/10 - Angry Metal Guy
- 8/10 - Metal Wani
- 8/10 - Markus' Heavy Music Blog


Lista utworów:

1. Intro
2. I
3. Aggressor
4. Holocaust
5. Move On
6. Evil By Nature
7. You Can't Get More
8. Emotionless World
9. Eastside
10. Scars
11. Damned Nation
12. You Lost
13. You're Not For Me
14. Memento

Ektomorf to dziwna grupa. Chłopaki nie mają szans na wielką popularność, poza tym powoli zaczyna im doskwierać starość. Jednak od czasu wydania Destroy, wśród wydanych krążków pojawił się tylko jeden bubel. Średnia całkiem niezła, czyż nie? Chłopaki pod względem profesjonalizmu przebili nawet swojego mentora, Maxa Cavalerę, który w ciągu ostatnich pięciu lat wydał aż 4 kiepskie płyty! Każde wydawnictwo Ektomorfa jest inne, z czasem panowie nabierają niezbędnego im fachu. Utwory wydają się być lepiej skonstruowane, riffy napisane przez Zoltana i paczkę wywołują uśmiech na twarzy. Po raz kolejny pojawiają się elementy tribal metalu, z których słynie Ektomorf. Gitary nastrojone na niskie tony (w stylu Cannibal Corpse) bardzo pasują do nowego wcielenia groovemetalowców z Węgier, sam wokalista wydaje się brzmieć jeszcze lepiej niż wcześniej. Pomimo progresu, Ektomorf wciąż jest sobą - tak samo jak poprzednim dziełom, nie brakuje tu plemiennego klimatu. Tak jak w przypadku Black Flag, większość numerów spokojnie nadaje się na koncerty. Jakieś wady? Oczywiście warstwa liryczna, o której opowiem później. Tytuły utworów standardowo są bardzo idiotyczne. Poza tym, pod koniec płyta sprawia wrażenie wykonanej z przymusu. Zastrzeżenie mam też do doboru gościa, George'a Fishera. Na początku cieszyłem się z tego, że wystąpi u boku Zoltana Farkasa, słuchając go jednak zdałem sobie sprawę, że lider Ektomorfa strzelił sobie w stopę. Corpsegrinder wypadł nieporównywalnie lepiej do Zoltana, przy growlerze nasz Węgier wypada blado. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby zatrudnić kogoś o podobnych umiejętnościach, a nie szukać kogoś przyćmiewającego wszystko wokół z powodu charyzmy. Pomimo jak najbardziej pozytywnej opinii na temat Aggressora, w porównaniu do Black Flag płyta nie robi tak dużego szału. Czegoś mi tu po prostu zabrakło. Na początku dostajemy klimatyczne Intro. Na albumach Destroy, Outcast, Redemption i Black Flag również były wstępy, spasowano je jednak z pierwszymi utworami na albumach. Pod numerem drugim dostajemy najprawdopodobniej najlepszy kawałek z płyty: I. Utwór kojarzy mi się ze starym, dobrym Outcast. Kolejnym, całkiem niezłym numerem jest tytułowiec Aggressor. Panowie nieco zwalniają, tworząc utwór w stylu Black Flag. Podobna sytuacja ma się z drugim singlem: Holocaust. Jest to dosyć ciężki i prosty numer, brzmi jednak całkiem nieźle. W dalszej kolejności dostajemy przebojowy kawałek w stylu Instinct, Move On. Evil By Nature kojarzy się z Black Flag, jest to całkiem przyzwoity numer ubarwiony przyćmiony growlem George'a Fishera znanego z Cannibal Corpse. Kolejnym, świetnym rozwiązaniem na koncerty wydaje się You Can't Get More. Następne w kolejności jest Emotionless World. Utwór nie przypadł mi do gustu, ze względu na kiepsko zaśpiewany refren. Niektórzy może i polubią ten numer, ja jednak nie przepadam za nim. Pod numerem dziewiątym kryje się przyzwoity kawałek o tytule Eastside. Rozpoczyna go ciekawe, akustyczne intro w stylu 12 Angels z Black Flag, po czym Ektomorf rozpoczyna ciężką jatkę. Z pewnością jest to jeden z najlepszych numerów na Aggressorze. Po tym rozpoczyna się nieco lżejszy kawałek od pozostałych, Scars. Panowie wracają do wpierdolu przy Damned Nation. W dalszej części Aggressor wydaje się być płytą wykonaną na szybko. Ektomorf daje nam do posłuchania dwa średniaki: You Lost i You're Not For Me. Album kończy średnie akustyczne outro Memento. Szczerze to ten numer nie zrobił na mnie dużego wrażenia, panowie mieli na koncie zdecydowanie lepsze instrumentale tego typu (Forgotten Fire z Kalyi Jag, From My Heart z Destroy, czy chociażby wcześniej wspomniane 12 Angels z Black Flag). Przynajmniej na końcu panowie wracają do tradycji.

Do tekstów Ektomorfa powinni się już wszyscy przyzwyczaić. Zoltan nie zamierza sobie zawracać głowy inwencją twórczą, dla niego wystarczy pozytywny przekaz. Niestety, nie wszyscy podzielają jego opinię, w tym ja - uważam, że lider Ektomorfa jest leniem, nie ma w ogóle pomysłów na rozwinięcie warstwy lirycznej. Możliwe, że według niego nie ma to sensu - nie ma dużej popularności, toteż może skupić się wyłącznie na przekazie, a nie na budowie tekstów. Pomimo, że tekstów nie ma jeszcze w internecie (recenzję pisałem 27 grudnia), nie jest ciężko odczytać o czym one są - Zoltan daje bardzo prosty i zrozumiały przekaz. W IAggressor, Move On i Eastside Zoltan daje jasny przekaz, aby nie dawać się poniżać swoim wrogom i móc żyć swoim życiem. Jak sama nazwa wskazuje, Holocaust opowiada historię żydów wymordowanych przez nazistów w trakcie holokaustu. Evil By Nature bez wątpienia wzorowane jest tekstami Cannibal Corpse. Mowa jest tu o seryjnym mordercy, który z zimną krwią zabił kobietę. W You Can't Get MoreYou Lost i You're Not For Me Zoltan odwołuje swoje słowa do człowieka kierującego się w życiu zazdrością. Podmiot liryczny krytykuje adresata za złe podejście do życia. W utworze Emotionless World i Damned Nation Zoltan zastanawia się nad niesprawiedliwością świata. Denerwuje go fakt, że w życiu czasem może dostać się po dupie ludziom którzy na to nie zasługują, a ci źli pomimo swojego nastawienia do świata mają dobrze. W Scars osoba mówiąca użala się nad sobą. Zdradziła go bliska osoba, zostawiając podmiotowi lirycznemu bolesne blizny. Jest to jeden z tych numerów, jakich Ektomorf ma wiele.

