Wyszukaj

24 lutego 2016

Recenzja: Morbid Angel - Covenant vs Vader - De Profundis


Witam w kolejnej konfrontacji. Przebieg starcia amerykańskiego Morbid Angel i naszego Vadera planowałem sobie od jakiegoś czasu. Początkowo myślałem o konfrontacji Blessed Are The Sick i The Ultimate Incantation, jednak obie płyty wchodziły mi dość ciężko (zwłaszcza drugi krążek Morbid Angel). Później zdecydowałem się zamienić dwójkę Morbidów na Covenant, zostawiając przy tym Ultimate Incantation. Bartosz z RAMu zaproponował mi jednak zapoznanie się z drugim dziełem Vadera, które ostatecznie zastąpiło debiut tej grupy. Przyznam, że jestem bardzo ciekaw jak wyjdzie mi ten wpis. Pisząc się na dwa mało znane mi zespoły poniekąd porywam się na głęboką wodę, a jednak specjalnie zmartwiony nie jestem (pomimo, że kiedyś takie pomysły zazwyczaj zawodziły). Przed wami: Morbid Angel - Covenant vs Vader - De Profundis.


Morbid Angel - Covenant


Covenant jest trzecim albumem studyjnym amerykańskiej grupy deathmetalowej Morbid Angel. Został wydany 22 lipca 1993 roku nakładem Earache Records. W roku 1992 z grupy odchodzi gitarzysta Richard Brunelle. Morbid Angel we trzy osoby rejestruje kolejne wydawnictwo. Producentem płyty zostaje Fleming Rasmussen znany ze współpracy z Metalliką na początku jej kariery. Gdy Covenant zostało wydane, zebrało wiele pochlebnych ocen.

Patrząc na okładkę musiałem się do niej przypierdolić. Przedstawione są na niej: cyrograf, pióro z atramentem, dwie satanistyczne księgi i świeca. Opis tej okładki może i wywołuje lekkie ciarki na plecach, ale efekt finalny... w ogóle co to kurwa jest? Grafika najprawdopodobniej została stworzona komputerowo, w dodatku w mało profesjonalny sposób. Otwarta księga wygląda jak idealnie równy kwadrat, cyrograf z piórem i świeca prezentują się niczym tekstury nałożone na dwuwymiarowe modele. Kolorystyka budzi moje skojarzenia z tymi wszystkimi facetami tworzącymi nastrój w sypialni przed seksem po kolacji. Tak, wiem, przypierdalam się do byle gówna będącego ozdobnikiem... dla mnie okładka bardzo wpływa na pierwsze wrażenie, toteż nosi mnie (w przeciwieństwie do was) jak pomyślę sobie, że ktoś mógł uznać tworzenie brzydkich obrazów 3D za rewolucję i stwierdzić, że "tradycyjne grafiki 2D zostaną zastąpione tymi tworzonymi komputerowo". Jak ktoś mi nie wierzy (ktoś taki jak ja) to niech porówna ze sobą grafiki do Leprosy i Youthtanasii. Ja pierdole! <biorę Relanium (audycja zawiera lokowanie produktu)>

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 9,75/10 - Emptyreal
- 7,5/10 - autothrall
- 9/10 - Five_Nails
- 9,5/10 - I_Cast_No_Shadow
- 9,75/10 - Noktorn


Lista utworów:

1. Rapture
2. Pain Divine
3. World Of Shit (The Promised Land)
4. Vengeance Is Mine
5. Lion's Den
6. Blood On My Hands
7. Angel Of Disease
8. Sworn To The Black
9. Nar Mattaru
10. God Of Emptiness