Podsumowując, Aggressor to całkiem przyzwoite dzieło. Po raz kolejny Zoltan Farkas i jego paczka udowadniają, że już dawno przerośli swojego mistrza, Maxa Cavalerę. Płyta ma mnóstwo cech poprzednich cech, czuć jednak tutaj pewien progres. Choć czułem, że płyta Ektomorfa została wykonana lepiej od wcześniejszych wydawnictw, płyta nie wciągnęła mnie tak mocno jak Outcast, czy chociażby Black Flag. Wśród wad można wymienić kiepsko napisane teksty, tytuły utworów, a płyta pod koniec rozlatuje się. Do minusów Aggressora dodałbym jeszcze George'a Fishera z Cannibal Corpse jako gościa. Nie chodzi mi o to, że kiepsko zaśpiewał, Zoltan Farkas wypadł przy nim tak blado, że to tak naprawdę George'a Fishera podziwialiśmy w utworze, a na lidera Ektomorfa nawet nie zwracaliśmy uwagi. Wśród zalet można wymienić: przebojowość, ciężkie brzmienie, plemienny klimat, a także sam wokal Zoltana. To nie są umiejętności Corpsegrinder'a, słychać jednak, że jeden z najbardziej znanych cyganów w metalu ćwiczył. Pomimo wad, Aggressora jak najbardziej polecam. Ucz się panie Cavalera od swoich byłych uczniów!

Zalety:
- Dobrze napisane kompozycje
- Przekaz
- Plemienne wstawki
- Agresja i ciężar
- Przebojowość
- Poprawa umiejętności wokalnych Zoltana Farkasa
- Cechy poprzednich płyt

Wady:
- Album pod koniec się psuje
- Teksty są kiepsko napisane
- Corpsegrinder w Evil By Nature (przyćmiewa Zoltana)
- Beznadziejne tytuły utworów


Okładka: 6,5/10
Teksty: 4,5/10
Kompozycje: 8,5/10

Ogólna ocena: 8/10

12 lutego 2016

Recenzja: Terrorizer - World Downfall


Witam w kolejnej recenzji. Ostatnio rozmawiając z Bartoszem z RAMu zainteresowaliśmy się kapelą grindcore'ową Terrorizer. W jego przypadku zespół przyciągnął uwagę obecnością Davida Vincenta i Pete'a Sandoval'a z Morbid Angel, ja natomiast zaciekawiłem się tą grupką widząc w składzie Jesse Pintado z Napalm Death. Ponieważ każdy z nich (prócz wokalisty Oscara Garcii) jest znanym i lubianym w świecie metalu muzykiem, warto było się zainteresować tym projektem. W pewnym momencie pomyślałem również, że świetnym pomysłem byłoby skonfrontowanie tego krążka z debiutancką płytą Napalm Death. Ostatecznie byłem w błędzie; obie płyty są od siebie różne jak dwa odmienne organizmy. Nie muszę chyba mówić, że początkowo ta recenzja była konfrontacją. Przed wami: Terrorizer - World Downfall.

World Downfall jest debiutanckim albumem studyjnym amerykańskiej grupy grindcore'owej Terrorizer. Został wydany 13 listopada 1989 roku nakładem Earache Records. Zespół powstał w 1987 roku z inicjatywy perkusisty Pete Sandoval'a (później znanego z zespołu Morbid Angel) i gitarzysty Jesse Pintado. Przyłączyli się do nich wokalista Oscar Garcia i basista Alfred Estrada. Wkrótce Estrada został zastąpiony przez Davida Vincenta, również znanego z Morbid Angel. Dzięki swojej debiutanckiej płycie, Terrorizer zapisał się na karty historii grindcore'u. Niestety, niedługo przed wydaniem albumu zespół rozpadł się, David Vincent i Pete Sandoval skupili się na działalności w Morbid Angel, Jesse Pintado przyłączył się do Napalm Death, a Oscar Garcia reaktywował swój zespół Nausea.

Okładka z pozoru wydaje się chaotyczna, aby ją zrozumieć trzeba jej się dokładnie przyjrzeć. Możemy na niej dostrzec islamistów, polityków, wielkie korporacje i przemysł, walczących ze sobą ludzi, oraz fragment zdjęcia z 1984 roku - dziecko przysypane gruzem w wyniku wybuchu gazu. W centrum widoczny jest Jezus Chrystus, prawdopodobnie jako symbol chrześcijaństwa. Z tego można wywnioskować, iż na okładce zostało ukazane wszelkie zło świata. Tyczy się to nawet chrześcijaństwa, które za czasów wypraw krzyżowych doprowadziło do śmierci wielu niewinnych ludzi niechcących przyjąć wiary katolickiej. Okładka robi wrażenie, przypomina nam o tym, że nie żyjemy w świecie idealnym. To co zostało na niej przedstawione jest aktualne do dzisiaj.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 9/10 - Orbitball
- 9,75/10 - hells_unicorn
- 10/10 - CHRISTI_NS_ANITY8
- 10/10 - ModeneseAdriano
- 7,25/10 - cryptopsyftw


1. After World Obliteration
2. Storm Of Stress
3. Fear Of Napalm
4. Human Prey
5. Corporation Pull-in
6. Strategic Warheads
7. Condemned System
8. Resurrection
9. Enslaved By Propaganda
10. Need To Live
11. Ripped To Shreds
12. Injustice
13. Whirlwind Struggle
14. Infestation
15. Dead Shall Rise
16. World Downfall

Możliwe, że już parę razy mówiłem o tym, że nie cierpię grindcore'u. Kapele grające ten gatunek najczęściej nie wysilają się przy pisaniu muzyki tworząc od 15 do 50 tych samych kawałków. Ważne jest, aby były one krótkie, w 95% składały się z blast beat'ów, mdłych riffów, głośnego basu i wokalisty drącego pizdę niczym papuga z nowotworem, bądź jak buldog uwięziony na łańcuchu. To co ta grupa stworzyła przeczy wszelkim stereotypom, jak na grindcore jest to niesamowita płyta. Niby nie dorównuje większości deathmetalowych zespołów jakie znam, aczkolwiek poziom jak na grindcore jest bardzo wysoki. Zdziwiłem się, gdy przekonałem się jak World Downfall łatwo we mnie weszło, przez parę ładnych dni miałem z tego taką samą radochę jak z Harmony Corruption Napalm Death. Riffy są ciężkie i ponure, Jesse Pintado po prostu wymiata na swojej gitarze. Bas Davida Vincenta choć jest głośny, świetnie współgra z wiosłem. Spośród tego składu najmniej polubiłem Oscara Garcię, który może i potrafi się wydrzeć, ale jakoś nie pasuje mi do całości. Takich wokalistów jak on jest wielu, brakowało mu charyzmy decydującej o tym, że to on idealnie pasuje na stanowisko lidera zespołu. Choć wiem, że potrafi drzeć się lepiej niż ja, to i tak zarówno w metalu jak i hardcore słyszałem wielu lepszych gardłowych. Pomimo tego chłopaki z Terrorizera udowadniają, że są zgraną paczką; większość kawałków została skomponowana z sercem, połączenie umiejętności wszystkich członków grupy daje przyzwoity efekt. Od czasu do czasu zdarzyło mi się trafić na jakiś gorszy utwór utrudniający słuchanie. Przez nie w szeregi World Downfall wkradała się monotonia. Niedługo potem było się ratowanym przez porządny kawałek, tak więc nuda spowodowana słabostką trwała krótko. Ilość utworów nie przeszkadza w odsłuchiwaniu płyty; może jest ich aż szesnaście, większość jednak jest dość krótka. Można poczuć muzyczny wpierdol jaki zaserwowali nam panowie z Terrorizera. Jestem uradowany tym, że zespół wykorzystał szesnaście utworów na stworzenie czegoś na wysokim poziomie. Już na początku można się domyśleć o czym chcę powiedzieć; od razu na początku dostajemy trzy najlepsze numery na albumie: After World Obliteration świetnie rozpoczyna tę płytę jest to jeden z najdłuższych kawałków na World Downfall. Zagrane tu riffy łatwo zapadają w pamięć, jest to dość nietypowe jak na kapele grindcore'owe. Podobna sytuacja jest w Storm Of Stress (będące moim faworytem). Utwór zajebiście podtrzymuje rozpierduchę zaserwowaną na początku; świetny riff, mruczący bas i potężny blast beat zajebiście się ze sobą zespoiły, tworząc porządną rozpierduchę. Ze względu na tytuł i brzmienie, Fear Of Napalm kojarzy mi się z Napalm Death. Jest to kolejna przyzwoita kompozycja na płycie. Po tej trójce zajebistych numerów Terrorizer prezentuje średniaki. Human Prey jest słabsze od poprzednich utworów, choć da się tego słuchać. Nieco lepiej na tle poprzednika wypada Corporation Pull-in. Riffy zagrane przez zespół brzmią nieco punkowo, wpadają w ucho. Podobna sytuacja jest w utworze Strategic Warheads. Utwory te nie wyróżniają się zbytnio, szybko uciekają z pamięci. Taka sytuacja musiała jednak w pewnym momencie nastąpić. Krótkie Condemned System jest jednak rekompensatą wysłuchiwania nieco gorszych kawałków na płycie; pomimo swojej długości, mogłoby dorównywać pierwszej trójce. Po niewartym omówienia średniaku Resurrection przyszedł czas na całkiem niezły, hardcore'owy kawałek Enslaved By Propaganda. Zdecydowanie jest przy czym pomachać głową. Need To Live jest prawdopodobnie największą zmorą tego albumu. Jest to typowy, grindcore'owy numer z nudnym riffem i prymitywnymi, bezsensownymi atakami blastów. W dalszej kolejności jest całkiem niezłe Ripped To Shreds. Choć utwór ma typową dla grindu budowę, da się usłyszeć w nim potencjał. Riffy i bas po raz kolejny dają solidnego kopa, co z pewnością da się docenić. Injustice od razu na początku daje nam po ryju grobowym riffem w stylu Napalm Death. W dalszej kolejności jest dość słabe Whirlwind Struggle i średnie Infestation. Ostatnim kawałkiem wykonanym przyzwoicie na albumie jest Dead Shall Rise. Tytułowiec (World Downfall) nie przypadł mi do gustu. 

Teksty na albumie wydały mi się średnie. Choć do przekazu nie miałem zastrzeżeń (polityka, problemy życiowe, wojny, propaganda i niewola), warstwa liryczna została spieprzona tym, w jaki sposób zostały napisane teksty. Nikt się nad nimi nie wysilał, w utworach dominują równoważniki zdań, wyrazy często się powtarzają, a czasem nawet nie pasują do reszty. Chłopaki wiedzieli co chcą powiedzieć, a jednak mieli problem z wyrażeniem tego. After World Obliteration i Strategic Warheads opowiadają w prosty sposób o ziemi dotkniętej wojną nuklearną. Podmiot liryczny wymienia jego następstwa. Storm Of Stress jest skierowane do ludzi, którzy zostali wyniszczeni przez stres. Podmiot liryczny cieszy się z ich cierpienia oznajmiając im, że to wszystko mają z powodu złych wyborów życiowych. Fear Of Napalm opowiada historię ludzi, na których wioskę zostały zrzucone kanistry z napalmem. Przy pomocy równoważników zdań zostały opisane ich uczucia i strach. Human Prey jest czarną wizją istnienia człowieka. Według podmiotu lirycznego, rasa ludzka wyginie w wyniku biblijnej apokalipsy. Corporation Pull-inCondemned SystemNeed To Live i Infestation są krytyką niesprawiedliwości na świecie. Podmiot liryczny irytuje się tym, że bogaci ludzie mają możliwość powiększania swojego majątku, choć nie jest im to do niczego potrzebne, a biedni nie mają szans na polepszenie sytuacji materialnej pomimo usilnych starań. W Enslaved By PropagandaWhirlwind Struggle i World Downfall grupa krytykuje władze wykorzystujące swoje możliwości do wyzysku obywateli. W Ripped To Shreds osoba mówiąca potępia zabijanie zwierząt dla futra. Według grupy, takie postępowanie nic nie daje, przybliża nas jedynie do bycia złym. Injustice krytykuje społeczeństwo za chciwość. Według podmiotu lirycznego, człowiek w dzisiejszych czasach potępia naprawdę liczące się wartości, a jedyne na czym mu zależy to pieniądze. W Dead Shall Rise jest mowa o trupach powstających z grobu w celu wyniszczenia ludzkości. 