Okładkę już zjebałem, teraz czas na kompozycje... Żartuję, tak naprawdę chłopaki z Morbid Angel są w bardzo dobrej formie. Powiem więcej; Covenant weszło mi zajebiście łatwo, od początku do końca płyty świetnie mi się słuchało. Polubiłem ten krążek zdecydowanie szybciej od Altars Of Madness, które na początku sprawiało wrażenie prymitywnego. Tym razem Morbid Angel próbuje pójść o krok dalej, zespół chciałby odstawić swoje pierwotne inspiracje jakimi były Possessed i Slayer. Słuchając jednak Covenant przyznam, że ciężko jest porzucić jakiekolwiek wzorce; tym razem były nimi w dużej mierze Cannibal Corpse i Terrorizer. Nie krytykuję jednak zespołu, dobra inspiracja to podstawa do sukcesu. W większości Covenant jest pędzącym pociągiem, czasem jednak znajdzie się pora na zagranie czegoś lżejszego; wyraźnie słychać, że chłopaki zaczynają eksperymentować z brzmieniem. Muzyka przepełniona jest blastami i agresywnymi riffami, David Vincent z kolei nauczył się sztuki growlingu. W jego głosie można teraz wyczuć charyzmę i pewność siebie. Przyznam, że dostałem to, czego brakowało mi na Altars Of Madness. Przy pierwszym kontakcie album nie brzmi jakby został zagrany bez ładu i składu; każdy riff, każda nuta zostały dobrze przemyślane. Prawdopodobnie chłopaki z Morbid Angel długo przygotowywali się do wydania Covenant robiąc mnóstwo prób i eksperymentów. Przez to znalezienie numeru wyraźnie odstającego w negatywny sposób było dość ciężkie. Płyta świetnie się rozpoczyna. Dostajemy Rapture przypominające trochę połączenie stylów Slayera i Deicide. Ciężki riff główny zapada w pamięć, przez co na tym utworze można się zatrzymać na jakiś czas. W dalszej kolejności słyszymy całkiem niezły, choć jednostajnie zagrany kawałek Pain Divine. Nieco bardziej skomplikowanym kawałkiem jest World Of Shit (The Promised Land); tym razem muzyka ma nieco więcej zmian tempa, riffy są cięższe. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest Vengeance Is Mine. Bardzo przypadły mi do gustu agresywne riffy w połączeniu z blastbeat'owym napierdalaniem w stylu Terrorizera. W tym momencie budzą się moje skojarzenia z Altars Of Madness. Kolejną przyzwoitą pozycją na Covenant jest Lion's Den. Podobnie jak w przypadku Rapture, muzyka wpada w ucho. Kolejną zajebistą pozycją na naszej liście jest z początku niepozorne Blood On My Hands. Utwór Angel Of Disease brzmi nieco inaczej od poprzednich utworów. Na gitarach wygrywane są dźwięki o wyższych tonach (niczym na debiucie), poza tym tu jako wokalista wystąpił Trey Azagthoth; wyraźnie słychać tu wpływy groove metalu i rap metalu, co w przypadku Morbid Angel jest raczej dziwne. Nie mam jednak nic do tego utworu, lżejsze granie nawet fajnie się wpasowało do płyty. Zespół wraca do ciężkiego napierdalania przy Sworn To The Black. Pomimo, że brzmienie gitar brzmi tu naprawdę przyzwoicie, to jednak jest to mniej lubiany przeze mnie wałek na Covenant. Nie zdziwiłbym się, gdyby to był najgorszy utwór na płycie. W pewnym momencie jednak sytuacja się poprawia, tak więc zostaję przy słuchaniu. Następny numer jest czymś w rodzaju przerywnika. Jest to spokojny, aczkolwiek klimatyczny kawałek o tytule Nar Mattaru. Jest to jednocześnie intro do ostatniego numeru na płycie. Jest nim ociężały utwór o tytule God Of Emptiness

W przypadku warstwy lirycznej David Vincent odwalił kawał dobrej roboty. Zostały one napisane w bardzo przyzwoitym, podniosłym stylu. Czytając je miałem wrażenie, że czytam modlitwy z biblii szatana. Większość utworów ma charakter satanistyczny i antyreligijny. W Rapture i Vengeance Is Mine podmiotem lirycznym jest człowiek opętany przez siły zła. Pragnie on zasilić szeregi armii szatana, by móc walczyć z dobrem. W Pain Divine osobą mówiącą jest szatan w postaci węża. Użala się on nad swoim losem, obwinia boga o wszystkie swoje niepowodzenia. World Of Shit (The Promised Land) jest krytyką ludzkości. Podmiot liryczny uważa, że rasa ludzka jest tępa, gdyż ślepo wierzy w swojego boga, nie dostrzegając przy tym niekorzyści płynących z wyznania. Lion's Den i Angel Of Disease opowiadają o ponurych czasach, gdy zło przezwycięży dobro. Osoba mówiąca jest zadowolona z tego, że szatan dojdzie do władzy, a rasa ludzka dostanie nauczkę za wiarę w swojego boga. Blood On My Hands i Sworn To The Black są na temat narodzin człowieka złego do szpiku kości. Omówione jest to, jak bohater utworu został wysłany przez szatana na ziemię, aby móc szerzyć nienawiść. W God Of Emptiness została przedstawiona rozmowa szatana z bogiem. Pan zła krytykuje swojego wroga za fałsz wobec wyznawców i ogłupianie ich.