Podsumowując, World Downfall to przyzwoita płyta. Choć album mi się spodobał, to jednak ciężko jest mi określić czy tak powinien brzmieć grindcore. Chłopaki postarali się nad pisaniem utworów, choć wiele z nich było dość krótkich, słuchało się ich z radością ze względu na świetne, ciężkie riffy. Nie tylko Jesse Pintado zasłużył na medal, ale także David Vincent i Pete Sandoval, którzy również włożyli dużo serca w ponure brzmienie albumu. Za ich sprawą płyta mocno wciąga i zapada w pamięć. Wśród składu jedynie Oscar Garcia nie przypadł mi do gustu ze względu na przeciętność; takich gości jak on jest wielu na świecie, przez co zastąpienie go byłoby banalnie proste. Na płycie czasem można było trafić na bardziej nużący utwór, co mogłoby u niektórych wywołać uczucie monotonii. Pomimo tego, największym szajsem na płycie okazała się warstwa liryczna. W utworach było pełno niepotrzebnych równoważników zdań, wyrazy często się powtarzały i nie pasowały do reszty. A jednak polecam ten krążek, ze względu na dobrą, porządnie dopracowaną część albumu. Niektórzy z was będą dobrze się bawili podczas odsłuchu World Downfall.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Pozytywny przekaz
- Bardzo dobrze napisane riffy
- Świetne zgranie składu
- Brzmienie
- Okładka
- Album porządnie wciąga
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Zdarzało się trafić na słaby utwór
- Beznadziejnie napisane teksty
- Przeciętność wokalisty

Okładka: 9,5/10
Teksty: 3,5/10
Kompozycje: 8,5/10

Ogólna ocena: 7,5/10

9 lutego 2016

Recenzja: Accept - Balls To The Wall


Witam w kolejnej recenzji. Grupie czytelników nieprzepadającej za moimi ostatnimi wpisami mam dobrą wiadomość. Spośród wszystkich heavymetalowców, ta płyta będzie póki co ostatnia. Nie odkładam tego gatunku na zawsze, jednak z tej serii będzie już wszystko. Na deser zaprezentuję wam klasykę niemieckiego heavy metalu. Poniekąd Accept przyciągnęło moją uwagę ich pochodzeniem, słuchając thrashu naszych zachodnich sąsiadów można przyznać, że chłopaki mają jaja. Ciekawe czy niemiecki heavy metal będzie równie przyzwoity. Przed wami: Accept - Balls To The Wall.

Balls To The Wall jest piątym albumem niemieckiej grupy heavymetalowej Accept. Został wydany 5 grudnia 1983 roku nakładem RCA Records. Niedługo po wydaniu Restless And Wild, zespół zaczyna pracę nad nową płytą. Gdy ta się ukazała, niemieccy heavymetalowcy uzyskali ogólnoświatową popularność. Ze względu na parę utworów i oprawę graficzną, Balls To The Wall było albumem kontrowersyjnym, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Pomimo przeciwności, album Accepta znalazł się na 74 miejscu w rankingu Billboard 200, z kolei utwór tytułowy stał się sztandarowym numerem grupy.

Trzeba to przyznać, okładka wygląda dość kontrowersyjnie. Przedstawiony jest na niej mężczyzna ubrany w strój sado-maso, trzyma on kamienną kulę w ręce. Patrząc na grafikę można wywnioskować, iż tytuł "Balls To The Wall" nie oznacza "uderz jajami o ścianę", a po prostu "kule do ściany". Osobiście nie przepadam za tego typu okładkami, aczkolwiek zdobiąc płytę heavymetalową nie wygląda źle.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 10/10 - Wrathchild
- 9,5/10 - Metal_Thrasher90
- 7,75/10 - Metal_Jaw
- 9/10 - hells_unicorn
- 8,5/10 - Ayeka


Lista utworów:

1. Balls To The Wall
2. London Leatherboys
3. Fight It Back
4. Head Over Heels
5. Losing More Than You've Ever Had
6. Love Child
7. Turn Me On
8. Losers And Winners
9. Guardian Of The Night
10. Winter Dreams

Przyznam, że słuchając Balls To The Wall całkiem nieźle się bawiłem. Zespół stworzył bardzo przebojowy i energiczny album, typowo heavymetalową, koncertową rozpierduchę. W pierwszej chwili piąte wydawnictwo Accepta skojarzyło mi się z albumem Better Off Dead Sodomu. Kto wie, pewnie Tom Angelripper uznał, że inspiracja "Jajami" będzie udana. Możliwe też, że takiej muzyki słuchał Michael Hoffmann, który przyniósł ze sobą ich brzmienie. Naprawdę, miałem ogromne skojarzenia z thrashmetalowcami Angelrippera (wystarczy posłuchać riffu do Balls To The Wall przypominający ten z Resurrection); niesamowita energia, utwory wpadające w ucho, zajebiste riffy i melodyjność. Poniekąd z tego powodu można polecić zespół osobom lubującym się w thrashu. Accept wyraźnie inspiruje się AC/DC i Motorhead, choć próbuje tworzyć swoje własne brzmienie. Udo Dirkschneider (wokalista) przypomina trochę połączenie Lemmy'ego Kilmistera i Bona Scotta, zajebiście się go słucha na tej płycie. Pomimo tych wszystkich superlatyw, były momenty gdy byłem wkurwiony słuchając tej płyty. Zdarzało się że Accept czerpie inspirację z kapel grających glam metal, którego po prostu nie lubię. Przez to męskie, testosteronowe brzmienie kolidowało z pedalskim, glamowym, co może nieźle wkurzyć kogoś, kto oczekuje od muzyki przypływu siły. Od razu na początku dostajemy sztandarowy kawałek zespołu: Balls To The Wall. Jest to świetny, wpadający w ucho numer z heavymetalową, młodzieńczą energią. Drugim, równie dobrym utworem jest już nieco wolniejsze London Leatherboys. Trzecie na liście jest Fight It Back. Numer kojarzy się nieco ze Screaming Of Vengeance grupy Judas Priest, na tle poprzednich numerów wypada przyzwoicie. Head Over Heels jest kolejną, świetną pozycją na płycie. Utwór kojarzy się trochę z debiutem Iron Maiden, choć miejscami przypomina mi się też Sodom. Następny kawałek skojarzył mi się nieco z Motorhead'em zmieszanym z grupami glammetalowymi: Losing More Than You've Ever Had. Jak dla mnie utwór wypada dużo gorzej od poprzednich, nie przepadam za tego typu graniem. Po chwili jednak Accept wraca do porządnego muzykowania. Love Child zalatuje mi trochę wczesnym Black Sabbath. Turn Me On przypomina nieco pierwsze utwory z tej płyty, słucha się tego dużo gorzej; wokal Udo brzmi tutaj dość pedalsko, kojarzy się trochę z zespołami glamowymi. Kolejnym kawałkiem budzącym moje skojarzenia ze wczesnym Iron Maiden jest Losers And Winners. Utwór wypada przyzwoicie, jest przy czym się pobawić. Numer z pewnością dorównuje pierwszej czwórce, co w przypadku Balls To The Wall jest sporą pochwałą. Guardian Of The Night jest kolejnym słabszym utworem na płycie. Wkurzają mnie tutaj naleciałości glamu. Najspokojniejsze z płyty jest Winter Dreams. Wyczuwalny jest tutaj smutny klimat niepasujący do pozostałych utworów. Nie jest to jakiś zajebisty numer na liście Accepta, aczkolwiek zdecydowanie bardziej wolę jednak słuchać tego niż gówna inspirowanego glamem.

Teksty na Balls To The Wall są bardzo dobre. Za sprawą dość prostej i zrozumiałej budowy łatwo można się domyślić co chce zespół nam przekazać. Poza tym, tematyka tekstów jest bardzo różnorodna. Mamy tu utwory o seksie, miłości, wojnie, motocyklistach... do wyboru do koloru. Utwór Balls To The Wall opowiada o uciskanym narodzie, który zdecydował się zbuntować przeciwko swojej władzy. Osobom zniewalającym naród wkłada się odpalone materiały wybuchowe w dupę i oczekuje na wybuch. Wcześniej jednak nowi oprawcy karzą swoim wrogom odwrócić się jajami do ściany. London Leatherboys jest historią gangu motocyklistów, który zawładnął miastem. Podmiot liryczny opowiada o ich okrucieństwu wobec innych ludzi. W Fight It Back grupa krytykuje ludzi nienawidzących odmienności. Podmiot liryczny zachęca innych, aby byli sobą i nie bali się tego pokazywać. W Head Over Heels wypowiada się człowiek samotny. Zazdrości on innym ludziom posiadanie drugiej połówki, z tego powodu czuje się przytłoczony życiem. W Losing More Than You've Ever Had przedstawiona została walka dwóch osób o kobietę. Mężczyzna do którego odeszła wyżej wspomniana osoba kłóci się z innym człowiekiem o jej względy. Tłumaczy on swojemu wrogowi, że on nie zasługuje na kobietę, gdyż traktował ją źle. Love Child jest krytyką człowieka, który często zmienia kobiety. Podmiot liryczny czuje się zirytowany tym, że mężczyzna może traktować płeć przeciwną przedmiotowo. Turn Me On opowiada historię pary, która przygotowuje się do uprawiania dzikiego seksu. Podmiot liryczny oczekuje, że ze swoją partnerką spędzi przyjemną noc. W Losers And Winners adresatem lirycznym jest mężczyzna skłócony ze swoją kobietą. Osoba mówiąca zachęca go do walki o nią. Guardian Of The Night jest opowieścią zaserwowaną przez człowieka z depresją. Osoba ta przeżywa swoją niedolę, opowiada o bólu jaki czuje w związku z niezrozumieniem. W Winter Dreams podmiot liryczny cieszy się z zimy. Raduje go widok bawiących się dzieci w śniegu i wszechobecna radość. Przez to zapomina o złu panującym na świecie.

Podsumowując, Balls To The Wall to bardzo dobra płyta. W dużej mierze chłopaki z Accepta postarali się nad swoją muzyką, czerpali swoje inspiracje z wielu źródeł, co świadczy o różnorodności. Było ciężko, rasowo i energicznie, większość utworów zapadała w pamięć za sprawą zajebistego brzmienia, riffu bądź tekstu godnego zapamiętania. Niestety, chłopaki włożyli w Balls To The Wall zbędne (pedalskie) elementy glamu kolidujące z ciężkim, męskim graniem. Choć muzyka nie została napisana źle, to jednak glamowskie granie z pewnością wpływa na odbiór płyty. Teksty są świetne, nic dodać, nic ująć; są dobrze napisane, łatwo je zrozumieć, a ich tematyka jest różnorodna. Polecam tą płytę fanom tego typu muzyki, warto zagłębić się w niedocenianą, niemiecką scenę heavy metalu.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobrze napisane teksty
- Przebojowość
- Energia
- Riffy wpadające w ucho
- Świetne brzmienie
- Wokal Udo Dirkschneidera
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Zbędne elementy glamu kolidujące z ciężkością
- Niektóre utwory zostały niedopracowane

Okładka: 6,5/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 8,75/10

Ogólna ocena: 9,25/10

5 lutego 2016

Recenzja: Black Sabbath - Black Sabbath vs Judas Priest - Sad Wings Of Destiny


Witam w kolejnej konfrontacji. Drugi pod rząd wpis z płytami heavymetalowymi; zaskoczeni? Bardziej byłbym zdziwiony, gdybym zabrał się za dwa blackmetalowe krążki pod rząd. Otóż faza na heavy metal póki co nie mija, aż ciekaw jestem ile to potrwa. Dzisiaj zabieram się za dwa, legendarne zespoły tego gatunku. Od pierwszego z nich wszystko się zaczęło, drugi z kolei kontynuował zabawę doprowadzając metal do popularyzacji. Żeby zająć jeszcze trochę miejsca na wstępie, pragnę wam zapowiedzieć długo oczekiwany wpis Michała. Przepraszam że tak długo, chłopak po prostu nie ma tyle czasu na prowadzenie bloga. Przed wami: Black Sabbath - Black Sabbath vs Judas Priest - Sad Wings Of Destiny.