Podsumowując, Covenant to świetny krążek. Słychać, że chłopaki z Morbid Angel ciężko pracowali nad albumem, dopieszczając go jak najlepiej. Prawdopodobnie jest to bardzo duży krok naprzód w historii zespołu. Kompozycje zostały bardzo dobrze stworzone, brzmienie przypadło mi do gustu; solidny muzyczny wpierdol w postaci agresywnych gitar i blast beat'ów został wykonany z sercem i pomysłowością. David Vincent growlując pokazał, że w jego głosie drzemie ogromna moc. Teksty wcale nie były gorsze od kompozycji - ich podniosły styl i tematyka nadały ciekawego klimatu, nie raz miało się wrażenie, jakby czytało się satanistyczną biblię. Płyta od początku do końca prezentowała się wyśmienicie. Jak najbardziej polecam Covenant fanom death metalu - jest to solidne, a za razem profesjonalne napierdalanie. Morbid Angel udowodniło jak wielką ma wartość.

Zalety:
- Bardzo dobre kompozycje
- Bardzo dobrze napisane riffy
- Ciekawy przekaz
- Trud włożony w stworzenie albumu
- Klimat
- Brzmienie
- Wokal Davida Vincenta
- Album porządnie wciąga
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Beznadziejna okładka

Okładka: 1,5/10
Teksty: 10/10
Kompozycje: 9,75/10

Ogólna ocena: 9,5/10


Vader - De Profundis


De Profundis (z łacińskiego: Z Otchłani) jest drugim albumem studyjnym polskiej grupy deathmetalowej Vader. Został wydany 12 września 1995 roku nakładem Croon Records. Praca nad płytą rozpoczęła się w maju tego samego roku. Zespół w tym okresie współpracował z Gdyńskim studiem Modern Sound Studio, produkcją zajęli się z kolei Piotr Wiwczarek i Adam Toczko. Portal Machina.pl uznał De Profundis za najlepszy krążek w historii polskiego metalu.

Okładka została stworzona przez znanego twórcę grafik albumów, Wesa Benscotera. Stworzył on między innymi obrazy do płyt Divine Intervention Slayera i Diabolical Summoning zespołu Sinister. Na grafice została prawdopodobnie przedstawiona rzeźba ukazująca trzy stwory. Dwa z nich próbują zabić tego znajdującego się po środku. Choć próbuje on się uwolnić, przyczynia się do swojej zagłady. Jako ciekawostkę dodam, że okładka do De Profundis jest jedną z pierwszych namalowanych przez tego artystę (pierwsza grafika została stworzona w 1993 roku, De Profundis powstało rok później). Artysta ten choć dość często tworzy okładki komputerowo, potrafi też tworzyć je ręcznie. De Profundis jest jednym z tych świetnych przykładów. Z pewnością jest to bardzo dobry ozdobnik płyty.

Wybrane oceny z Metal Archives:

- 8/10 - LeastWorstOption
- 9/10 - OzzyApu
- 7/10 - jayfatha
- 7/10 - Noktorn
- 8,5/10 - Deathcult


Lista utworów:

1. Silent Empire
2. An Act Of Darkness
3. Blood Of Kingu
4. Incarnation
5. Sothis
6. Revolt
7. Of Moon, Blood, Dream And Me
8. Vision And The Voice
9. Reborn In Flames
10. De Profundis
11. The Wrath
12. I.F.Y.