Black Sabbath - Black Sabbath


Black Sabbath jest debiutanckim albumem brytyjskiej grupy heavymetalowej Black Sabbath. Został wydany w piątek, 13 lutego 1970 roku nakładem wytwórni Warner Brothers. Zespół powstał w 1968 roku z inicjatywy wokalisty Ozzy'ego Osbourne'a i basisty Geezera Butlera pod nazwą Rare Breed. Jakiś czas później do grupy dołączyli gitarzysta Tony Iommi i perkusista Bill Ward z zamiarem tworzenia bluesa. Po skompletowaniu składu, Rare Breed zmieniło nazwę na The Polka Tulk Blues Band. Do składu dołączyli jeszcze gitarzysta Jimmy Philips i saksofonista Alan Clarke (niedługo później opuścili grupę). Po tym kapela zmieniła nazwę na Earth (pod tą nazwą stworzyli parę utworów), niedługo jednak potem członkowie zespołu inspirując się filmem nazwali się Black Sabbath. Obecnie album uznawany jest za klasyka heavy metalu, jest to przy tym jedno z najważniejszych dzieł tego typu.

Okładka została stworzona przez członków Black Sabbath. Przedstawiona jest na niej mroczna postać w jesiennym plenerze. Na grafice widzimy zaschnięte rośliny, drzewa pokryte czerwonymi liśćmi i budynek. Wyraźnie czuć, że Black Sabbath było zainteresowane tego typu klimatami, gdyż okładka wygląda naprawdę niepokojąco. Postać widniejąca na obrazie wygląda jak członek jakiejś średniowiecznej sekty, bądź wiedźma. Dzisiaj grafika wygląda tajemniczo, choć na pewno nie robi takiego wrażenia jak w latach 70-tych. Kiedyś ludzie uważali, że muzyka ma być piękna i ciesząca, wiele osób nie wiedziało, że można stworzyć muzykę ponurą i demoniczną. Z tego powodu Black Sabbath jako pierwsze od czasów średniowiecza odkopało Tryton - demoniczną nutę.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 9/10 - Drequon
- 9/10 - Face_your_fear79
- 7,75/10 - The_Wandering_Mage
- 8/10 - SweetLeaf95
- 9,5/10 - radiohater


Lista utworów:

1. Black Sabbath
2. The Wizard
3. Behind The Wall Of Sleep
4. N.I.B.
5. Evil Woman
6. Sleeping Village
7. Warning
8. Wicked World

Black Sabbath było tą pierwszą kapelą grającą ciężkie brzmienia. Należy się jej więc szacunek, nieważne jakiej jakości wykonania była ta płyta. Wbrew pozorom, chłopaki z Black Sabbath mieli świetne inspiracje i nieźle zryte banie, a to już jest klucz do sukcesu. Grupa jako jedna z pierwszych gra kilka swoich utworów używając do tego trytonowej nuty, co stanowiło nie tylko o nowoczesności, ale i sprawiało, że ludzie bali się ich muzyki. Wszyscy byli przyzwyczajeni do śmiesznych kapelek popierdujących w czerni i bieli o kwiatkach, pięknie i miłości. W takim momencie Black Sabbath wyskakuje z szatanem, mrokiem, trytonem... Prawdopodobnie jest to jedyna taka ponura płyta Black Sabbath, później już chłopaków zaczęło to przerażać. Najważniejszą przyczyną rezygnacji z takiego grania jest wizja Geezera Butler'a. Nad swoim łóżkiem zobaczył widmo, które odcisnęło na nim piętno. Oprócz ciekawego, rozpoznawalnego klimatu dostajemy jeszcze porządne, rockowe kawałki inspirowane wyraźnie bluesem. Brzmienie Black Sabbath na debiucie jest ponadczasowe, o ciężkości płyty decydowały nisko nastrojone gitary; perkusja jest tu jedynie marnym pomrukiwaniem nadającym rytm. Płyta wita nas ponurym intrem: grzmoty, deszcz, bicie dzwonów... po tym wchodzi znany wielu ludziom iście potworny riff; Black Sabbath jest za razem moim faworytem. Po tak świetnym wstępie ludzie musieli się zesrać, liczyłem także na to, że przez całą płytę chłopaki to kontynuują. W drugim utworze... właściwie co to ma być, harmonijki!? Kto wpadł na tak beznadziejny pomysł, po cholerę wstawiać tutaj takie gówno? Aż chce się zacytować "wypierdalaj pan z tą harmoszką!". The Wizard pomimo wkurwiającego dźwięku harmonijki daje się jakoś słuchać ze względu na przyjemną atmosferę utworu. Chodzi mi tu o przyzwoite riffy i dopasowany głos Ozzy'ego. Dla odmiany, Behind The Wall Of Sleep jest relaksującym, rockowym kawałkiem z testosteronem. Pod numerem czwartym znajduje się jeden z najlepszych utworów na płycie. Za sprawą rozpoznawalnego, wpadającego w ucho riffu N.I.B. jest moim zdaniem jednym z najlepszych utworów Black Sabbath. Przy piątce znajduje się zajebisty, bluesowo-rockowy cover zespołu Crow: Evil Woman. Sleeping Village jest dość prymitywnym instrumentalem. Pomimo, że zawsze podchodzę do takich numerów z entuzjazmem, Sleeping Village ani trochę mi się nie spodobało. Pod numerem siódmym znajduje się aż 11-sto minutowy utwór będący coverem zespołu Aynsley Dunbar Retaliation: Warning. Numer może i nie został źle zagrany, napisany jest całkiem przyzwoicie... problem w tym, że można było to przedzielić na kilka mniejszych utworów, może nie byłoby wtedy tak nudno! Płyta miałaby więcej utworów, co byłoby zdecydowanie bardziej znośne. Dla osłody, na koniec dostajemy przyzwoity kawałek o tytule Wicked World.