Vader również postarał się nad swoim dziełem. Podobnie jak Covenant, De Profundis przypadło mi do gustu, choć w zdecydowanie mniejszym stopniu od trzeciego krążka Morbid Angel. W De Profundis możemy usłyszeć przejścia z agresywnego, deathmetalowego grania do thrashmetalowego napierdalania. Zarówno pomysł, jak i jego wykonanie prezentują się nieźle. Vader też w ciekawy sposób tworzy przejścia pomiędzy utworami. Często nie wiedziałem, kiedy zespół przechodzi do kolejnego numeru, złudzenie te powodują krótkie pauzy i dobrze spasowane ze sobą początkowe i końcowe fragmenty kawałków. Jak na 20-letnią płytę, De Profundis prezentuje się świeżuteńko, zupełnie jakby Vader stworzył to dzieło ze 2-3 lata temu. Nie miałem również zastrzeżeń do ciężkiego brzmienia; wyraźnie kapela zainspirowała się takimi osobistościami jak Slayer, Sodom, Kreator, Deicide i Morbid Angel. Podobno zespół ten słynął z wielu inspiracji, toteż takie nagromadzenie podobieństw mnie nie dziwi. Gitary brzmią świetnie, choć nad riffami niezbyt mocno się wysilono. Docent na stanowisku bębniarza gra świetne przejścia, facet zajebiście odnajduje się w szaleńczych tempach. Nie zdziwiłbym się, gdyby Vader miał w tamtym okresie miał swój najlepszy skład. Największy problem z tą płytą jest taki, że jest mało różnorodna. Wszystkie utwory są bardzo do siebie podobne (wśród nich najbardziej wyróżnia się jedynka, którą najprościej było zapamiętać). Pozostałe są dość do siebie podobne, co utrudniło mi kontakt z albumem. Zespół rozpoczyna jazdę bez trzymanki od thrashowo/deathmetalowego stwora w postaci Silent Empire. Dwójka (An Act Of Darkness), choć podobna do poprzedniego numeru, weszła we mnie zdecydowanie gorzej. Nie najgorzej za to prezentuje się nieco wolniejsze od poprzedników Blood Of Kingu. Całkiem przyzwoicie prezentuje się też Incarnation wyraźnie inspirowane Deicide i Sodomem. Podobna sytuacja jest z numerem o tytule Sothis. Nieco bardziej od poprzednich utworów (z wyjątkiem Silent Empire) przypadło mi do gustu Revolt. Of Moon, Blood, Dream And Me skojarzyło mi się trochę z Morbid Angel. Nie jest to jednak zbyt odkrywczy numer. Kolejnym (obok Silent Empire i Revolt) bardziej wyróżniającym się numerem na De Profundis jest Vision And The Voice. Riffy słyszane w tym numerze zdecydowanie bardziej wpadają w ucho, po raz kolejny obudziły się też moje skojarzenia z Sodomem. Równie mocno na tle pozostałych kawałków wyróżnia się ciężkie Reborn In Flames. Numer tytułowy (De Profundis) jest krótkim instrumentalem stanowiącym bardziej outro albumu. The Wrath nie jest niczym specjalnym na płycie. Ot utwór inspirowany Morbid Angel i Kreatorem. Ostatni na płycie jest cover zespołu Depeche Mode o tytule I.F.Y. (I Feel You). Jest to kiepski, monotonny numer zagrany niezwykle spokojnie jak na Vadera.

Większość utworów na De Profundis zostało zainspirowanych twórczością Lovecrafta. Ponieważ nie czytałem jego książek, nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi Wiwczarkowi w większości utworów. Widać jednak, że teksty zostały dobrze napisane. Podobnie jak w przypadku Covenant, charakteryzują się one podniosłym stylem. Z pozoru wyglądają one jak bezsensowny bajzel, a jednak jest w nich przesłanie, którego nie potrafię dostrzec. Opiszę tylko te utwory, które zrozumiałem. W Incarnation została przedstawiona historia duszy, która podróżuje w zaświaty. Próbuje ona się odnaleźć wśród innych idących na sąd ostateczny. Of Moon, Dream And Me jest opisem seksu między parą kochanków. Utwór Reborn In Flames został zainspirowany biblijną apokalipsą. Podmiot liryczny opisuje to, w jaki sposób zniknie z powierzchni ziemi rasa ludzka. The Wrath jest opisem piekła. Podmiot liryczny pokazuje nam, co się dzieje z duszami wtrąconymi do królestwa szatana. W I.F.Y. została opisana silna miłość fizyczna i duchowa pomiędzy parą kochanków.

Podsumowując, De Profundis jest bardzo dobrą płytą. Zespół włożył dużo pracy i serca w stworzenie albumu, choć mam wrażenie, że chłopaków z Vadera stać na więcej. Zdecydowanie najbardziej spodobało mi się brzmienie płyty; agresywne gitary i solidne, deathmetalowe blasty świetnie łączą się z thrashowym stylem gry. 20 lat po wydaniu, De Profundis nie zestarzało się. Do dzisiaj w muzyce w ten sposób się gra. Świetne brzmienie De Profundis jest zasługą świetnie dobranego składu, wśród którego najlepiej moim zdaniem spisał się zmarły już bębniarz Docent. Teksty pomimo braku zrozumienia (ze względu na trudną tematykę powieści Lovecrafta) zostały dobrze napisane. Płyta nie mogła się pochwalić dobrymi riffami, przy pomocy których dałoby się w jakiś sposób rozróżnić utwory. Przez to ucierpiała również różnorodność. Wiem jednak, że chłopaki z Vadera poszli w bardzo dobrym kierunku, mam szczerą nadzieję, że nie spierdolili tego.

Zalety:
- Dobre kompozycje

- Dobrze napisane teksty
- Świeżość albumu
- Świetne brzmienie
- Bardzo dobra okładka
- Bardzo dobry skład grupy
- Album zapada w pamięć

Wady:
- Niedopracowane riffy
- Brak różnorodności

Okładka: 9/10
Teksty: 8/10
Kompozycje: 8/10

Ogólna ocena: 8,25/10


Konfrontację wygrywa album: Covenant. Amerykanie z Morbid Angel zdecydowanie lepiej dopracowali swoją płytę, stworzyli bardzo dobre kompozycje i teksty. Nasz polski zespół przewyższył kapelę Azagthotha ciekawą okładką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwuj nas!