Teksty zostały dobrze napisane. Co do tematyki, jak już wcześniej mówiłem, Black Sabbath było prawdopodobnie pierwszą grupą która nie tworzyła muzyki na temat tego co na świecie pozytywne, w większości omówione są negatywne aspekty życia. Najczęściej pojawiają się teksty na temat ludzkości opanowanej przez szatana, dobru które musi zostać przywrócone, a także o nieszczęśliwej (wręcz toksycznej) miłości. Black Sabbath opowiada o ludziach opanowanych przez szatana. Wskutek uczestnictwa w czarnej mszy szukają oni wiernych. The Wizard jest opowieścią o czarodzieju, który szerzył miłość i harmonię w miejscach, gdzie był. Za jednym machnięciem różdżki pozbywał się zła. W Behind The Wall Of Sleep podmiot liryczny opowiada historię człowieka uprowadzonego przez statek kosmiczny. Adresatowi wydaje się, że umarł w trakcie snu. N.I.B. z pozoru wydaje się być utworem o miłości, w którym podmiot liryczny wyznaje adresatce jak jest w niej zakochany. Omówiona została tutaj historia człowieka będącego pod wpływem szatana. Pan ciemności przyciąga adresata na swoją stronę, kusi go do grzechu i domaga się od niego bezgranicznej wierności. W Evil Woman i Warning wypowiada się mężczyzna zawiedziony wiernością swojej wybranki. Zrywa z nią, gdyż ta wciąż go okłamuje. W Wicked World podmiot liryczny krytykuje stosowanie wojen jako środka rozwiązywania konfliktów. Jego zdaniem jedyne do czego doprowadza zabijanie się na frontach to cierpienie.

Podsumowując, Black Sabbath to bardzo dobra płyta. Pierwsi w historii metalowcy nieźle się spisali tworząc jak na tamte czasy "hipsterski" album; w czasie gdy na co dzień muzyka lat 60-tych i 70-tych obfitowała w pozytywne aspekty życia i przyjemne brzmienie, Black Sabbath było odwrotnością tego wszystkiego. Album charakteryzuje ponurość i przekaz będący pierwszym na tematy rzeczywiste i pesymistyczne. Od samego początku do końca (od zobaczenia okładki do ostatniej nuty) można było poczuć się nieswojo obcując z tym krążkiem, zwłaszcza w latach 70-tych przesiąkniętych fałszywą miłością wobec bliźniego. Najbardziej wkurzyły mnie na tej płycie harmonijki w The Wizard, równie złą rzeczą było dziesięciominutowe miętolenie muzyki w Warning. Za sprawą jakże pozytywnych negatywnych aspektów Black Sabbath, debiut Brytyjczyków zasługuje na polecenie.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobrze napisane teksty
- Wpadające w ucho riffy
- Okładka
- Ponury klimat
- Brzmienie albumu
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Niepotrzebne i wkurzające harmonijki w The Wizard
- Niektóre utwory były niedopracowane

Okładka: 9,5/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 8,5/10

Ogólna ocena: 9/10


Judas Priest - Sad Wings Of Destiny



Sad Wings Of Destiny jest drugim albumem studyjnym brytyjskiej grupy heavymetalowej Judas Priest. Został wydany 23 marca 1976 roku nakładem Gull Records. Judas Priest podejmuje drugą w karierze próbę uzyskania popularności. Rocka Rolla została kiepsko przyjęta przez krytyków, a jednak zwróciła uwagę na zespół. Przed wydaniem Sad Wings Of Destiny Judas Priest wystąpiło w telewizji w programie The Grey Old Whistle Test. Jeszcze przed wydaniem albumu kapela została zaproszona na koncert w Reading Festival. Zarówno występ w telewizji jak i granie na wyżej przedstawionym festiwalu wpłynęło na wzrost popularności grupy. Nagrywanie płyty odbyło się w cierpieniach, z powodu niskiego budżetu chłopaki nie jedli w trakcie sesji nagraniowych. Chcieli oni przy tym stworzyć swój album idealny wkładając w niego mnóstwo serca. W trakcie trasy koncertowej promując Sad Wings Of Destiny zespół mało co się nie rozpadł z powodu niskich zarobków. Pomimo problemów, drugi krążek w karierze Judasów jest uznawany za jedno z najważniejszych ich dokonań.

Okładka została stworzona przez Patricka Woodroffe'a. Przedstawiony jest na niej anioł zesłany do piekła. Postać ukazana na obrazie wyraźnie cierpi, przeżywa katusze. Neil French, przedstawiciel grupy przedstawił chłopakom z Judas Priest swój pomysł, po czym zgłosił swój pomysł Davidowi Howellsowi (prezesowi Gull Records). Ten mając obraz odpowiadający konceptowi wykorzystał obraz wiszący w jego biurze. Przyznam, że grafika wygląda zajebiście, nie zdziwiłbym się, gdyby to była jedna z najlepszych okładek zespołu. Pasuje ona do ówczesnego, ponurego wizerunku Judas Priest.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 10/10 - stainedclass2112
- 9/10 - Chernobog
- 9,25/10 - autothrall
- 10/10 - DawnoftheShred
- 10/10 - PriestofSadWings


Lista utworów:

1. Victim Of Changes
2. The Ripper
3. Dreamer Deceiver
4. Deceiver
5. Prelude
6. Tyrant
7. Genocide
8. Epitaph
9. Island Of Domination

Początkowo błędnie myślałem, że Sad Wings Of Destiny zostało zainspirowane twórczością Black Sabbath. W rzeczywistości Judas Priest poszło tym samym tropem co kapela Tony'ego Iommi'ego inspirując się blues'em. Z drugiej jednak strony nie zdziwiłbym się, gdyby zespół choć odrobinę zainspirował się Black Sabbath; grupa pod banderą Roba Halforda była jednym z pierwszych heavymetalowych zespołów (w dodatku w 1976 roku byli bardzo młodzi), toteż mieli prawo grać na początku tak jak inne zespoły. Dobrze, że później wykorzystali niską różnorodność przemysłu muzycznego rozwijając swój styl. Płyta jest jednym z bardziej klimatycznych dzieł Judasów; w porównaniu do ponurego debiutu Black Sabbath, Sad Wings Of Destiny cechuje wręcz żałobny smutek. Album zdecydowanie została nadgryziona zębem czasu, obecnie brzmi ona staro i nie robi większego wrażenia na słuchaczu. Brzmienie nieprzyjemnie się zestarzało; tak samo jak w przypadku kapeli Tony'ego Iommi'ego, najcięższe są gitary, perkusja jest natomiast rytmicznym pukaniem w  werbel i talerze. Cóż na to poradzić, kiedyś tylko takie bębny produkowali. Tu muszę jednak pochwalić skład, który włożył naprawdę mnóstwo pracy w stworzenie płyty. Pomimo kiepskiego sprzętu, Alan Moore (perkusista) stara się jak może, aby zrobić wrażenie. Gitarzyści spisują się znakomicie na swoim stanowisku decydując o ciężkości krążka, wśród nich przyjemnie mruczy bas Iana Hill'a. Rob Halford pomimo młodego wieku już zapowiadał się na świetnego wokalistę. Od razu na początku Judas Priest zaczyna się prezentować od najlepszej strony. Tak samo jak w przypadku Black Sabbath, numer pierwszy będzie prawdopodobniej tą najlepszą częścią krążka. Na początku dostajemy świetny utwór do pobujania się o tytule Victim Of Changes. Słychać, że kawałek został zainspirowany twórczością Black Sabbath, a jednak chłopaki włożyli mnóstwo serca w stworzenie tego utworu. Mam nadzieję, że pozostałe numery będą równie świetne. The Ripper diametralnie różni się od poprzednika; kawałek jest lekko chaotyczny, dość szybko mnie znudził. Choć Judasi nadal lekko zalatują Black Sabbath, to tutaj stworzyli coś bardziej oryginalnego. Dreamer Deceiver jest świetną balladą ze strony Judas Priest. Tak samo jak Victim Of Changes, utwór jest relaksującą kompozycją idealną do pobujania się. Kontynuacją tego kawałka jest Deceiver. Jest to zdecydowanie szybszy, bardziej heavymetalowy numer. Prelude jest czymś w rodzaju instrumentalnego intra; zostało ono zagrane na organach. Judas Priest daje nieco gazu przy Tyrant. Jest to średni utwór wyraźnie inspirowany rock and roll'owymi zespołami. Podobna sytuacja jest z Genocide, tutaj jednak da się usłyszeć w jakim kierunku poszła grupa. Wraz z Victim Of Changes i Dreamer Deceiver prawdopodobnie stanowi trójcę Sad Wings Of Destiny. Utwór Epitaph jest balladą zagraną na pianinie. Z pozoru wydaje się to być jeden z kluczowych elementów płyty, w mojej opinii prezentuje się ona dość drętwo; grajek brzmi jakby improwizował w chaosie, Rob Halford z kolei prezentuje całkiem przyzwoity poziom. Od razu po nim dostajemy Island Of Domination kończące Sad Wings Of Destiny. Przyznam, że na koniec Judasi zaszaleli świetnym, rock and roll'owym numerem budzącym w moim przypadku skojarzenia z Black Sabbath.

Teksty na albumie Sad Wings Of Destiny zostały przyzwoicie napisane. Chwilę trzeba było poświęcić aby je zrozumieć, a jednak nie jest źle. Większość utworów jest na temat życiowych porażek i problemów, złudnych pokus. Znalazł się tu nawet numer poświęcony seryjnemu zabójcy. W Victim Of Changes podmiot liryczny kieruje swoje słowa do kobiety. Jako jej partner jest niezadowolony z tego jak bardzo zmieniła się na gorsze na starość; jego wybranka zaczęła na starość pić i zdradzać go z młodszymi od niego mężczyznami. W The Ripper podmiotem lirycznym jest seryjny morderca. Chwali się on swoją profesją i ostrzega ludzi przed jego wizytą. W Dreamer Deceiver i Deceiver zawarta została metafora. "Bohaterem" utworu jest uosobienie narkotyku; podmiot liryczny traktuje go jako żywą osobę, która potrafi uszczęśliwić każdego kogo do siebie przyciągnie. Okazuje się jednak, że szczęście jest złudne, gdyż kobieta będąca uosobieniem narkotyku oszukiwała swoje ofiary. Tyrant opowiada historię tyrana, który zawładną ludzkością. Osoba ta jest żądna władzy, pragnie aby ludzkość się jej pokłoniła. W utworze Genocide została przedstawiona historia oblężenia Jerycha. Kawałek był inspirowany biblijną księgą Jozuego. Epitaph jest opowieścią samotnym starcu. Osoba ta nieuchronnie zbliża się w stronę śmierci. Przed nadejściem tej chwili myśli o niewykorzystanych szansach w swoim życiu. Island Of Domination jest ponurą wizją świata spowitego ogólnoświatowym konfliktem. Podmiot liryczny obawia się utraty ludzkiej wolności.

Podsumowując, Sad Wings Of Destiny jest dobrym krążkiem. Z pewnością jest to płyta zapowiadająca zmiany na lepsze, ku którym kieruje się zespół. Słychać, że chłopaki z Judas Priest wkładają w swoją muzykę mnóstwo serca chcąc, aby ich album stał się czymś przyzwoitym. Dzieło może i nie jest wielce zachwycające, a jednak można nim trochę nacieszyć ucho. Świetna okładka zapowiadała przyzwoitą płytę, później doszedł numer Victim Of Changes w przyzwoity sposób "reklamujący" album brzmieniem i lekko smutnym klimatem. Największą wadą było to, że niektóre utwory na płycie wchodziły dość ciężko. Choć album nie jest złym dziełem, niektórych nie przyciągnie na długo; fanom Judas Priest Sad Wings Of Destiny powinno jednak przypaść do gustu.


Zalety:
- Przyzwoite kompozycje
- Bardzo dobrze napisane teksty
- Okładka
- Smutny klimat
- Brzmienie albumu
- Wokal Roba Halforda
- Wysiłek włożony w stworzenie albumu

Wady:

- Niektóre utwory były niedopracowane

Okładka: 10/10
Teksty: 9,5/10
Kompozycje: 7/10

Ogólna ocena: 7,5/10


Konfrontację wygrywa album: Black Sabbath. Brytyjczycy z Tonym Iommi stworzyli zdecydowanie lepsze kompozycje, Sad Wings Of Destiny posiadało lepszą okładkę. Teksty zostały stworzone na tym samym, bardzo dobrym poziomie.

Obserwuj nas!